www.srebrnykruk.pl






Słowiańskie przekazy

strzalka do tyłu strzalka do góry
Mity, legendy, klechdy

Podania naszych sąsiadów

Legendy słowiańskie wyrastają z tego samego kręgu wierzeń, wspólnych dla podań polskich, ruskich, chorwackich oraz innych narodów, łącząc motywy przyrody, duchów oraz dawnych bóstw. W wielu opowieściach widoczne są ślady przedchrześcijańskich wyobrażeń o świecie, w którym góry, rzeki i lasy miały swoich opiekunów i były przestrzenią działania sił nadprzyrodzonych. Wraz z chrystianizacją część tych wierzeń została przekształcona lub wchłonięta przez nową religię. Dzięki temu legendy stanowią ważne źródło wiedzy o dawnych wierzeniach i sposobie postrzegania świata przez Słowian.

 

 

Legenda o górze Říp

Legendy czeskie. Przekłady fragmentów legendy o praojcu Czechu i górze Říp z dwóch najważniejszych średniowiecznych źródeł. Teksty należące do domeny publicznej (średniowiecze). Istnieją różne przekłady ich treści, tu podane są wierne, klasyczne wersje. Kronik Czechów Kosmasa to bardziej „historyczna”, pisana po łacinie, krótsza i kronikarska a Kronika Dalimila to bardziej literacka, rozwinięta, pisana w języku staroczeskim wersja opowieści.

slowianie-podania-mity-legendy-czechy-gora-rip
Ilustracja. Legenda o górze Říp, praca współczesna AI.

Kronika Czechów (Kosmas z Pragi)

Był niegdyś wśród Słowian mąż, imieniem Czech, który przewodził swojemu ludowi. Szukając nowej siedziby, przybył do tej ziemi, którą teraz nazywamy Czechami.

A gdy wszedł na górę, która zwie się Říp, i spojrzał dokoła, ujrzał kraj rozległy, obfitujący w zwierzynę, ptactwo i ryby, a także w miód i mleko.

Wtedy rzekł do swoich:

„Oto ziemia, którą wam obiecałem – kraj żyzny i przyjemny. Tu osiądziemy i tu założymy nasze siedziby.”

I tak zatrzymali się w tej krainie i nazwali ją od jego imienia – Czechy.

Kronika Dalimila

Czech szedł długo ze swym ludem, aż przybył pod górę Říp.

Wszedł na nią i spojrzał wokoło:

widział ziemię dobrą, żyzną i piękną.

Rzekł wtedy do swej drużyny:

„Tu jest ziemia wedle naszej woli, pełna zwierzyny, ryb i wszelkiego dostatku.

Tu się zatrzymamy i tu zamieszkamy.”

I tak kraj ten nazwano Czechami, od imienia tego, który go znalazł.

Baśń o powstaniu Czech

Legenda czeska opowiada jak po śmierci Czecha jego królestwo pogrążyło się w chaosie, więc z rady Lecha władzę objął książę Krok. Po nim rządziła jego córka Libusza, która dzięki darowi jasnowidzenia wskazała na przyszłego władcę – prostego oracza Przemysła. Poślubiła go, a ich ród Przemyślidów miał dać początek państwu czeskiemu.
Źródło: https://www.naszeszlaki.pl/archives/author/michal
Udostępniony przez: Michał Baranowski

slowianie-podania-mity-legendy-czechy-lubasza
Ilustracja. Legenda o powstaniu Czech, praca współczesna AI.

Zapewne legendę o Lechu, Czechu i Rusie znacie, a czy wiecie, że za naszą zachodnią granicą w czasach głębokiej komuny istniało przekonanie, że było czterech braci? Ten czwarty nosił imię Enerdus, jednak to nie o nim dzisiaj mowa, tylko pójdziemy śladami Czecha, który zawędrował na ziemię za Sudety i tam stwierdził, że miejsce jest dobre na założenie potężnego państwa. Mężny był to człek i wszystko przychodziło mu z łatwością, jednak jednego przed swoją śmiercią nie zdołał uczynić. Nie pozostawił po sobie potomka.

Bieda zaczęła panować w królestwie Czecha po jego śmierci i ludzie wpadli na pomysł, by poprosić o radę jego brata z północy. Lech podrapał się po bujnej brodzie, zakręcił wąsiskiem i nakazał posłańcom osadzić na tronie księcia Kroka. Tak też się stało. Król Krok od tego momentu władał całą krainą jak tylko potrafił, a potrafił rządzić dobrze.

Krok posiadał trzy córki. Pierworodna o imieniu Kazi była wiedźmą i parała się czarami z niemałym powodzeniem. Średnia Teta została kapłanką – łączniczką ze światem bogów. Najmłodsza zaś Libusza otrzymała od losu dar jasnowidzenia i przepowiadania przyszłości. To właśnie najmłodsza Libusza po śmierci swojego ojca została wybrana na władczynię tej pięknej krainy, a za swoją siedzibę obrała święte wzgórze, Wyszehrad.

Tak jak do jej ojca, tak i do niej po jakimś czasie zaczęli schodzić ludzie, by rozsądzała spory. Pewnego razu przed jej obliczem stanęli dwaj zwaśnieni sąsiedzi, którzy pokłócili się niezmiernie o kawałek ziemi. Libusza wysłuchała argumentów obydwu stron i pokrótkim zastanowieniu, podjęła decyzję, że rację w sporze ma młodszy z sąsiadów. Wściekł się stary niezmiernie i patrząc prosto w oczy swojejwładczyni krzyknął bezczelnie

– Nie uznam wyroku wydanego przez babę. Hańbą jest że dajemy rządzić się kobiecie. To mężczyzna powinien zasiadać na tronie – Rozważna nie dała poznać po sobie, że słowa dźgnęły ją prosto w serce. Opanowała narastającą złość i spojrzała na twarze swojej drużyny. Nie widząc jednak w ich oczach sprzeciwu na słowa wypowiedziane przez buntownika, zarumieniła się ze złości i rzekła do nich z pogardą

– Jestem kobietą, to fakt niezaprzeczalny i po kobiecemu sądzę. Chcecie mieć Pana nad sobą surowego to niech rada starszych poszuka wodza, którego poślubię. Niedługo po tym zebrała się rada starszych Libusza zabrała głos.

– Zebraliście się tutaj by wybrać swojego władcę, jednak czyńcie to rozważnie. Wszak od zawsze wiadomo, że dać władzę jest prościej niż ją odebrać. Jeżeli mam Wam coś poradzić, to przyszłego króla znajdziecie w miejscu, które Wam wskażę – tu zamilkła i spojrzała na twarze starszych. Nie widząc sprzeciwu kontynuowała.

– Idźcie do krainy zamieszkanej przez plemię Lemuzów, gdzie w dorzeczu rzeki Bieliny znajduje się wieś, w której żyje ród Stadiców. Tam znajdziecie oracza, któremu Przemysł na imię. Jak go spotkacie będzie spożywał posiłek na żelaznym stole. On będzie nowym władcą.

Posłańcy udali się we wskazane miejsce. Nie musieli nawet długo szukać, bo koń księżniczki który miał ich prowadzić ani razu nie zboczył z drogi. Gdy dotarli w końcu do wioski zamieszkiwanej przez ród Stadiców, zobaczyli potężnego mężczyznę, który akurat spożywał posiłek na polu, a jako stół wykorzystał żelazny pług, którym przed chwilą uprawiał ziemię. Posłańcy pokłonili się mu niczym księciu i wytłumaczywszy mu swoje zadanie, poprowadzili Przemysła ku Wyszehradowi, gdzie już przygotowywano zaślubiny.

Nowy władca wraz ze swoją małżonką rządził mądrze i sprawiedliwie, a ród który, po swoim założycielu nosił imię Przemyślidów, zapoczątkował powstanie państwa czeskiego.

Przypowieść o inteligencji i szczęściu

Opowieść czeska o tym jak tak to Szęście i Inteligencja staneły w szranki by udowodnić które z nich jest ważniejsze i co z tego wynikło.
Źródło: https://www.naszeszlaki.pl/archives/author/michal
Udostępniony przez: Michał Baranowski

slowianie-podania-mity-legendy-czechy-szczescie
Ilustracja. Przypowieść o inteligencji i szczęściu, praca współczesna AI.

Dawno, dawno temu Szczęście spotkało Inteligencję siedzącą na małej, ogrodowej ławeczce.

– Posuń się proszę i daj mi usiąść – powiedziało. Inteligencja spojrzała na nieznajomego i zapytała oburzona.

– Dlaczego powinnam zrobić dla Ciebie miejsce? Jesteś kimś lepszym ode mnie?

Szczęście pokiwało z dezaprobatą głową i wskazało palcem na młodego człowieka, który w pocie czoła orał kamienistą ziemię.

– On jest kimś lepszym – powiedziało z uśmiechem i kontynuowało – Zróbmy tak. Wejdźmy w niego, a jak sprawisz, że będzie mu się żyło lepiej i dostatniej bez mojej pomocy, to za każdym razem gdy Cię zobaczę złożę Ci pokłon. Jeżeli zaś będę musiał interweniować, to uznasz, że jesteśmy sobie równi. Co Ty na to?

Szczęście nie usłyszało odpowiedzi, bo Inteligencja już znikała w ciele śmiertelnika. Chłop zatrzymał pług, wyprostował się i czując jakąś dziwną iskrę w swojej czaszce, podrapał się po głowie.

– Czy ja będę do końca swoich dni podążał za tym pługiem? – pomyślał chłopak – Czas pójść w świat i tam zdobyć fortunę!

Zostawił orkę, porzucił pług i udał się do domu. Tam usiadł przy starym, sosnowym stole, który pamiętał jeszcze jego pradziadka i rzekł do swojego ojca.

– Tato. Nie lubię życia chłopa. Mam dość codziennej harówki, dość pyłu zalepiającego gardło i dość pękających pęcherzy na dłoniach. Chcę pójść na dwór królewski i zostać ogrodnikiem.

Ojciec spojrzał na swojego syna i zapytał zdziwiony?

– Vanek, coś Ty?! Postradałeś rozum? – Jednak widząc zawziętość wypisaną na twarzy pierworodnego uśmiechnął się – Dobrze synku, jeżeli taka Twoja wola idź i zostań najlepszym ogrodnikiem jakiego widział ten świat.

Już niedługo po tej rozmowie chłopak stanął u królewskich bram. Tam dzięki Inteligencji otrzymał posadę ucznia ogrodnika. Stary ogrodnik starał się przekazać swojemu praktykantowi całą swoją wiedzę, lecz Vanek zawsze robił po swojemu. Początkowo denerwowało to starca, lecz gdy zauważył że praca adepta upiększa ogrody królewskie jak nigdy dotąd, zawołał go i powiedział

Widzę, że masz więcej inteligencji niż ja. Uczeń przerósł mistrza. od dzisiaj pozwalam Ci samodzielnie zarządzać pracami.

W krótce Vanek sprawił, że ogród był tak piękny, że stał się ulubionym miejscem przechadzek dworzan. Nawet sam król zobaczywszy efekt prac przyklasnął z zachwytu. od tego momentu monarcha wraz ze swoją małżonką i jedyną córką z wielką radością odwiedzali królewskie ogrody.

Córka króla była bardzo piękną damą, której widok był równie oszałamiający jak kwitnące w ogrodzie róże. Niestety. Podobieństwo do róż się na tym nie kończyło. Tak samo jak te szlachetne milczące kwiaty księżniczka nie była w stanie nic powiedzieć.

Do dwunastych urodzin dziewczyny wszystko było jak należy i w końcu w dzień przyjęcia, gdy na salę balową wniesiono olbrzymi tort, ta zaniemówiła. nie wiadomo czy to był efekt choroby, czy też klątwy rzuconej przez jakąś złą czarownicę. Przestała mówić i już.

Wielu mędrców głowiło się i szukało rozwiązania spędzając długie godziny w ogromnych bibliotekach. Także wielu królewiczów i szlachciców kłaniało się królowi w pas obiecując, że oni znajdą rozwiązanie. Niestety nic nie pomagało.

– Może ja spróbuję – pomyślał Vanek – Co mi szkodzi? A nuż uleczę księżniczkę i w nagrodę otrzymam jej rękę jak król obiecał? – i nie zwlekając pobiegł prosić o audiencję u monarchy.

Król po wysłuchaniu pomysłu ogrodnika zastanowił się przez chwilkę, po czym nakazał doradcom zaprowadzić go do pokoju księżniczki.

Podczas dwunastych urodzin jednym z prezentów jakie otrzymała dziewczyna był mały piesek. Królewna bardzo lubiła czworonoga i zachwycała się jego sprytem. Pies zdawał się być nad wyraz inteligentnym stworzonkiem doskonale rozumiejącym swoją milczącą panią.

Kiedy Vanek wszedł do komnaty natychmiast zwrócił się do niego ignorując siedzącą na ogromnym łożu piękność.

– Słyszałem, że jesteś bardzo mądry więc przychodzę do Ciebie z pytaniem, które mnie dręczy o lat – Piesek słysząc skierowane do niego słowa przekrzywił lekko głowę, zamerdał ogonem i słuchał, a ogrodnik mówił dalej.

– Trzech podróżników wędrowało razem przez ciemny las. Jeden był rzeźbiarzem, drugi krawcem a tym trzecim byłem ja. Niebezpieczne to były okolice, więc gdy nadszedł czas postoju, zdecydowaliśmy, że konieczne będzie trzymanie warty. Pierwszy, który miał za zadanie dokładać do ogniska, by te nie wygasło był rzeźbiarz.

Rzeźbiarz wykonywał zadanie sumienie i dla zabicia czasu chwycił jedną z kłód leżącą przy ognisku. Zaczął strugać. Dłuto drążyło wprawnie lipowe drewno wydobywając ponętne kształty, które już za moment zamieniło się w piękną rzeźbę przedstawiającą młodą dziewczynę. Kiedy skończył, obudził krawca. Krawiec widząc drewnianą damę cmoknął z zachwytu. Pogratulował kunsztu rzeźbiarzowi i rozpoczął swoją wartę.

Gdy tylko usłyszał miarowy oddech swoich towarzyszy sugerujący, że śpią snem kamiennym, chwycił za swój kuferek. Wyciągnął wielkie nożyce i rozwinął błyszczący, delikatny materiał. Igła i nitka zatańczyły w rękach rzemieślnika i gdy już suknia była gotowa, ubrał w nią ponętną rzeźbę. po czym wstał, spojrzał z radością na swoje dzieło i szarpnął mnie za ramię, wyrywając ze snu.

Jak widzisz – powiedział – rzeźbiarz umilając sobie czas na posterunku wyrzeźbił piękną dziewczynę. ja z kolei uszyłem dla niej najpiękniejszą suknię jaką widział ten świat. Teraz Twoja kolej popilnować ogniska i naszej pięknej towarzyszki. Jak chcesz, możesz nauczyć ją mówić, o ile zdołasz.

Nie powiem, było ciężko, ale w końcu udało się. Nauczyłem mówić drewnianą panienkę.

Nastał ranek. Towarzysze podróży obudzili się i gdy zobaczyli efekt swojej pracy zapragnęli ją mieć na własność. Rzeźbiarz odezwał się jako pierwszy.

– Zrobiłem ją. Wyrzeźbiłem jej twarz i ciało. Postarałem się o każdy najdrobniejszy detal jej drewnianego ciała. Ta dziewczyna powinna być moja!

Krawiec parsknął oburzony i rzekł.

– Ubrałem ją w najpiękniejszą suknię jaką tylko można sobie wyobrazić. Dzięki niej wygląda oszałamiająco. Ta dziewczyna powinna być moja!

Nie chcąc dać za wygraną, także potwierdziłem swoje roszczenia co do dziewczyny. Wszak to ja tchnąłem w nią życie i nauczyłem ją mówić.

Dlatego powiedz mi piesku – skończył opowieść ogrodnik – Do którego z nas należy dziewczyna?

Piesek wywalił jęzor, mlasnął nim dwa razy dosięgając czarnego nosa i położył się na plecach. Wtedy to odezwała się księżniczka słuchająca opowieści ogrodnika

– Co jest dobrego w damie rzeźbiarza gdy nie ma w niej życia? Co jest dobrego w pięknych strojach skoro odziewają tylko kawałek martwego drewna. to Ty dałeś dziewczynie życie i mowę, największy dar jaki mogła otrzymać. Dlatego powinna być Twoją.

Vanek uśmiechnął się i powiedział zwracając się tym razem do dziewczyny.

– Oddałem Ci mowę i daję nowe życie królewno. Zatem zgodnie z tym co powiedziałaś przed momentem, powinnaś być moja.

Król i jego doradcy usłyszawszy dobrą nowinę ucieszyli się niezmiernie. Wezwano natychmiast do sali tronowej Vanka. Ten skłonił się przed władcą najgłębiej jak tylko potrafił, a król rzekł:

– Jesteś bardzo inteligentnym człowiekiem. W zamian za Twój uczynek otrzymasz wiele kosztowności, jednak nie mogę pozwolić na to, by człowiek tak niskiego urodzenia pojął moją córkę za żonę.

Chłopak słysząc te słowa podniósł głowę i spojrzał królowi prosto w oczy:

– Obiecałeś królu, że ktokolwiek sprawi że Twoja córka przemówi, to zostanie jej mężem. Słowa króla to prawo, a jeśli monarcha pragnie by inni przestrzegali jego praw, musi sam najpierw ich przestrzegać! Dlatego musisz królu oddać mi swoją córkę za żonę!

Słowa chłopaka odbiły się ciszą. W końcu jeden z doradców króla, czerwony na twarzy ze złości, krzyknął – Skandal! W ten sposób żaden parobek nie może zwracać się do władcy! Natychmiast go aresztować! Związać i wtrącić do lochów! Kto twierdzi, że król musi coś zrobić i to jeszcze w tak impertynencki sposób, zasługuje na karę śmierci!

Król, otoczony przez swoich radnych wysłuchał ich nawoływań i w końcu rzekł.

– Niech zostanie stracony!

Spętanego Vanka poprowadzono natychmiast na plac przed zamkiem, gdzie już czekał na niego odziany w czarny kaptur królewski kat. Przerażony chłopak spojrzał na ogromny miecz stojący u boku jego oprawcy i zadrżał. Czuł, że to już koniec. Nic nie zdoła go wyciągnąć z tej opresji. No chyba, że będzie miał wyjątkowe szczęście.

Na szczęście Szczęście obserwowało całą sytuację i postanowiło, że czas najwyższy wejść do gry. Powiedziało do Inteligencji:

– Spójrz. Chłopak cały czas kierowany był przez Ciebie i zobacz dokąd go to zaprowadziło. Posuń się troszkę i pozwól zająć mi Twoje miejsce.

Wystraszona Inteligencja ustąpiła miejsca Szczęściu i gdy tylko to się stało Szczęście zaczęło działać.

Miecz już miał opaść na kark nieszczęśnika, lecz stało się coś niespodziewanego. Kat uderzył nim przypadkowo w rusztowanie, co spowodowało, że ten pękł na dwie części. Zebrany na placu tłum zawył z dezaprobaty. Zawstydzony kat posłał natychmiast po katowski topór by dokończyć swego dzieła i zmazać plamę na honorze. Jednak zanim go przyniesiono na plac wjechał posłaniec królewski z edyktem ułaskawiającym.

Lecz co się stało, że władca zmienił zdanie?

Księżniczka dowiedziawszy się o wyroku jaki wydał jej ojciec na młodym ogrodniku zaprotestowała z całą stanowczością. Stwierdziła, że to co powiedział młodzieniec było prawdą. Słowo króla nie powinno być łamane, a jeżeli przeszkadza doradcom i jemu podłe pochodzenie nieszczęśnika, to niech zrobi z niego księcia. Wszak ma takie możliwości.

Zawstydzony król posłuchał swojej córki. Natychmiast zarządził odwołanie egzekucji i nadał tytuł szlachecki Vankowi, co otworzyło mu drogę do ręki księżniczki. Kat zaś mógł zmazać plamę na honorze, bo miejsce ogrodnika zajął doradca króla, który spowodował, że monarcha wydał niesprawiedliwy osąd.

Kiedy młoda para wchodziła na ślubny kobierzec Inteligencja pokłoniła się Szczęściu, bo bez jego interwencji nie doszło by do tego przyjęcia.

Od tego czasu mówi się, że Inteligencja może zaowocować czymś niesamowitym o ile spotka też odrobinę Szczęścia na swoje drodze.

Łza Twardowskiego

Podanie czeskie. Autor: Jarosław Vrchlicky (ur. 17 lutego 1853, zm. 9 września 1912) a właściwie Emil Frida, czeski poeta i dramaturg, krytyk, eseista i tłumacz, serdeczne więzy łączyły go z Polakami, z poezji polskiej przełożył wszystkie części Dziadów Mickiewicza. Utwór pochodzi z antologii „Ballady, legendy czeskie...” w przekładzie Konrada Zaleskiego. Tekst wg edycji „Ballady, legendy i t.p.” książki wydanej w Warszawie w 1904 roku, w tekście zachowano oryginalną pisownię.

slowianie-podania-mity-legendy-czechy-twardowski
Ilustracja. Łza Twardowskiego - lot na płaszczu, praca współczesna AI.

– Со się zżymasz? Do wyboru
Wszakże miałeś dosyć wina,
A ten dyablik czarnobrewy
Na mój honor, zuch dziewczyna!

Biesy z wszystkich świata krańców
Gośćmi Na tym byli dworze,
Użyczyło gwiazd swych niebo,
Użyczyło skarbów morze.

Czemu chmurzysz gniewnie czoło,
Nic ci smutku nie rozprasza?
Więc wygrana w karty niczem?
Furda dziewy? pełna czasza?

Niktby lepiej nie dogodził, –
Cały spryt mój wyczerpałem; –
Na koszt marnej twojej duszy
Nazbyt wiele dziś ci dałem!

Cóż chcesz jeszcze? Rozkwilonym
Niemowlętom lepiej służyć!
Rzekł Twardowski:
Chcę z asanem
Nadpowietrznej drogi użyć.

– Lecieć w przestwór! Dobra nasza!..
Niech się zadość woli stanie.
Widzisz plamkę, tam, Na niebie?
To mój płaszczyk, zacny panie!

Patrz, jak łódź ta ku nam zmierza.
Dalej, mistrzu, skocz do góry!
Ja już stoję. Chwyć się płaszcza!
Hejże, raźno! Jazda w chmury!

I Twardowski Na płaszcz wskoczy.
Szatan w pół go wziął pod boki,
Wnet pośpiesznym w górę lotem
Mknie prościutko pod obłoki.

Lecą, jako tuman śnieżny.
Jak puch kwietny, wichrem gnany;
Nietoperza szarem skrzydłem.
Zda się, czarci płaszcz rozwiany.

Lecą w górę, coraz wyżej.
Ponad lasy, ponad niwy, –
Aż odsłonił się przed nimi
Rój gwiazd jasny, migotliwy.

– Со to gwiazdy!? Mistrz zawoła.
Chcę przy ziemi bujać nizko,
W tej przejażdżce pragnę dzisiaj
Widzieć ludzkie środowisko.

– Jakto, w nocy? gdy śpi wszystko?
Dyabeł pyta, strojąc miny.
– Dalej Na dół! grzmi Twardowski,
I już miasta masz kominy.

Zatrzymała się łódź w biegu,
Gdzie się świeci trochę błota;
W błocie ujrzał, jak w zwierciadle
Mistrz miejskiego treść żywota:

Tu, w grze świateł, w takt kapeli,
Na salonach idą tany;
Tu zaś, w szynku brudnym, siedzi
Nad kieliszkiem człek pijany.

Tu przed jednym z graczy widzi
Stosy złota, jako lodu;
Tu zaś, w stęchłej, zimnej izbie
Garstka dziatek ginie z głodu.

Tutaj hańba, wstyd niewieści
Na kobiercach się rozpiera,
A tu cnota, jako ptaszę,
Na poddaszu gdzieś umiera.

Łódź zatrzęsła się nieznacznie –
Dyabeł pyta uśmiechnięty:
– Czego waszmość z cicha wzdychasz,
Gzem masz umysł zaprzątnięty?

A Twardowski:
– Prędzej z miejsca!
Prędzej, dyable! woła wściekle.
To, co widzę, wzruszyć może
I w najgłębszem, siódmem piekle.

Tam, Na stronie, w drzew tych cieniu,
Stoi nizki, stary dworek...
Dziatki krzyżem matka żegna,
Mówiąc z niemi w głos paciorek.

Czy ty słyszysz, jakim głosem
Ciężkie, jako drzewa kłoda!

– Leć, szatanie, leć, Na Boga,
Serce w piersiach mi zamiera!

Coś zawadza wciąż, mój mistrzu.
Hola! płaszcz coś z ramion zdziera.

Aha, mam cię! Zgubić snadnie
Mogłeś obu... Godny panie,
Toś ty płakał? Patrz, łza twoja
Pozostała Na rydwanie.

Oh! łza taka cięży srodze,
Więc ciągnęła nas ku ziemi;
Gdym ją cisnął, gwiazdą błysła.
Rzekł, mknąc szlaki powrotnemi.

Ballada zimowa

Ballada czeska. Autor: Jan Neruda (ur. 9 lipca 1834, zm. 22 sierpnia 1891), czeski poeta, pisarz i dziennikarz, jeden z prekursorów czeskiego odrodzenia kulturalnego z okresu ostatniego dwudziestolecia XIX wieku. Utwór pochodzi z antologii „Ballady, legendy czeskie...” w przekładzie Konrada Zaleskiego. Tekst wg edycji „Ballady, legendy i t.p.” książki wydanej w Warszawie w 1904 roku, w tekście zachowano oryginalną pisownię.

slowianie-podania-mity-legendy-czechy-ballada-zimowa
Ilustracja. Ballada zimowa, praca współczesna AI.

Drogą, w pustej okolicy,
Szedł czarownik wśród śnieżycy;
Dotarł aż do... szubienicy.
W górze belka wszerz widnieje –
Na niej wiszą dwaj złodzieje.
Rzekł, podchodząc ku nim blizko:
– Piękne macie tu siedlisko!
Szkoda mi was, bom nie głazem,
Przenocujem wszyscy razem.
Zaklął, skreślił koło w kole
I... wisielcy już na dole.

To mi druhy, to mi braty!
Pierwszy czarny i kudłaty.
Gdzie ramiona, tam kolana;
Broda nigdy nieczesana.
Drugi, z głową rozczochraną.
Dźwiga nogę snać drewnianą.

Trzeci... (Boże, pełen chwały!)
Nagi! – jakby z lodu oczy,
Lica pokrył szron przezroczy.
Sople zdobią tułów cały.

Siedli. Mistrza pozdrawiają.
Głowy sobie poprawiają.

– Otrzymawszy z rąk mych życie,
Czyńcie dalej swe łotrostwa;
Za to dziś mi usłużycie:
W progach tego, ot, domostwa
Razem nockę przepędzimy,
Winem troski ukoimy.
Hej! przynieście, czego trzeba:
Jeden pierzyn, drugi chleba,
Trzeci wina! Jedna kropla
Starczy. Hejże, chłopcy! Hopla!

Odlecieli szybkim lotem –
Coś w powietrzu szumi, warczy.

Wkrótce pierwszy był z powrotem
I do mistrza woła zdala:
– Niosę małą poduszeczkę!
Wdowie-m buchnął ją znienacka,
Co się z chorem dzieckiem cacka, –
Ale nie wiem, czy wystarczy?

Mistrz złodziejski spryt wychwala:
– To wezgłowie, prawi, może
Dać nam wszystkim ciepłe łoże.

Nad głowami coś kołacze:
Słychać skargi, żale, płacze.

Wtem wisielec wraca drugi:
– Wino niosę ku uciesze!
Z rąk wyrwałem księdza sługi;
Miał go do mszy podać klesze.
Czy nie będzie czasem mało?
– Na kompanię starczy całą!
Rzekł mistrz, czary rozpoczyna...
Patrzysz, stoją konwie wina.

Szumi wicher, jęczy, huczy;
Jak wilk wyje, co się włóczy.

Przybył trzeci i zawoła:
– Patrz, opłatek mam z kościoła!
Ograbiłem księdza cnego,
Gdy z nim dążył do chorego
Dać ostatnią mu wieczerzę.
Co pod ręką, to się bierze!

Grom uderzył. Cóż się dzieje!
Ziemia drgnęła, słup się chwieje.
Wszystko chwyta wir szalony
I rozwiewa w różne strony;

Со gdzie stoi, со gdzie leży,
Z krańca w kraniec lata, bieży,
A ci czterej w dymu chmurze.
Pędzą zwarci gdzieś ku górze.

W mig... i westchnąć nikt nie zdoła:
Cisza, spokój dookoła.

Rankiem, po tej nocy, pono
Na gościńcu spostrzeżono
W górze, między dwoma słupy,
Cztery drabów onych trupy.

Ballada dziecięca

Ballada czeska. Autor: Jan Neruda (ur. 9 lipca 1834, zm. 22 sierpnia 1891), czeski poeta, pisarz i dziennikarz, jeden z prekursorów czeskiego odrodzenia kulturalnego z okresu ostatniego dwudziestolecia XIX wieku. Utwór pochodzi z antologii „Ballady, legendy czeskie...” w przekładzie Konrada Zaleskiego. Tekst wg edycji „Ballady, legendy i t.p.” książki wydanej w Warszawie w 1904 roku, w tekście zachowano oryginalną pisownię.

slowianie-podania-mity-legendy-czechy-ballada-dziecieca
Ilustracja. Ballada dziecięca, praca współczesna AI.

Rankiem matkę sen zdradziecko
Zmorzył.
Dziecię bardziej zbladło.
Patrzy... coś mu w nogach siadło.
To śmierć mała – istne dziecko,
Koszulinę wdziała białą, –
Główkę zdobi wieniec wkoło;
Na motylki siatkę małą
Trzyma. Rączki jak pałeczki
Cienkie, jak wosk żółte czoło,
A miast oczek – dwa dołeczki.

– Pójdź, skrzydełka dam motyle,
Pójdź na jedną chociaż chwilę
Wśród aniołków, przy muzyce,
Wzlecim, jak dwie gołębice.

– O, matusia nie pozwoli,
Bo mnie mocno ciałko boli.

– Pójdź, córeczko, gołąbeczko,
Przyszłam do cię dziś z pomocą.
Ból przeminął wszelki z nocą, –
Tam w aniołków śpiewnym chórze,
Ulecimy hen, ku górze.
– Cyt, matusia się podnosi,
Bym została ponoć prosi...

– Pójdź, aniołku ty mój biały,
Przysłał mnie tu Jezus mały
I Królowa, ta, co w Niebie,
Aby zabrać rychło ciebie.
No! wyciągnij swe rączęta!
Czeka Jezus, Matka Święta...

– Idźmy, idźmy, ale z cicha,
Niech matusia się nie zbudzi.
Tyle się nade mną trudzi...
Gdy się zdrzemnie, ciężko wzdycha;
Słyszę, jak jej serce skacze,
A gdy spojrzy, zaraz płacze.

Opowieść o braciach, Biedzie i Pechu

Legenda ukraińska opowiada o biednym i bogatym bracie. Biedak, prześladowany przez Pecha, opuszcza swoją wioskę i podstępem pozbywa się nieszczęścia, dzięki czemu zdobywa bogactwo. Zazdrosny bogaty brat uwalnia jednak Pecha z bukłaka i od tej chwili sam traci wszystko, zostając z nim na zawsze.
Źródło: https://www.naszeszlaki.pl/archives/author/michal
Udostępniony przez Michał Baranowski

slowianie-podania-mity-legendy-ukraina-pech
Ilustracja. Opowieść o braciach - ukrycie pecha, praca współczesna AI.

W pewnej małej wiosce na kraju stepu mieszkali dwaj bracia. Jeden z nich był bogaty ponad miarę, a drugi biedny, ciągle chodzący w obdartych łachmanach. Pierwszy z braci dzięki fortunie szczycił się szacunkiem i poważaniem mieszkańców wsi, z biedakiem zaś nikt nie chciał mieć nic wspólnego, gdyż zabobonni wieśniacy obawiali się pecha, który go prześladował.

Pewnego dnia biedny brat przybył do domu swojego bogatego krewnego i zasiadł, jak to zwykle miał w zwyczaju, przy jego stole. Chciał porozmawiać ze swojej niedoli, jednak bogacz spojrzał na niego z wyższością i zmrużywszy ze złością oczy, rzekł:

– Nie przychodź tu więcej. Psujesz mi reputację swoją obecnością. W tych łachmanach, które szumnie nazywasz ubraniem, możesz co najwyżej na polach wrony straszyć. Tam Twoje miejsce! – Po czym wygnał biedaka z domostwa i zatrzasnął za nim masywne, dębowe drzwi.

Nędzarz spojrzał za siebie i nie wiedząc, co począć poszedł na pola, tak jak brat poradził, straszyć wrony. Rozwrzeszczane ptaszyska jak tylko zobaczyły zbliżającego się łachmaniarza, podniosły ostrzegawczy krzyk i rozpierzchły się na cztery strony świata. Na polu pozostał jedynie wielki, czarny kruk siedzący na konarze spróchniałego drzewa, a tuż obok niego stała piękna kobieta. Chłop przystanął i ze zdziwieniem rozdziawił gębę. Nagle usłyszał słowa:

– W tej wiosce nie ma szczęścia dla Ciebie i Twojej rodziny, dlatego spakuj cały swój dobytek i opuść to miejsce, a na pewno znajdziesz miejsce, gdzie i do Ciebie szczęście się uśmiechnie.

Jednak to nie kobieta przemówiła, a siedzący przy niej ptak. Nim biedak się otrząsnął, oboje zniknęli bez śladu. Mężczyzna wrócił do domu, usiadł przy rozpadającym się stole i spojrzał w dogasające palenisko i podrapał się po lekko łysiejącej głowie. Po chwili zadumy zawołał swoją biedną żonę oraz wychudzone dzieci i opowiedział o spotkaniu z dziwnym czarnym ptakiem i jego piękną i tajemniczą opiekunką. Gdy skończył opowieść, nakazał wszystkim się pakować i na nic nie czekając, wyruszyli w drogę. Gdy tylko opuścili granicę wioski, za plecami chłopa odezwał się Pech, który tak jak sądzili mieszkańcy wioski, przywarł do biedaka i nie chciał go opuścić.

Gdzie wędrujemy przyjacielu? Wiesz, że nigdy Cię nie opuszczę? Będę zawsze tam, gdzie Ty. – Po czym zachichotał wprost do ucha mężczyzny

Wędrowali wiele dni i nocy. Wędrowali w pełnym słońcu i w lejącym strumieniami deszczu. Wędrowali od skrzyżowania do skrzyżowania i od mostu do mostu, a Pech bez końca chichotał za uchem dźwigającego go biedaka. Pewnego upalnego dnia skończyła się woda w bukłaku, który dźwigało jedno z dzieci. Zobaczywszy rzekę, ojciec zarządził postój i udał się do strumienia, by ukoić pragnienie i napełnić pusty bukłak. Wtedy to wpadł na pewien, wręcz szatański pomysł i powiedział do uczepionego jego pleców Pecha.

– Słuchaj. Skoro tak się już do mnie przyczepiłeś i zżyliśmy się niczym bracia, to może pomożesz mi trochę. Wejdź do bukłaka i zobacz czy czasami dziur żadnych nie widać. Nie chciałbym, by woda wylała się po drodze, jeszcze pomrzemy i tyle będzie z naszej wyprawy.

Pech zastanowił się, zachichotał delikatnie i wskoczył do bukłaka. Wtedy mężczyzna zamknął otwór i mocno przewiązał go linką. Uwięziony Pech szarpał skórę bukłaka, groził, łkał i prosił o uwolnienie, ale chłop nawet nie myślał go wypuszczać. Wykopał dół w mulistym brzegu rzeki i wrzucił zawiniątko, po czym nie zwlekając, ruszył w dalszą drogę. Długo nie trwało, jak dotarli do kolejnej wioski, na końcu której stała mała opustoszała chata. Utwierdziwszy się, że nikt tam nie mieszka od wielu lat, oznajmił rodzinie, że od tej chwili to będzie ich dom.

Kilka dni później, gdy chłop usiadł wraz z rodziną na ganku, usłyszał zawodzenie, które najwyraźniej dochodziło gdzieś z gór. Spojrzał na swoją żonę i dzieci, które potwierdziły, że też słyszą głos dochodzący z oddali.

- Złapcie mnie!! Złapcie!! – Prosiło coś lub ktoś. – Złapcie!!

Chłop natychmiast poszedł do swojej stajni, rozejrzał się po zakurzonych zakamarkach i chwycił lejce, które najwyraźniej służyły dawnym właścicielom do powożenia konia. Tak wyposażony ruszył za głosem, który nie przestając, wykrzykiwał co chwilę.

– Złapcie mnie! Złapcie mnie!.

Mężczyzna wspiął się na najwyższą górę i rozejrzał wokół siebie. Stał tak dobrych kilka chwil, aż w końcu zobaczył sprawcę całego zamieszania. Stary kozioł, o rogach wielkich niczym dwa potężne konary beczał na całą okolicę.

Chłop chwycił wysłużone lejce i zrobiwszy z nich prymitywne lasso, zarzucił je na łeb rogacza. Kozioł walczył jak oszalały, ale w końcu dał za wygraną i poszedł wraz ze swoim nowym panem do jego obejścia.

Tam jednak stała rzecz niesłychana. Gdy tylko kozioł przestąpił próg domostwa, znikł zaś w miejscu, gdzie jeszcze przed momentem stał, rozsypały się po podłodze złote monety. Zszokowany widokiem takiego bogactwa biedak pozbierał wszystko, co do jednej i zawołał rodzinę.

Jak to w takich wypadkach bywa, wieść o niespodziewanym bogactwie rozniosła się z szybkością błyskawicy po okolicznych wioskach, aż w końcu dotarła pod strzechę bogatego brata. Ten, gdy tylko usłyszał opowieść o nieprzebranych bogactwach, które miał posiąść jego krewny łachmaniarz, postanowił sam sprawdzić, czy to prawda. Kazał osiodłać konia i ruszył w drogę.

Tak jak poprzednio jego brat, tak i on wędrował przez wiele dni, aż w końcu dojechał do małej wioski, na końcu której stała mała chatka. Zatrzymał ogiera, szarpiąc lejce, zeskoczywszy i podszedł do drzwi, które otwarły się z hukiem i stanął w nich ubrany w nowe, kolorowe ubrania młodszy brat.

– Cóż Cię sprowadza bracie w moje skromne progi?

Starszy brat spojrzał ze zdumieniem na pięknie ubranego brata i wszedł do izby. Tam otworzył ze zdumienia usta, bo dzieci i żona krewniaka już nie byli ubrani w wysłużone i łatane czym popadnie łachmany, tylko tak jak ich ojciec prezentowali się wręcz wyśmienicie. Jeszcze większe zdziwienie ogarnęło bogacza, gdy posadzono go do schludnie nakrytego stołu, na którym pojawiły się półmiski z mięsiwem, pieczywem i warzywami w takiej ilości, jakiej nie powstydziłby się car czy jakiś inny król z dalekiej krainy.

Bogaty brat ledwo co skubnął jedzenia i nie siląc się na owijanie w bawełnę, zapytał prosto z mostu o źródło bogactwa swojego brata. Ten uśmiechnął się szeroko i pokazał mu ogromne ilości złotych monet, zgromadzone w kilku solidnych kufrach. Zazdrość opanowała bogatego brata, uczucie to było tak silne, że aż cały pozieleniał na twarzy. Widząc to, jego dotychczas biedniejszy brat rzekł.

– Pochowałem znacznie więcej pieniędzy. Zakopałem je w skórzanym bukłaku, na mulistym brzegu rzeki. Jak chcesz, to możesz go wykopać. Ja i tak mam już tyle, że wystarczy mi i moim dzieciom do końca życia.

Bogaty brat zaślepiony wizją zakopanego skarbu wybiegł z domostwa, nie żegnając się z rodziną i wyruszył do wskazanego miejsca. Jechał nieprzerwanie dzień i noc, aż w końcu dotarł do rzeki. Rzucił się na kolana i gołymi rękoma rozgrzebał błoto. Wyciągnął bukłak i drżącymi z podniecenia dłoni rozwiązał sznury. Wtedy z wora wyskoczył oszukany Pech i momentalnie uczepił się karku burżuja, szepcząc mu do ucha.

Od teraz należę do Ciebie. Przyjacielu.

Oszukany bogacz udał się do domu i kiedy tam dotarł, zrozumiał, co się wydarzyło. Jego ogromne gospodarstwo leżało w popiołach, strawione przez potężny pożar. Nie wiedząc, co począć i gdzie się podziać, poszedł do dawnego gospodarstwa swojego brata i tam zamieszkał do końca swoich dni zupełnie sam, tylko jego kompan Pech chichotał mu czasami do ucha.

Skąd się wzięła nazwa miasta Lwów

Legenda ukraińska opowiada o tym skąd wzięła się nazwa miasta o walce z strasznym potworem którym był żarłoczny lew i o herosie który go pokonał.
Źródło: https://www.naszeszlaki.pl/archives/author/michal
Udostępniony przez Michał Baranowski

slowianie-podania-mity-legendy-ukraina-lwow
Ilustracja. Opowieść o pochodzeniu nazwy Lwów - atak besti, praca współczesna AI.

Dawno, dawno temu. W czasach gdy okoliczne wzgórza tonęły w nieprzeniknionej zieleni pierwotnej puszczy, na terenach dzisiejszego Lwowa pojawili się pierwsi osadnicy. Z lubością spojrzeli na bogactwo potężnych lasów, na płynącą błotnistym korytem rzeką i nie zastanawiając się zbyt długo, założyli pierwsze wioski.

Nie szczędząc sił wydzierali żyzną ziemię powalając potężne tysiącletnie dęby. Stukot setek prymitywnych toporów trwał nieprzerwanie od świtu do zmierzchu zaburzając dawną ciszę. W końcu gdy opanowali już dolinę i wydawać by się mogło, że od teraz to oni są panami tych terenów, stało się coś niespodziewanego. Potężny ryk, niosący się z najwyższego wzniesienia, oznajmił przybycie bestii.

Potwór polował w nocy nie gardząc żadnym stworzeniem. Zabijał wszystko co trafiło w zasięg jego ogromnych łap. Kły rozszarpywały mięso niczym najostrzejsze noże, a lepka, brunatna posoka wyścielała polany, gdzie raczył się zdobyczą. Początkowo jego ofiarami padały głównie dziko żyjące zwierzęta, lecz gdy te przezornie uciekły z jego terenów łowieckich, postanowił skosztować tych, które zamieszkiwały bliżej tych dziwnych, dwunożnych stworzeń.

Ogromny lew, bo jak się okazało to on był powodem terroru, porywał kozy z zagród i rozszarpywał bydło. Za nic miał pułapki stawiane przez osadników i omijał je z wielką łatwością. W końcu przerażeni ludzie, do tej pory kryjący się w czterech ścianach swoich domostw, postanowili zapolować na potwora.

W bezgwiezdną noc, zachowując należytą ostrożność, zwołali radę i zasiedli wokół wielkiego ogniska. Blask płomieni tańczył delikatnie po zmęczonych twarzach ludzi, którzy co rusz zgłaszali śmiałe pomysły mające pomóc w zgładzeniu bestii. Po wielu godzinach uradzili, że najodważniejsi i najsilniejsi młodzieńcy zostaną wyposażeni w najlepszy oręż jakim dysponują i wejdą na wzgórze w czasie dnia, gdzie lew powinien spokojnie odpoczywać po nocnych łowach w swojej jaskini.

Jak uradzili, tak uczynili i za jasnego dnia, wcześniej przygotowawszy najrozmaitszą broń, drużyna składająca się z najmężniejszych chłopów wyruszyła ubić stwora. Wspinali się na wzgórze z duszą na ramieniu. Nikt nawet nie ośmielił się podnieść głosu, czy zagaić do towarzysza. Tylko kurczowo trzymając drzewce oszczepów parli na górę nasłuchując, czy czasami lew nie czai się gdzieś w pobliżu.

W końcu dotarli na szczyt i zbliżyli się do wejścia groty. Smród gnijącego mięsa i walające się zmiażdżone kości, dał im jasno do zrozumienia, że dotarli we właściwe miejsce. Najstarszy z łowców skinął głową na pozostałych i wskazał wejście do jaskini.

Mdlący zapach wdarł się im w nozdrza, gdy weszli w ciemność, powodując utratę tchu. Chcąc przyzwyczaić się do panującego mroku zmrużyli oczy i wtedy usłyszeli mrożący krew w żyłach pomruk. Drżąc ze strachu zbili się w zwartą grupę, na tyle na ile pozwalała im ciasnota groty i wystawili oszczepy.

Wtedy go zobaczyli. Ślepia, błyszczące jak dwie smolne pochodnie, wpatrywały się w nich od dłuższego momentu. Chłopi nie zdążyli nawet krzyknąć kiedy ogromny lew w ułamku sekundy runął na nich, tak jakby nie obowiązywały go prawa grawitacji. Zwarty szyk, który miał chronić łowców, ugiął się momentalnie pod naporem bestii.

Gdy pierwsi z szeregu zostali rozerwani ostrymi szponami potwora, w serca pozostałych śmiałków wlała się strumieniem panika. Zrozumieli, że nie ma dla nich ratunku. Chcąc uciec, tratowali siebie nawzajem, depcząc po sobie i obijając się o twarde skały. Lew w napadzie dzikiego szału chwycił silnymi szczękami kark jednego z wojów i je błyskawicznie zacisnął. Jęk nieszczęśnika zagłuszyło chrupnięcie pękających kręgów. Krzyki ustały po kilku minutach, kiedy to ostatni ze śmiałków wyzionął ducha, widząc przed śmiercią swoje wnętrzności wylatujące z rozprutego brzucha.

Nastały ciężkie czasy terroru. Lew zasmakowawszy w ludzkim mięsie zaczął polować na każdego, kto znalazł się w zasięgu jego terytorium. Mieszkańcy okolicznych wiosek nie widząc nadziei na poprawę sytuacji zdecydowali, że czas opuścić swoje domostwa.

Wtedy to, do małej karczmy położonej na rozdrożu przybył nieznajomy rycerz. Usiadł przy sosnowym, lepiącym się od starego tłuszczu stole i zamówił jadło. Siedział tak bezruchu nasłuchując rozmów podpitych gości, opowiadających niestworzone rzeczy o wielkim zwierzęciu, które sterroryzowało całą okolicę. Gdy stwierdził, że usłyszał już wystarczająco wstał i podszedł do karczmarza.

– Ja zabiję tego stwora. Powiedz mi jedynie, gdzie znajdę starszyznę, co o odpowiedniej zapłacie pomówię. – rzekł nie odrywając wzroku od podejrzliwie łypiącego na niego oberżysty. Ten podrapał się po zmierzwionej brodzie i zaśmiał się rubasznie.

– Ty sam Panie? Przeciwko temu potworowi? No cóż, skoro tak Ci spieszno na tamten świat, to czemu nie. Zaprowadzę Cię do wioski.

Rycerz zeskoczył z podpalanego ogiera na wysuszoną ziemię i rozejrzał się. Ci, co jeszcze nie zdążyli uciec obserwowali tajemniczego przybysza z podcieni swoich domostw. Nikt nie kwapił się by mu wyjść na spotkanie. Gościnność z której słynęli kiedyś mieszkańcy wioski została zduszona przez wszechogarniający strach. W końcu najstarszy członek społeczności zdobył się na odwagę i zapytał ochrypłym głosem.

– Czego chcesz przybyszu?

Wojownik podszedł powoli do starca. Spojrzał na niego przeszywającym wzrokiem i po chwili milczenia odparł.

– Zabiję bestię, jednak musicie mi pomóc przygotować się do tego pojedynku – po czym chwycił pod ramię dziadka i wszedł do budynku stojącego za nimi.

Wokół domu zgromadziła się natychmiast cała wioska podsłuchując tego, co prawiono w jego wnętrzu. po ustaleniu ceny za łeb potwora, która okazała się niezbyt wygórowana, rycerz nakazał, by wszystkie dziewczęta w okolicy upuściły sobie po trzy krople krwi. Krew następnie miała trafić do solidnych rozmiarów kadzi, w której to łowca zamierzał zanurzyć swój oręż i zbroję.

Mimo początkowych protestów przestraszonych dzierlatek, kadź powolutku wypełniła się szkarłatnym płynem. Przybysz tylko na to czekał. Wyciągnął ostry jak brzytwa miecz, po czym zanurzył go w lepkiej cieczy po samą rękojeść, wypowiadając na głos nieznane nikomu inkantacje. Następnie to samo uczynił ze zbroją i tarczą. Gdy zakończył rytuał wyjaśnił nieufnie patrzącym mieszkańcom, że dzięki krwi dziewczyn i wypowiedzianym zaklęciom, jego oręż jest gotowy stawić czoło niebezpieczeństwu.

Następnego dnia wojownik wstał równo ze wstającym słońcem i wyruszył ku jaskini lwa. Tak samo jak jego poprzednicy wspinał się z mozołem po stromiźnie, jednak w przeciwieństwie do nich nie bał się celu swojej podróży. Wręcz przeciwnie, wraz ze zbliżającym się niebezpieczeństwem szedł coraz szybciej, jak by świadomość nieuniknionego starcia z potworem dodawała mu sił. W końcu trzask pękających pod jego stopami zbielałych kości ludzi i zwierząt oznajmiły, że dotarł na miejsce. nie wszedł jednak do pieczary. Stanął tylko przed nią i zaczął uderzać klingą miecza w żelazne umbro tarczy.

Hałas wywabił lwa z jaskini. Zbudzone zwierzę na widok samotnego rycerza rozwarło paszczę i zaryczało tak, że aż natrzęsły się okoliczne skały. Po czym wbił ślepia w przybysza i oblizał pysk chropowatym jęzorem, jak by czując już smak jego mięsa. Pochylił wielki łeb do ziemi i ruszył delikatnie zbaczając na lewą stronę z napiętymi mięśniami, gotowymi do błyskawicznego ataku. Rycerz zrobił to samo co bestia. Pochylił się lekko, wystawił przed siebie tarczę i wciąż wpatrując się w lwa, zaczął poruszać się w tę samą stronę co jego przeciwnik.

Mierzyli się spojrzeniami kilka dobrych sekund, aż w końcu lew zdecydował, że czas kończyć ten absurdalny taniec śmierci. Tylne łapy wbiły się w kamieniste podłoże kumulując energię i momentalnie wystrzelił na rycerza jak strzała.

Rycerz tylko na to czekał. W ostatnim momencie zrobił unik, chroniąc się tarczą przed pazurami i wykonując obrót ciął bestię w prawy bok. Lew straciwszy równowagę runął za jego plecami wznosząc tumany kurzu. Zwierzę podniosło się i potrząsnęło potężnym łbem, jak by nie dowierzając temu, co się przed momentem wydarzyło. Brocząc obficie krwią ruszyło jednak po raz kolejny do ataku.

Tym razem lew ruszył na łowcę już nie kalkulując, chciał po prostu powalić ofiarę swoim ciężarem i wbić się jej kłami w soczystą tętnicę. Rycerz jednak był świetnie przygotowany. Wiedział doskonale, że zarówno tarcza jak i zbroja wzmocnione starożytną magią dadzą opór szaleńczemu atakowi.

Lew nabrał rozpędu i skoczył na wojownika, a ten z całej siły pchnął mieczem w podbrzusze bestii. Lew zawył przeraźliwie, gdy ostrze pruło jego wnętrzności i upadł na woja, zwalając go z nóg.

Ciało potwora drgało konwulsyjnie na uwięzionym pod nim rycerzu. Walka się zakończyła, równie szybko jak się zaczęła.

Na cześć tego wydarzenia górę, która była areną tej potyczki, nazwano Górą Lwa. Natomiast wioskę, która przemieniła się z biegiem czasu w prężnie prosperujące miasto, nazwano Lwowem.

Baš Čelik

Serbska bajka (cyrylica: Баш Челик), opublikowana przez serbskiego autora Vuk Stefanović Karadžić
Źródło: tłumaczenie z XIX wiecznego zbioru „Srpske narodne pripovijetke" udostepninej na stronie https://en.wikisource.org/wiki/Slavonic_Fairy_Tales

slowianie-podania-mity-legendy-serbia-3-bracia-3-siostry
Ilustracja.Opowieść o trzech braciach i trzech siostrach, praca współczesna AI.

Był król, który miał trzech synów i trzy córki. Gdy umierał, nakazał synom przysiąc, że każdą siostrę wydadzą za pierwszego, kto o nią poprosi. Po jego śmierci w nocy pojawił się tajemniczy głos i zażądał jednej z córek. Dwaj starsi bracia bali się, ale najmłodszy dotrzymał przysięgi i oddał siostrę. To samo powtórzyło się jeszcze dwa razy – wszystkie siostry zostały wydane nieznanym istotom.

Po pewnym czasie najmłodszy brat ruszył w świat, by je odnaleźć. Odkrył, że zostały żonami potężnych władców: jednego związanego z orłami, drugiego z sokołami, trzeciego ze smokami. Każdy z nich przyjął go życzliwie i dał mu magiczne pióro, które mogło przywołać ich pomoc.

Podczas dalszej podróży młodzieniec trafił do zamku, gdzie znalazł zamknięte drzwi, których nie wolno było otwierać. Z ciekawości je otworzył. W środku znajdował się uwięziony wojownik – Baš Čelik. Był wyczerpany i błagał o wodę. Młodzieniec zlitował się i podał mu ją. W tej chwili Baš Čelik odzyskał siłę, zerwał kajdany i uciekł, porywając żonę bohatera.

Młodzieniec ruszył za nim. Kilka razy próbował go pokonać, ale za każdym razem ginął – i był wskrzeszany dzięki pomocy swoich szwagrów i magicznej wodzie. W końcu dowiedział się, że Baš Čelik nie może zginąć, bo jego życie nie znajduje się w jego ciele.

Jego życie było ukryte: w ptaku, ptak był w lisie, lis znajdował się w gęstym lesie na wysokiej górze. Bohater, z pomocą sprzymierzeńców, zdobył to ukryte życie. Gdy ściskał je w dłoni, Baš Čelik słabł. Gdy je zniszczył – Baš Čelik umarł. Młodzieniec odzyskał żonę i wrócił zwycięsko.

Kozie uszy cesarza Trojana

Południowosłowiańska bajka (serbski: У цара Тројана козје уши) opublikowana przez serbskiego autora Vuk Stefanović Karadžić w 1870 roku
Źródło: tłumaczenie z XIX wiecznego zbioru „Srpske narodne pripovijetke" udostepninej na stronie https://en.wikisource.org/wiki/Slavonic_Fairy_Tales

slowianie-podania-mity-legendy-serbia-uszy-cara
Ilustracja. Opowieść kozie uszy cesarza Trojana, praca współczesna AI.

Żył kiedyś cesarz, który nazywał się Trojan. Ten cesarz miał kozie uszy i wzywał fryzjera po fryzjerze, aby go ogolił. Ale którykolwiek z nich wszedł, nigdy więcej nie wychodził; bo kiedy fryzjer golił cesarza ten pytał: „Co w nim nie zauważył", a kiedy fryzjer odpowiadał, że widział kozie uszy, Cesarz Trojan natychmiast nakazywał pociąć go na kawałki.

W końcu przyszła kolej na pewnego fryzjera, który by uniknąć losu swych poprzedników udawał chorobę i zamiast siebie wysłał swojego ucznia. Kiedy uczeń pojawił się przed cesarzem zapytano go, dlaczego jego mistrz nie przyszedł, a on odpowiedział: „Ponieważ jest chory". Wtedy cesarz usiadł i pozwolił młodzieńcowi się ogolić.

Kiedy go golił, uczeń zauważył kozie uszy cesarza, ale gdy Trojan zapytał, co zobaczył, odpowiedział: „Nic nie zauważyłem". Wtedy cesarz dał mu dwanaście dukatów i powiedział do niego - „Od teraz będziesz przychodzić i mnie golić".

Gdy uczeń wrócił do domu jego mistrz zapytał go jak sobie radził u cesarza, młodzieniec odpowiedział: - „Wszystko dobrze; cesarz powiedział mi, że mam go ogolić w przyszłości". Potem pokazał dwanaście dukatów, które otrzymał; ale jeśli chodzi o kozie uszy cesarza, nic o tym nie wspominał.

Od tego czasu uczeń regularnie chodził do Trojana, aby go ogolić, za każde golenie otrzymywał dwanaście dukatów i nadal nie powiedział nikomu, że cesarz ma kozie uszy. W końcu zaczął się martwić i dręczyć tym, że nie ośmielił się powiedzieć nikomu o swym sekrecie, aż w końcu ze zgryzoty zachorował.

Jego mistrz, który zauważył to, zapytał go co mu dolega i po wielu naciskach uczeń wyznał, że ma coś na sercu, z czego nie odważył się nikomu zwierzyć i dodał: „Gdybym tylko mógł to komuś powiedzieć, natychmiast poczułbym się lepiej".

Wtedy powiedział mistrz - „Powiedz mi to, a ja wiernie ukryję to przed wszystkimi innymi; albo jeśli boisz się mi zaufać, to idź do spowiednika i zwierz mu to; ale jeśli nawet tego nie zrobisz, to idź na pola poza miastem, wykop tam dziurę, włóż w nią głowę i powiedz ziemi trzy razy to, co wiesz, a następnie zakop dziurę."

Uczeń wybrał ostatnią radę; poszedł na pole poza miastem, wykopał dziurę, do której włożył głowę i zawołał trzy razy - „Cesarz Trojan ma kozie uszy!" Potem ponownie wypełnił ziemią dziurę i z ulgą poszedł do domu.

Gdy mineło trochę czasu z tej właśnie dziury wyrosło drzewo czarnego bzu mające trzy smukłe łodygi, piękne i proste jak strzała. Przechodzący obok pasterze zauważyli te drzewo, odcięli jedną z łodyg i zrobili z niej fujarki. Ale gdy tylko zaczęli w nie dmuchać rozbrzmiały słowa: „Cesarz Trojan ma kozie uszy!"

Wiadomość o tym dziwnym zdarzeniu rozeszła się natychmiast po całym mieście i w końcu sam Cesarz Trojan usłyszał dzieci dmuchające w fujarkę: „Cesarz Trojan ma kozie uszy!" Natychmiast wysłał po ucznia fryzjera i krzyknął do niego - „Hej! Co to jest, mówiłeś ludziom o mnie?"

Biedny młodzieniec od razu zaczął wyjaśniać, że rzeczywiście zauważył uszy cesarza, ale nigdy nikomu nie powiedział o tym. Cesarz wyrwał swoją szablę z pochwy, aby pociąć ucznia, na co młodzieniec był tak przerażony, że opowiedział całą historię w jej kolejności: jak wyznał ziemi; jak wyrosło na tym samym miejscu drzewo; i jak, gdy z jednej z jego łodyg zrobiono fajkę, wieść brzmiała w każdym kierunku.

Następnie cesarz zabrał ucznia ze sobą w powozie na miejsce, aby przekonać się o prawdziwości historii; a kiedy tam dotarli, okazało się, że pozostała tylko jedna łodyga. Cesarz Trojan nakazał zrobić fujarkę z tej łodygi, aby mógł usłyszeć, jak ona brzmi.

Gdy tylko fujarka była gotowa i jeden z nich w nią dmuchnął, wybrzmiały słowa: „Cesarz Trojan ma kozie uszy!" Wtedy cesarz przekonał się, że nic na tej ziemi nie może być ukryte, oszczędził życie uczniowi fryzjera i odtąd pozwalał każdemu fryzjerowi, bez wyjątku, przyjść i go golić.

Trzej bracia

Południowosłowiańska bajka opublikowana przez serbskiego autora Vuk Stefanović Karadžić w 1870 roku
Źródło: tłumaczenie z XIX wiecznego zbioru „Srpske narodne pripovijetke" udostepninej na stronie https://en.wikisource.org/wiki/Slavonic_Fairy_Tales

slowianie-podania-mity-legendy-serbia-3-bracia-i-aniol
Ilustracja. Trzej bracia południowosłowiańska opowieść, praca współczesna AI.

Kto prosi o mało, otrzyma wiele.

Żyło kiedyś trzech braci, których jedyną własnością w tym jasnym świecie była grusza, którą obserwowali jeden po drugim; podczas gdy jeden z nich pozostał, aby go obserwować, pozostali dwaj poszli do swojej codziennej pracy.

Pewnego dnia aniołowi z nieba nakazano udać się i zobaczyć, jak żyją bracia, i zapewnić im lepsze środki utrzymania, jeśli tego potrzebują. Gdy tylko anioł zstąpił na ziemię, przybrał postać żebraka, a gdy przyszedł do brata, który obserwował drzewo, błagał go o gruszkę. Mężczyzna urwał jedną z gruszek, które należały do niego, dał ją aniołowi i powiedział - „Tutaj masz jedną z moich własnych gruszek; z tych, które należą do moich braci, nie mogę ci dać żadnej". Anioł podziękował mu i odszedł.

Następnego dnia drugi brat zatrzymał się w domu, aby obserwować drzewo; anioł również przyszedł do niego i poprosił o gruszkę. Drugi brat również zerwał jedną z gruszek, która należała do niego, dał ją aniołowi i powiedział: - „Tutaj masz jedną z moich własnych gruszek; z tych, które należą do moich braci, nie mogę ci dać żadnej". Anioł podziękował mu i odszedł.

Gdy przyszła kolej na trzeciego brata, aby pilnować drzewa, anioł również przyszedł do niego i poprosił o gruszkę. Najmłodszy brat, w podobny sposób, urwał jeden z tych, które należały do niego, dał go aniołowi i powiedział: - „Tutaj masz jedną z moich własnych gruszek; z tych, które należą do moich braci, nie mogę ci dać żadnej".

Czwartego dnia anioł przybrał postać mnicha i przyszedł wcześnie rano, zastał braci wciąż w domu, do których powiedział: „Chodź ze mną, a dam ci coś lepszego do roboty". Bracia poszli za aniołem bez wahania.

Kiedy doszli do szerokiego, szybkiego strumienia, wszyscy tam spoczęli a anioł powiedział do najstarszego brata - „Co chciałbyś mieć?" A on odpowiedział: „Chciałbym, żeby ta woda zamieniła się w wino i należała do mnie". Anioł uczynił znak krzyża swoją laską, i oto! - zamiast wody, w strumieniu płynęło wino. Podstawiono beczki, wlewano do nich wino; widziano ludzi pracujących i powstała wioska. Anioł zostawił tam najstarszego brata i powiedział: „Teraz masz to, czego pragniesz, zatrzymaj się i zamieszkaj tutaj".

Wtedy anioł wziął dwóch młodszych braci i poszedł z nimi dalej. Wkrótce dotarli na pole, na którym żywiła się ogromna liczba gołębi. Tam anioł zapytał drugiego brata - „Co chciałbyś mieć?" A on odpowiedział: „Chciałbym, aby wszystkie te gołębie zostały przemienione w owce i należały do mnie". Anioł zrobił znak krzyża swoją laską nad polem i w jednej chwili wszystkie gołębie stały się owcami.

Pojawiła się mleczarnia, w której niektóre kobiety doiły owce, inne mierzyły mleko, zbierały śmietanę, robiły sery i topiły tłuszcz; była też rzeźnia, w której mięso było rozbierane, ważone i sprzedawane; ludzie byli wszędzie zajęci, a na miejscu pojawiła się wioska. Po tym anioł powiedział do drugiego brata: „Tutaj masz to, czego pragniesz".

Wtedy anioł odszedł z najmłodszym bratem, a idąc przez pole zapytał go - „A co chciałbyś mieć?" Więc najmłodszy brat odpowiedział: „Niech Niebo da mi prawdziwie pobożną żonę; nie proszę o nic więcej".

„Ach", powiedział anioł, „bardzo trudno jest znaleźć naprawdę pobożną kobietę. Na całym świecie są tylko trzy takie, dwie z nich sa już mężatkami, ale trzecia jest nadal panną; jest jednak już dwóch zalotników dla niej."

Peczem rozpoczęli długa wędrówkę i w końcu dotarli do miasta, w którym mieszkał król mający naprawdę pobożną córkę. Po wejściu do miasta, natychmiast udali się do króla, aby poprosić o jego córkę.

Tam odkryli, że dwóch królów przybyło przed nimi, poprosiło o księżniczkę i już złożyło sew dary.

Kiedy król ich zobaczył, powiedział do tych, którzy stali w pobliżu - „Co powinniśmy zrobić? Pierwsi dwaj zalotnicy są królami, a ci mężczyźni są zwykłymi żebrakami w porównaniu z nimi."

Wtedy anioł powiedział: „Powiem ci, co masz robić. Niech księżniczka weźmie trzy gałęzie winorośli, posadzi je w ogrodzie i nazwie każdą po swoich zalotnikach; rano, na której gałęzi zostaną znalezione winogrona, musi wziąć za swojego męża".

Wszyscy zgodzili się na tę propozycję. Księżniczka posadziła trzy gałęzie winorośli w ogrodzie i nazwała każdą z nich imieniem zalotnika. Rano na winorośli biednego człowieka były winogrona.

Król nie wiedząc, jak wyjść z tych trudności, był zobowiązany oddać córkę najmłodszemu bratu za żonę; zabrał ich od razu do kościoła i poślubił.

Po ceremonii anioł zabrał nowożeńców do lasu i zostawił ich tam, i mieszkali w tym lesie przez rok. Kiedy rok się skończył, aniołowi ponownie nakazano udać się i zobaczyć, jak żyją bracia, i pomóc im, jeśli tego potrzebują.

Po zstąpieniu na ziemię anioł ponownie przybrał postać żebraka, podszedł do najstarszego brata, gdzie wino płynęło w strumieniu, i błagał go o kieliszek wina; ale mężczyzna odepchnął go, mówiąc: „Gdybym miał dać kieliszek wina każdemu, kto o to poprosi, nic by mi nie zostało."

Gdy anioł to usłyszał, uczynił znak krzyża swoją laską, a woda znów płynęła w strumieniu jak poprzednio; wtedy powiedział do najstarszego brata - „Bogactwo nie było dla ciebie dobre; idź do domu i znowu zajmuj się swoją gruszą."

Wtedy anioł poszedł do drugiego brata, którego owce zakryły pole, i błagał go o kawałek sera; ten też odpędził anioła, mówiąc: „Gdybym miał dać kawałek sera każdemu, kto o to poprosi, nic by mi nie zostało."

Kiedy anioł to usłyszał, uczynił znak krzyża swoją laską, a owce znów zamieniły się w gołębie; wtedy anioł powiedział do niego: „Bogactwo nie było dla ciebie dobre; idź do domu i znowu zajmuj się swoją gruszą."

W końcu anioł udał się do najmłodszego brata, aby zobaczyć jak sobie radzi, i zastał go mieszkającego z żoną w biednej chacie w lesie. Anioł poprosił go o nocleg, a oni przyjęli go z całego serca i błagali go, aby wybaczył, że nie mogą go ugościć, jak sobie życzą, „bo" dodali, „jesteśmy bardzo biedni".

I anioł odpowiedział im: „Nieważne; będę zadowolony z tego, co jest". Co mieli robić? Nie mieli zboża do zrobienia chleba, ale mieli korę drzew i robili z niej chleb.

Taki chleb kobieta przygotowała również dla gościa i włożyła go pod glinianą pokrywę do pieczenia. Podczas gdy chleb się piekł, zabawiali gościa rozmową.

Kiedy jakiś czas później spojrzeli, aby zobaczyć, czy chleb jest już upieczony, znaleźli pod pokrywą delikatny chleb ładnie wypieczony - tak że nie można było sobie życzyć czegoś lepszego. Kiedy mężczyzna i jego żona go zobaczyli, podnieśli ręce do nieba i powiedzieli: „Panie, przyjmij nasze podziękowania! Teraz możemy godnie przyjąć naszego gościa".

Potem postawili chleb przed aniołem i butelkę z tykwą z wodą; ale gdy tylko zaczęli z niej pić, woda została zamieniona w wino.

W tym samym roku anioł uczynił znak krzyża swoim kijem nad chatą, a na jego miejscu powstał książęcy pałac z mnóstwem wszystkich dobrych rzeczy. Wtedy anioł pobłogosławił mężczyznę i jego żonę, i odszedł od nich, i żyli szczęśliwie aż do końca swojego życia.

Dziewczyna, która była mądrzejsza od króla

Południowosłowiańska bajka opublikowana przez serbskiego autora Vuk Stefanović Karadžić w 1870 roku
Źródło: tłumaczenie z XIX wiecznego zbioru „Srpske narodne pripovijetke" udostepninej na stronie https://en.wikisource.org/wiki/Slavonic_Fairy_Tales

slowianie-podania-mity-legendy-serbia-panna-i-krol
Ilustracja. Południowosłowiańska bajka o pannie, która była mądrzejsza od króla, praca współczesna AI.

Kiedyś żył biedny człowiek w nędznej chacie, który nie miał nikogo poza jedyną córką. Ale była ona bardzo mądra i chodziła wszędzie w poszukiwaniu pomocy, uczyła także swojego ojca, jak w sposób mówić, gdy prosił o wsparcie. Zdarzyło się kiedyś, że biedak przyszedł do króla i poprosił o wspomożenie. Król zażądał by powiedział, skąd przyszedł i kto nauczył go tak mądrze mówić. Mężczyzna opowiedział, skąd przyszedł i że to jego córka go wszystkiego nauczyła.

„A kto uczył twoją córkę?" Zapytał król.

Biedak odpowiedział: „Boże i nasza wielka bieda".

Wtedy król dał mu trzydzieści jajek, mówiąc – „Zabierz te jaja do swojej córki i powiedz jej, żeby wykluła z nich kurczaki, a ja ją hojnie wynagrodzę; ale jeśli nie będzie w stanie ich wykluć, będzie z toba źle."

Biedny człowiek wrócił z płaczem do swojej chałasy i opowiedział córce o tym, co się mu przydarzyło. Panna od razu zobaczyła, że jajka są ugotowane, ale powiedziała ojcu, żeby poszedł odpocząć i zapewniła go, że dopilnuje, żeby wszystko poszło dobrze. Ojciec zastosował się do jej rady i poszedł spać; panna wzięła garnek, napełniła go wodą i fasolą i postawiła go na ogniu.

Następnego ranka, gdy fasola była dość gotowana, powiedziała ojcu, aby wziął pług i woły i zaorał wzdłuż drogi, gdzie miał przejść król.

„A gdy zobaczysz króla", dodała, „weź fasolę, zasiej ją i zawołaj: >>Hej! Dalej, moje woły! Niebo niech będzie ze mną i sprawiło, aby moja gotowana fasola zakorzeniła się i rosła!<< A kiedy król zapyta cię, jak to możliwe, że gotowana fasola rośnie, odpowiedz mu, że jest to tak samo możliwe, jak to by z gotowanych jajka wykluły się kurczaki."

Biedak posłuchał swojej córki, poszedł i zaczął orać. Kiedy zobaczył nadchodzącego króla, zaczął biadolić – „Hej! Dalej, moje woły! Boże dopomóż mi i spraw, aby moja gotowana fasola zakorzeniła się i rosła!"

Król, słysząc te słowa, zatrzymał się na drodze i powiedział do biednego – „Hej, człowieku! Jak to możliwe, że gotowana fasola rośnie?"

I biedak odpowiedział mu – „Niech Bóg darzy cię pomyślnością, królu! Tak samo możliwe, jak to by z gotowanych jaj, mogły się wykluć kurczaki."

Król od razu domyślił się, że to córka biedaka nauczyła go tej odpowiedzi. Rozkazał swoim sługom schwytać go i sprowadzić przed swe oblicze. Potem dał mu wiązkę lnu i powiedział do niego – „Weź ten len i zrób z niego liny i żagle i wszystko, co jest pożądane na pokładzie statku; jeśli tego nie zrobisz, stracisz głowę."

Biedak wziął pakunek z wielkim strachem i poszedł z płaczem do domu do swojej córki, której przekazał wszystko, co się wydarzyło. Ale panna wysłała go ponownie, aby odpoczął z obietnicą, że wszystko pójdzie dobrze.

Następnego dnia wzięła mały kawałek drewna, obudziła ojca i powiedziała do niego – „Weź to drewno i zanieś je królowi; niech wytnie z niego kołowrotek, wrzeciono i krosno, a ja zrobię wszystko, czego ode mnie zażąda".

Biedak ponownie podążył za wskazówkami swojej córki; udał się do króla i przekazał przesłanie panny. Król był zdumiony, słysząc to i zaczął myśleć, co powinien zrobić dalej. W końcu wziął mały kubek i powiedział dając go ojcu – „Weź ten kielich swojej córce i powiedz jej że ma opróżnić morze, aby stało się jak suche pole".

Biedak był posłuszny ze łzami w oczach zabrał kielich swojej córce z orędziem króla. Ale panna powiedziała mu, że musi zostawić sprawę tylko do rana, kiedy się tym zajmie.

Rano zawołała do swojego ojca i dała mu funt pakuł, aby zabrał go królowi, i kazała mu powiedzieć: – „Niech król zatrzyma wszystkie źródła i ujścia rzek ziemi tymi pakułami, a potem wysuszę dla niego morze".

I biedak poszedł i powiedział to królowi.

Teraz król zobaczył, że ta panna jest mądrzejsza od niego samego i kazał ją przyprowadzić przed swe oblicze. A kiedy ojciec i córka stali w jego obecności i skłonili się przed nim, powiedział do córki – „Powiedz mi, dziewczyno, co człowiek słyszy najdalej?"

A panna odpowiedziała – „Wspaniały królu! To, co człowiek słyszy najdalej, to grzmot i kłamstwo".

Po tym król chwycił się za brodę i zwrócił się do swoich doradców, zażądał od nich: Powiedzcie mi, ile warta jest moja broda?"

Jedni wyceniali ją tak, inni inaczej, lecz dziewczyna powiedziała wprost, że nie potrafią odgadnąć, panna powiedziała im wprost, że nie mogą tego ustalić. „Broda króla," powiedziała, „jest warta tyle, co trzy deszczowe dni w okresie letnim".

Król był zdumiony i wykrzyknął: „Panna udzieliła najlepszej odpowiedzi!"

Potem zapytał ją, czy zechce zostać jego żoną, i nie przestawał nalegać, dopóki się na to nie zgodziła. Dziewczyna skłoniła się przed nim i powiedziała: – „Wspaniały królu! niech będzie, jak sobie życzysz; lecz proszę cię, abyś własnoręcznie napisał na kartce, że jeśli kiedykolwiek się na mnie rozgniewasz i wypędzisz mnie ze swego pałacu, będę mogła zabrać ze sobą to, co kocham najbardziej.”

I król zgodził się i wypisał dokument.

Po pewnym czasie stało się tak, że pewnego dnia król tak się rozgniewał na swoją żonę, że powiedział do niej – „Nie chcę cię już za żonę; opuść mój pałac i idź tam, gdzie chcesz".

„Wspaniały królu!" Odpowiedziała królowa, „Będę ci posłuszna. Pozwól mi jednak zostać tu na noc, a rano pójdę dalej".

Król spełnił jej prośbę; a królowa przed kolacją zmieszała trochę brandy i słodkich ziół w winie królewskim i upraszała go, aby to wypił, mówiąc – „Pij, o królu, i bądź wesoły. Jutro się rozstaniemy; i uwierz mi, wtedy będę szczęśliwsza niż wtedy, gdy za ciebie wyszłam".

Król wypił za dużo, a kiedy mocno zasnął, królowa położyła go na przygotowanym wozie i pojechała z nim do skalistej jaskini. A kiedy król obudził się w jaskini i zobaczył, gdzie jest zawołał – „Kto mnie tu sprowadził?"

„Przyprowadziłam cię tutaj," odpowiedziała królowa.

Król zażądał od niej: „Dlaczego to zrobiłeś? Czy nie mówiłem ci, że nie jesteś już moją żoną?"

Wtedy ona powiedziała, wyciągając kartkę papieru: – „To prawda, co mówisz; ale zobacz, co sam zapisałeś na tym arkuszu: że kiedy cię opuszczę, mogę zabrać ze sobą, z twojego pałacu, to, co kochałem najbardziej".

Gdy król to usłyszał, pocałował ją i wrócił z nią do pałacu.

Wszystko o dwóch groszach

Południowosłowiańska bajka opublikowana przez serbskiego autora Vuk Stefanović Karadžić w 1870 roku
Źródło: tłumaczenie z XIX wiecznego zbioru „Srpske narodne pripovijetke" udostepninej na stronie https://en.wikisource.org/wiki/Slavonic_Fairy_Tales

slowianie-podania-mity-legendy-serbia-2-grosze
Ilustracja. Południowosłowiańska bajka o wspólnikach i dwóch groszach, praca współczesna AI.

Żył kiedyś biedny człowiek, który próbował utrzymać się na różne sposoby. Pewnego dnia napełnił worek mchem, na wierzch położył trochę wełny i wyruszył na targ, by sprzedać to wszystko jako wełnę. Po drodze spotkał innego człowieka, który również szedł na targ, niosąc worek pełen żołędzi, które chciał sprzedać jako orzechy, a ich wierzch starannie przykrył prawdziwymi orzechami.

Zapytali się nawzajem, co mają w workach. Pierwszy powiedział, że niesie wełnę, drugi - że orzechy. Uzgodnili więc, że wymienią się na miejscu. Właściciel mchu domagał się jednak dopłaty, twierdząc, że wełna jest więcej warta niż orzechy. Gdy zobaczył, że drugi nie chce dopłacić, pomyślał, że w końcu orzechy są lepsze niż mech. Po długim targowaniu właściciel żołędzi zgodził się dopłacić dwa grosze, ale ponieważ nie miał pieniędzy, obiecał oddać je później, a na znak uczciwości zawarli między sobą przyjaźń. Po wymianie każdy odszedł, myśląc, że oszukał drugiego, lecz gdy w domu opróżnili worki, zobaczyli, że w rzeczywistości żaden nie został oszukany.

Po pewnym czasie ten od mchu wyruszył, by znaleźć towarzysza i odebrać dwa grosze. Znalazł go u wiejskiego księdza i powiedział: „Bracie, oszukałeś mnie.” A tamten odparł: „I ty mnie oszukałeś.” Pierwszy jednak upomniał się o dwa grosze, przypominając umowę. Drugi przyznał, że jest winien pieniądze, ale powiedział, że ich nie ma:
„Za domem mojego pana jest głęboki dół. Schodzi tam często, więc pewnie coś tam ukrył. Pójdziemy tam nocą - spuścisz mnie na dół, podzielimy się tym, co znajdę, i wtedy ci zapłacę.”

Zgodzili się. Wieczorem sługa wziął worek i linę. Włożył się do worka, a towarzysz spuścił go do dołu. Na dole nic nie znalazł poza zbożem, ale pomyślał, że jeśli powie prawdę, zostanie tam zostawiony. Wrócił więc do worka i zawołał: „Bracie, wyciągnij worek - jest pełen rzeczy!”

Ten, ciągnąc worek, pomyślał, że nie podzieli się łupem, tylko zatrzyma wszystko. Wziął worek na plecy i ruszył przez wieś, ścigany przez psy. Gdy się zmęczył i opuścił worek na ziemię, ze środka rozległ się głos: „Bracie, podnieś worek, psy mnie gryzą!”

Przerażony rzucił worek. Wtedy ten w środku powiedział: „Tak chciałeś mnie oszukać!” A drugi odpowiedział: „Na Boga, ty znów mnie oszukałeś!” Po kłótni uzgodnili, że dług zostanie spłacony później, i rozeszli się.

Po pewnym czasie sługa ożenił się. Pewnego dnia zobaczył, że jego dawny towarzysz idzie w jego stronę. Powiedział do żony: „Idzie mój wspólnik - jestem mu winien dwa grosze. Połóż mnie w chacie jak martwego, a ty płacz i powiedz, że umarłem.”

Tak też zrobili. Gdy przybysz zapytał, czy to dom tego człowieka, kobieta odpowiedziała: „Tak, to jego dom - i tu leży martwy.”

„Niech Bóg zmiłuje się nad jego duszą,” powiedział tamten. „Był moim wspólnikiem. Zostanę aż do pogrzebu.”

Kobieta próbowała go odprawić, lecz on został. W końcu mąż kazał żonie wezwać księdza. Ciało (pozornie martwe) zabrano do kościoła na noc.

Tej nocy do kościoła przyszli zbójcy, by podzielić łupy. Wspólnik ukrył się. Gdy zbójcy dzielili łupy, pokłócili się o miecz. Jeden z nich chciał sprawdzić jego ostrość na „zmarłym.”

Wtedy „trup” nagle się podniósł i krzyknął: „Umarli, gdzie jesteście?”

A ukryty odpowiedział: „Tu jesteśmy - gotowi do walki!”

Zbójcy uciekli w panice, zostawiając wszystko. Wspólnicy podzielili łupy, ale znów pokłócili się o dwa grosze.

W tym momencie jeden ze zbójców zajrzał przez okno. Dłużnik zobaczył go, zerwał mu czapkę i podał towarzyszowi: „Do diabła z twoimi dwoma groszami - masz zamiast nich to!”

Zbój uciekł przerażony i powiedział innym: „Uciekajmy! W kościele są umarli! Po podziale łupów zabrakło dla jednego dwóch groszy - więc zabrali mi czapkę zamiast nich!”

Śnieżne dziecko

Rosyjska bajka opublikowana przez serbskiego autora Vuk Stefanović Karadžić w 1870 roku
Źródło: tłumaczenie z XIX wiecznego zbioru „Srpske narodne pripovijetke" udostepninej na stronie https://en.wikisource.org/wiki/Slavonic_Fairy_Tales

slowianie-podania-mity-legendy-ruskie-sniezne-dziecko
Ilustracja. Rosyjska baśn o śnieżnym dziecku, praca współczesna AI.

W pewnej wsi mieszkał chłop o imieniu Iwan oraz jego żona Maria. Bardzo się kochali i żyli szczęśliwie przez wiele lat, lecz niestety nie mieli dzieci. Biedni ludzie byli z tego powodu smutni. Ich serca jednak radowały się na widok dzieci sąsiadów. Cóż było robić? Widocznie taka była wola nieba; a na tym świecie niech się dzieje wola nieba!

Pewnego dnia, zimą, gdy na ziemię spadło wiele śniegu, dzieci z wioski, w której mieszkali Iwan i Maria, wybiegły na pola, aby się bawić. Staruszkowie patrzyli na nie przez okno. Dzieci biegały, bawiły się razem na różne sposoby, aż w końcu zaczęły lepić bałwana. Iwan i Maria siedzieli spokojnie, przyglądając się im. Nagle Iwan uśmiechnął się i powiedział:

– Powiem ci, żono, chodźmy na dwór i my też ulepiemy bałwana.

Maria również była w wesołym nastroju.

– Tak – odpowiedziała – chodźmy się pobawić, choć jesteśmy starzy. Ale po co mamy robić bałwana? Lepiej ulepić dziecko ze śniegu, skoro niebo nie chce dać nam żywego.

– Dobrze – powiedział Iwan.

Włożył czapkę i poszedł wraz z żoną do ogrodu.

Zabrali się naprawdę do lepienia dziecka ze śniegu. Ulepili ciało; potem ręce i nogi; następnie nałożyli na wierzch kulę śniegu jako głowę.

– Niech wam niebo dopomoże! – zawołał ktoś przechodzący obok.

– Dziękujemy – odpowiedział Iwan.

– Pomoc nieba zawsze jest mile widziana – dodała Maria.

– Co robicie? – ciągnął dalej nieznajomy.

– To, co sam widzisz – odpowiedział Iwan.

– Lepimy Śnieżynkę! – zawołała Maria, śmiejąc się.

Następnie zrobili mały nos i brodę, dwa małe otworki na oczy, i gdy tylko Iwan skończył – o, dziwo! – z jej ust wydobył się delikatny oddech! Iwan podniósł ręce i patrzył zdumiony. Małe otworki nie były już otworkami; w ich miejscu znajdowały się dwoje jasnoniebieskich oczu, a maleńkie usta uśmiechnęły się do niego czule.

– Zmiłuj się nad nami! Co to jest? – zawołał Iwan, pobożnie czyniąc znak krzyża.

Śnieżne dziecko odwróciło ku niemu głowę – było naprawdę żywe! Poruszało rękami i nogami w śniegu, jak niemowlę w powijakach.

– Och, Iwanie – zawołała Maria, drżąc z radości – niebo w końcu dało nam dziecko! – i chwyciła je w ramiona.

Śnieg spadł ze „Śnieżynki”, jak nazwała ją Maria, niczym skorupka z kurczęcia. Maria, przepełniona szczęściem, trzymała w ramionach piękną, żywą dziewczynkę.

– Och, moja miłości! moja miłości! moja droga Śnieżynko! – wołała dobra kobieta, czule ją obejmując, upragnione i teraz niespodziewanie dane dziecko. Następnie pobiegła do chaty z niemowlęciem w ramionach. Iwan był zdumiony tym cudownym wydarzeniem; a Maria była nieprzytomna ze szczęścia.

Śnieżynka rosła z każdą godziną; każdego dnia wyglądała piękniej niż poprzedniego. Iwan i Maria byli nią zachwyceni, a ich chata, niegdyś cicha i samotna, była teraz pełna życia i wesołości. Dziewczęta z wioski odwiedzały ich nieustannie; ubierały i bawiły się ze Śnieżynką jak lalką; rozmawiały z nią; śpiewały jej pieśni; brały ją do wszystkich swoich zabaw i uczyły wszystkiego, co same umiały. Śnieżynka była bardzo bystra i szybko uczyła się wszystkiego, co jej mówiono.

W ciągu zimy urosła jak dziewczynka trzynastoletnia; rozumiała i potrafiła mówić o większości rzeczy wokół niej, a jej głos był tak słodki, że nigdy nie chciało się przestać go słuchać. Była ponadto dobra, posłuszna i czuła. Jej ciało było białe jak śnieg; jej oczy były jak dwa niezapominajki; a jej włosy były jasne jak len. Tylko jej policzki nie miały rumieńca, ponieważ w jej żyłach nie było krwi. Mimo to była tak piękna, że kto raz ją zobaczył, chciał widzieć ją wciąż na nowo. Każdemu sprawiało radość patrzeć, jak się bawi i jak jest szczęśliwa. Wszyscy ją kochali; Maria ją uwielbiała i często mówiła do męża: „Niebo dało nam radość na starość; smutek opuścił moje serce!”

Iwan odpowiadał: „Chwała niebu! Ale na tym świecie szczęście rzadko bywa trwałe, a smutek jest dobry dla nas wszystkich.”

Długa zima stopniowo minęła. Wspaniałe słońce znów zaświeciło na niebie i ogrzało zimną ziemię. Tam, gdzie śnieg topniał, pojawiała się zielona trawa, a skowronek wyśpiewywał swoje słodkie pieśni. Dziewczęta z wioski zebrały się razem i powitały wiosnę pieśnią:

„Piękna wiosno! Jak do nas przyszłaś? Jak odbyłaś swoją podróż? Na pługu czy na bronie?”

Z wesołej, żywej dziewczyny Śnieżynka nagle stała się smutna.

– Co ci jest, moje najdroższe dziecko? – pytała często Maria, przyciągając Śnieżynkę do serca. – Czy jesteś chora? Nie jesteś już taka szczęśliwa jak dawniej. Może ktoś rzucił na ciebie złe spojrzenie?

Śnieżynka odpowiadała po prostu: „Jestem zdrowa, matko.”

Śnieg całkowicie stopniał, a łagodna wiosna nadeszła ze swoimi ciepłymi i słonecznymi dniami. Łąki i ogrody zaczęły pokrywać się jasnymi i pachnącymi kwiatami. Słowik i inne ptaki znów zaczęły śpiewać swoje piękne melodie. Jednym słowem, cała natura stała się jaśniejsza i bardziej urokliwa.

Tylko Śnieżynka stawała się coraz smutniejsza. Zaczęła unikać swoich towarzyszek zabaw i chować się przed promieniami słońca jak majowy kwiat pod drzewem. Bawiła się tylko przy studni z wodą źródlaną – chlapiąc ją ręką – w cieniu zielonej wierzby. Z dnia na dzień coraz bardziej lubiła cień, chłodne powietrze i deszcz. Podczas deszczu oraz wieczorem stawała się weselsza. Gdy niebo pokrywało się ciemnymi chmurami i spadał gęsty grad, Śnieżynka cieszyła się nim jak inne dziewczęta widokiem naszyjnika z pereł. Gdy grad topniał w ciepłych promieniach słońca, Śnieżynka gorzko płakała, jakby sama miała się rozpłynąć w łzach; jak czuła siostra opłakująca utratę brata.

Wiosna dobiegła końca, nadeszło lato i zbliżało się święto świętego Jana. Wszystkie dziewczęta z wioski poszły do lasu się bawić. Kilka z nich przyszło do chaty i poprosiło Marię, aby pozwoliła Śnieżynce pójść z nimi. Maria początkowo obawiała się ją puścić, a sama dziewczyna także nie była chętna, lecz nie wypadało odmówić zaproszenia.

Po zachodzie słońca dziewczęta ułożyły niewielki stos z suchej trawy i chrustu, podpaliły go i z wiankami na głowach ustawiły się w rzędzie. Śnieżynkę postawiły na końcu i powiedziały: „Gdy zobaczysz, że biegniemy, pobiegnij za nami.” Następnie zaczęły śpiewać i skakać przez ogień.

Nagle usłyszały bolesny krzyk. Odwróciły się szybko, lecz nic nie zobaczyły. Zdziwione spojrzały po sobie i zauważyły, że Śnieżynka zniknęła.

Gdzie się podziała? Gdy przeskakiwała przez ogień, stopiła się i w jednej chwili zamieniła w piękny biały obłok, uniosła się w górę i zniknęła na zawsze na niebie.

Liduszka i żona wodnego demona LIDUSHKA I ŻONA WODNEGO DEMONA.

Czeska bajka opublikowana przez serbskiego autora Vuk Stefanović Karadžić w 1870 roku
Źródło: tłumaczenie z XIX wiecznego zbioru „Srpske narodne pripovijetke" udostepninej na stronie https://en.wikisource.org/wiki/Slavonic_Fairy_Tales

slowianie-podania-mity-legendy-czechy-zona-wodnego-demona
Ilustracja. Czeska opowieść o Liduszcze i żonie wodnego demona, praca współczesna AI.

W pewnym miejscu mieszkała młoda gospodyni, która nazywała się Liduszka. Pewnego dnia, gdy prała bieliznę w strumyku, podpłynęła do niej duża, napuchnięta żaba, wyglądająca tak brzydko, że Liduszka, przestraszona jej widokiem, cofnęła się o krok lub dwa. Brzydka żaba podpłynęła niemal do miejsca, gdzie Liduszka właśnie prała, rozłożyła nogi na powierzchni wody i, otwierając pysk jakby chciała coś powiedzieć, znieruchomiała.

„Ty wielka, tłusta żabo” – powiedziała Liduszka do siebie – „czego tu chcesz i dlaczego tak otwierasz na mnie pysk?”

Następnie rzuciła w żabę kawałkiem bielizny, który akurat trzymała w ręku, chcąc ją odpędzić, aby móc dalej prać. Żaba zanurkowała, a zanim Liduszka zdążyła się rozejrzeć, pojawiła się po drugiej stronie strumyka i zaczęła płynąć prosto ku niej. Liduszka znów próbowała ją odpędzić, lecz żaba uparcie płynęła w jej stronę, cały czas otwierając pysk; nie dała się przepędzić i wciąż przeszkadzała jej w pracy.

„Idź sobie, ty wielkie, tłuste stworzenie!” – zawołała w końcu Liduszka, już naprawdę rozzłoszczona. – „Daj mi znać, kiedy będziesz miała dziecko, a przyjdę i będę jego matką chrzestną!” – i rzuciła w żabę kolejnym kawałkiem bielizny.

„Dobrze, dobrze!” – zakumkała żaba. Po czym zniknęła pod wodą i nie przeszkadzała już więcej Liduszce w praniu.

Niedługo potem Liduszka znów przyszła nad strumyk prać bieliznę w tym samym miejscu, gdy nagle ta sama żaba, którą wcześniej widziała – tylko teraz znacznie chudsza – podpłynęła do niej.

„Mam już swoje dzieci” – zakumkała żaba – „i przyszłam poprosić cię, abyś była ich matką chrzestną, tak jak obiecałaś.”

Liduszka przypomniała sobie, że niedawno rzeczywiście powiedziała, iż jeśli żaba będzie miała małe i da jej o tym znać, zostanie jego matką chrzestną; dlatego, choć była zaniepokojona, nie odmówiła spełnienia obietnicy.

„Ale ty głuptasie” – powiedziała Liduszka z niepokojem – „dokąd mam z tobą iść, aby spełnić twoje życzenie i dotrzymać słowa?”

„Chodź, chodź, chodź!” – zakumkała żaba, rozkładając nogi i płynąc po wodzie.

Obiecana matka chrzestna poszła za nią smutno wzdłuż brzegu strumyka. Żaba płynęła dalej, aż dotarła do tamy, gdzie się zatrzymała i zakumkała: „Nie bój się, nie bój! Podnieś ten kamień, a pod nim zobaczysz schody; zaprowadzą cię do mojego domu. Chodź, chodź! Pójdę przodem.”

Po tych słowach żaba zniknęła pod wodą, a dobroduszna Liduszka nie widziała innego wyjścia z kłopotu, jak tylko zrobić to, co jej powiedziano. Podniosła kamień i zobaczyła, że rzeczywiście znajdują się tam schody prowadzące pod tamę. Były to niezwykłe schody – ani drewniane, ani kamienne, lecz jakby z najczystszego kryształu, przejrzyste i jasne jak warstwy wody ułożone jedna pod drugą.

Liduszka zeszła nieśmiało kilka stopni, gdy nagle żaba pojawiła się przed nią, podskakując i radośnie kumkając, ponieważ miała spełnić obietnicę zostania matką chrzestną jej dzieci. Liduszka, bez dalszego wahania, zeszła resztę pięknych schodów. Wkrótce dotarły do celu – domu żaby. On także był zbudowany całkowicie z wodnego kryształu. Jak schody, którymi zeszły, tak i cały dom był jasny, błyszczący i przejrzysty jak kryształ.

Żaba, pełna radości, podskakiwała wokół Liduszki i zaprowadziła ją do swoich małych.

Gdy ceremonia się zakończyła i Liduszka spełniła swoją rolę matki chrzestnej, odbyła się wspaniała uczta, na którą zaproszono wiele żab z bliższej i dalszej okolicy. Wszystkie podskakiwały wokół Liduszki i kumkały z wielką radością. Było wiele potraw – gotowanych, marynowanych, pieczonych i smażonych – lecz wszystkie składały się z ryb: najwspanialszych karpi, szczupaków, łososi, pstrągów, witlinek, okoni i wielu innych ryb, których Liduszka nawet nie znała z nazwy.

Była zdumiona tym widokiem. Gdy uczta dobiegła końca, zaczęła przechadzać się po domu, aby dokładniej wszystko obejrzeć.

Podczas przechadzki trafiła do małego pomieszczenia przypominającego kuchnię. Było ono pełne długich półek, na których stały rzędy małych słoików. Liduszka bardzo się zdziwiła, gdy zauważyła, że wszystkie słoiki stoją do góry dnem. Zaciekawiona, co się pod nimi znajduje, podniosła jeden. W tej samej chwili spod niego wyleciała mała biała gołębica, radośnie zatrzepotała skrzydłami, wzniosła się w górę i zniknęła.

Liduszka podniosła drugi słoik – i, o dziwo! – wyleciała z niego kolejna piękna biała gołębica, która również odleciała. Podniosła trzeci – i trzecia gołębica wzleciała i zniknęła jej z oczu.

„Och, jakie to okrutne!” – powiedziała Liduszka do siebie – „trzymać was tutaj w wiecznej ciemności. Poczekajcie chwilę, drogie gołąbki, zaraz dam wam wolność.”

I zaczęła podnosić kolejne słoiki, jeden po drugim, a spod każdego wylatywała biała gołębica.

Ledwie Liduszka skończyła, gdy żaba podskoczyła do niej i zakumkała rozpaczliwie: „Nieszczęsna kobieto! Dlaczego wypuściłaś te dusze? Szybko! Uciekaj! Znajdź grudkę suchej ziemi albo kawałek przypieczonego chleba. Mój mąż nadchodzi!”

Liduszka pobiegła po schodach jak najszybciej i zdołała wydostać się na suchy ląd.

Dlaczego podeszwa stopy człowieka jest nierówna?

Południowosłowiańska bajka opublikowana przez serbskiego autora Vuk Stefanović Karadžić w 1870 roku
Źródło: tłumaczenie z XIX wiecznego zbioru „Srpske narodne pripovijetke" udostepninej na stronie https://en.wikisource.org/wiki/Slavonic_Fairy_Tales

slowianie-podania-mity-legendy-serbia-stopa-czlowieka
Ilustracja. Południowosłowiańska bajka o tym dlaczego podeszwa stopy człowieka jest nierówna, praca współczesna AI.

Kiedy źli aniołowie zbuntowali się przeciwko niebu i uciekli na ziemię, zabrali ze sobą słońce. Ich książę, arcyzły duch, przymocował je do włóczni i nosił na ramieniu.

Gdy jednak ziemia poskarżyła się niebu, że zostanie całkowicie spalona przez słońce, zesłano archanioła, aby sprawdził, jak można odebrać słońce arcyzłemu duchowi. Archanioł zstąpił na ziemię i zaprzyjaźnił się z księciem buntowników, który jednak od razu odgadł cel jego wizyty i odpowiednio miał się na baczności.

Pewnego dnia, gdy razem przechadzali się po ziemi, doszli do morza i zgodzili się w nim wykąpać. Arcyzły duch wbił włócznię ze słońcem na jej szczycie w ziemię. Po chwili archanioł powiedział:

– Zanurkujmy i zobaczmy, kto zejdzie najgłębiej.

– Dobrze; zaczynaj – powiedział arcyzły duch.

Archanioł zanurkował i wyniósł między zębami trochę piasku z dna morza.

Teraz przyszła kolej drugiego; lecz arcyzły duch obawiał się, że podczas jego nieobecności archanioł mógłby odlecieć ze słońcem. Nagle przyszła mu do głowy pewna myśl. Splunął na ziemię i powstała z niej sroka. Ten ptak miał pilnować słońca, podczas gdy arcyzły duch również zanurkował i wyniósł z dna morza trochę piasku między zębami.

Gdy tylko zły duch zanurkował, archanioł uczynił ręką znak krzyża, a morze natychmiast pokryło się lodem o grubości dziewięciu łokci. Następnie chwycił słońce i odleciał z nim do nieba.

Sroka krzyczała z całej siły. Arcyzły duch, słysząc jej głos, od razu domyślił się, co się stało, i pospieszył z powrotem. Gdy jednak dotarł na miejsce, przekonał się, że nie może się przebić, ponieważ morze było zamarznięte. Zanurkował więc ponownie na dno, wydobył duży kamień, rozbił nim lód, a następnie rzucił się w pogoń za archaniołem.

Archanioł uciekał w powietrzu z największą prędkością, a zły duch podążał za nim. Gdy anioł miał już jedną stopę w niebie, zły duch dopadł go i pazurami, próbując go zatrzymać, wyrwał duży kawałek ciała z podeszwy drugiej stopy.

Archanioł, ciężko ranny, pojawił się w niebie ze słońcem i, płacząc, powiedział:

– Co mam zrobić, tak okaleczony jak jestem?

I powiedziano mu:

– Przestań płakać i nie rozpaczaj. Tak się stanie, że odtąd człowiek również, podobnie jak ty, będzie miał zagłębienie w podeszwie stopy.

Jak powiedziano, tak się stało. Od tego dnia pojawiło się niewielkie zagłębienie w podeszwie ludzkiej stopy i tak pozostało aż do dziś.

Opowieść o chłopie, który zabił gzy

Rosyjska bajka opublikowana przez serbskiego autora Vuk Stefanović Karadžić w 1870 roku
Źródło: tłumaczenie z XIX wiecznego zbioru „Srpske narodne pripovijetke" udostepninej na stronie https://en.wikisource.org/wiki/Slavonic_Fairy_Tales

slowianie-podania-mity-legendy-rosja-golu-wojanskim
Ilustracja. Rosyjska opowieść o Golu Wojanskim, praca współczesna AI.

Pewnego razu chłop orał pole mizerną, kulawą klaczą. Biedne zwierzę bardzo dokuczały gzy i komary. Chłop podniósł bicz i jednym uderzeniem rzemienia zabił trzydzieści trzy gzy oraz mnóstwo komarów. Chłop zamyślił się chwilę i powiedział do siebie:

– Oho! Zostałem bohaterem. Jednym ciosem zabiłem trzydziestu trzech rycerzy i niezliczoną liczbę zwykłych żołnierzy.

Chłop nazywał się Gol (czyli „goły”, „biedny”). Gol zaczął uważać się za wielkiego człowieka; odczepił klacz, wskoczył na jej grzbiet i jechał, aż dotarł do wielkiego gościńca. Tam zsiadł, ściął drzewo i ustawił je jako słup z napisem:

„Tędy przejeżdżał Gol Wojanski. Spotkał niewiernych i jednym ciosem zabił trzydziestu trzech rycerzy oraz niezliczone mnóstwo zwykłych żołnierzy. Jeśli jakiś rycerz będzie tędy przejeżdżał, niech przeczyta ten napis i podąży za Golem Wojanskim.”

Po czym znów wsiadł na klacz i ruszył dalej.

Niedługo potem obok słupa przejeżdżał Czurila Plenkowicz. Przeczytawszy napis, bardzo się zdziwił tak niezwykłą odwagą. Choć nigdy wcześniej nie słyszał o Golu, bardzo pragnął zaprzyjaźnić się z tak dzielnym rycerzem. Pognał więc za nim i wkrótce go dogonił.

– Czy nie przejeżdżał tędy rycerz zwany Golem Wojanskim? – zawołał.

– To ja jestem Gol – odpowiedział chłop. – A ty kim jesteś?

– Czurila Plenkowicz – odparł młody rycerz, kłaniając się i myśląc przy tym: „Co za dziw! Zwykły chłop na nędznym koniu! Wstyd w takim towarzystwie się pokazywać!”

– Jedź po mojej lewej stronie – powiedział Gol.

Czurila, pełen zdumienia, uczynił tak i wpatrywał się w bohatera i jego nędzną klacz.

Wkrótce potem do słupa przybył Erusłan Łazariewicz i po przeczytaniu napisu również pognał za Golem. Wkrótce go dogonił i widząc swego przyjaciela Czurilę, zapytał, czy widział rycerza Gola. Czurila wskazał mu towarzysza. Erusłan ukłonił się Golowi i również zdziwił się jego wyglądem.

– Jedź po mojej prawej stronie – powiedział mu Gol.

W tej chwili pojawił się jeszcze jeden rycerz – książę Bowa. Przeczytawszy napis, zapragnął odnaleźć Gola, słynnego pogromcę niewiernych. On także zdziwił się widokiem chłopa na mizernym koniu, w towarzystwie dwóch dzielnych rycerzy.

– Witajcie, towarzysze broni! – powiedział Gol.

Książę Bowa ukłonił się i zapytał o imię.

– Gol Wojanski – odpowiedział chłop. – A ty?

– Jestem książę Bowa.

– Dołącz do nas – rzekł Gol – ani za wcześnie, ani za późno. Jedź obok Erusłana.

Rycerze ruszyli razem i wkrótce dotarli na zakazane łąki należące do potężnej księżniczki.

– Nie powinniśmy tu wchodzić – powiedział Erusłan.

– Głupstwo! – zawołał Gol. – Puśćcie konie na pastwisko.

– Gol Wojanski – rzekł Erusłan – księżniczka jest bardzo potężna. Ma do dyspozycji dwudziestu dwóch rycerzy i smoka Zilanta, brata Tugarina.

– To dla mnie drobiazg – odpowiedział Gol. – Zabiłbym ich wszystkich jak muchy.

Weszli więc na łąkę, rozsiodłali konie i puścili je paść. Zobaczyli pusty namiot, weszli do środka i usiedli przy wejściu. Gol, zmęczony, zdjął kaftan, położył się i natychmiast zasnął.

– Gol bardzo ufa swojej sile – zauważył książę Bowa.

Tymczasem w zamku księżniczki podniesiono alarm. Zadźwięczały dzwony, zabrzmiały trąby. Wysłano oddział żołnierzy z trzema rycerzami.

– Wstawaj, Gol! – zawołał Czurila – wróg nadchodzi!

Gol ziewnął:

– Co tam? Trzech rycerzy – trzy gzy; wojsko – komary. Nie dają spać! Czurila, idź i zabij wszystkich prócz jednego, a ten niech powie księżniczce, że przybyłem się z nią ożenić.

Czurila pokonał przeciwników. Księżniczka wysłała kolejnych – sześciu rycerzy i trzy oddziały. Gol znów wysłał Bowe, który ich rozbił.

Potem wysłano dwunastu rycerzy i sześć oddziałów. Erusłan rozgromił ich wszystkich.

W końcu księżniczka wysłała smoka Zilanta.

Gol pomyślał: „Teraz moja kolej – na śmierć!”

Przeżegnał się, dosiadł klaczy i z zamkniętymi oczami ruszył na smoka.

Smok zdziwił się, że walczy z chłopem. Pochylił się, by obejrzeć jego siodło. W tej chwili Gol uderzył go siekierą tak mocno, że smok padł oszołomiony. Gol porąbał go na kawałki.

Księżniczka zaprosiła ich do pałacu. Gdy zobaczyła Gola, zdziwiła się jego siłą. Ścisnęła jego ramię tak mocno, że ledwo ustał.

– Witaj, dzielny rycerzu!

Potem podała mu napój bohaterów. Gol wypił i jego siła wzrosła.

– Teraz spróbuję siły – rzekł.

Rozerwał grubą linę jak nitkę.

od tej chwili Gol stał się prawdziwym rycerzem. Poślubił księżniczkę. Mieli dwie córki: „Śmiałość” i „Powodzenie”. Gol był z nich bardzo dumny – i nikt już nie wątpił, że jednym ciosem zabił trzydziestu trzech rycerzy.

Cudowny włos

Południowosłowiańska bajka opublikowana przez serbskiego autora Vuk Stefanović Karadžić w 1870 roku
Źródło: tłumaczenie z XIX wiecznego zbioru „Srpske narodne pripovijetke" udostepninej na stronie https://en.wikisource.org/wiki/Slavonic_Fairy_Tales

slowianie-podania-mity-legendy-serbia-cudowny-wlos
Ilustracja. Cudowny włos,, praca współczesna AI.

Pewnego razu żył człowiek bardzo ubogi, który miał wiele dzieci – tak wiele, że nie był w stanie ich utrzymać. Ponieważ nie mógł znieść myśli, że umrą z głodu, często przychodziło mu do głowy, by je zgładzić; jedynie żona powstrzymywała go od tego. Pewnej nocy, gdy spał, ukazało mu się we śnie piękne dziecko. Rzekło ono:

– O człowieku! Widzę, że twoja dusza jest w niebezpieczeństwie, skoro myślisz o zabiciu swoich bezbronnych dzieci. Wiem jednak, że jesteś biedny, i przyszedłem ci pomóc. Rano znajdziesz pod poduszką lustro, czerwoną chustkę i haftowaną szarfę. Weź te trzy rzeczy, ale nikomu ich nie pokazuj, i idź do lasu. W tym lesie znajdziesz strumień. Idź wzdłuż niego, aż dojdziesz do źródła; tam zobaczysz dziewczynę jasną jak słońce, z długimi włosami opadającymi na ramiona. Uważaj, by nie zrobiła ci krzywdy. Nie odzywaj się do niej ani słowem; jeśli wypowiesz choć jedną sylabę, zamieni cię w rybę lub inne stworzenie i pożre. Jeśli poprosi cię, byś uczesał jej włosy – posłuchaj. Gdy będziesz je czesał, znajdziesz jeden włos czerwony jak krew; wyrwij go i uciekaj. Bądź szybki, bo będzie cię ścigać. Wtedy rzuć na ziemię najpierw haftowaną szarfę, potem czerwoną chustkę, a na końcu lustro – zatrzymają ją w pościgu. Sprzedaj ten włos jakiemuś bogaczowi, ale uważaj, by cię nie oszukano, bo ma on niezmierzoną wartość. Zysk uczyni cię bogatym i będziesz mógł wykarmić swoje dzieci.

Nazajutrz rano biedak obudził się i znalazł pod poduszką dokładnie to, o czym powiedziano mu we śnie. Natychmiast udał się do lasu i gdy znalazł strumień, szedł wzdłuż jego brzegu, aż dotarł do źródła. Tam zobaczył dziewczynę siedzącą na brzegu, nawlekającą igłę promieniami słońca. Haftowała sieć z włosów bohaterów, rozpiętą przed nią na ramie. Podszedł do niej i ukłonił się. Dziewczyna wstała i zapytała:

– Skąd przybywasz, obcy rycerzu?

Mężczyzna milczał. Zapytała ponownie:

– Kim jesteś i dlaczego tu przyszedłeś?

Zadawała wiele innych pytań, lecz on pozostał niemy jak kamień, dając znak rękami, że jest niemy i potrzebuje pomocy. Kazała mu usiąść u swoich stóp, a gdy to uczynił, pochyliła ku niemu głowę, by uczesał jej włosy. Zaczął je układać jak do czesania, a gdy tylko znalazł czerwony włos, oddzielił go od reszty, wyrwał, zerwał się i uciekł co sił.

Dziewczyna ruszyła za nim i wkrótce była tuż za nim. Mężczyzna, oglądając się w biegu i widząc, że wkrótce go dogoni, rzucił na ziemię haftowaną szarfę, jak mu polecono. Dziewczyna zatrzymała się i zaczęła ją oglądać, podziwiając haft. Tymczasem mężczyzna znacznie się oddalił. Dziewczyna przewiązała się szarfą i znów ruszyła w pogoń. Gdy znów była blisko, mężczyzna rzucił czerwoną chustkę. Na jej widok dziewczyna znów się zatrzymała, oglądała ją i dziwiła się jej pięknu, a chłop zyskał kolejną przewagę. Widząc to, dziewczyna wpadła w gniew, odrzuciła szarfę i chustkę i pobiegła jeszcze szybciej. Była już o krok od złapania biedaka, gdy rzucił przed nią lustro. Na jego widok – jakiego nigdy wcześniej nie widziała – zatrzymała się, podniosła je i spojrzała. Widząc swoje odbicie, sądziła, że patrzy na nią inna dziewczyna. Gdy była tym zajęta, mężczyzna uciekł tak daleko, że nie mogła go już dogonić. Widząc, że dalszy pościg nie ma sensu, zawróciła, a chłop, cały i zdrowy, wrócił do domu.

Po powrocie pokazał włos żonie i dzieciom i opowiedział, co go spotkało, lecz żona tylko się z niego śmiała. On jednak nie zważał na jej drwiny i udał się do pobliskiego miasta sprzedać włos. Wkrótce otoczył go tłum, a kupcy zaczęli licytować. Jeden dawał jedną złotą monetę, drugi dwie – aż cena wzrosła do stu. Wtedy król, usłyszawszy o cudownym włosie, kazał przywołać chłopa i zaoferował mu tysiąc złotych monet. Człowiek z radością sprzedał włos za tę sumę.

Czymże był ten cudowny włos? Król rozciął go ostrożnie wzdłuż, a w jego wnętrzu znalazł opowieść o wielu tajemnicach natury i o rzeczach, które wydarzyły się od stworzenia świata.

Tak więc chłop stał się bogaty i odtąd żył szczęśliwie z żoną i dziećmi. Dziecko, które ukazało mu się we śnie, było aniołem zesłanym z nieba, aby mu pomóc i objawić ludziom wiedzę o wielu cudownych rzeczach, które dotąd pozostawały nieznane.

Język zwierząt

Południowosłowiańska bajka opublikowana przez serbskiego autora Vuk Stefanović Karadžić w 1870 roku
Źródło: tłumaczenie z XIX wiecznego zbioru „Srpske narodne pripovijetke" udostepninej na stronie https://en.wikisource.org/wiki/Slavonic_Fairy_Tales

slowianie-podania-mity-legendy-serbia-jezyk-zwierzat
Ilustracja. Język zwierząt, praca współczesna AI.

Pewien człowiek miał pasterza, który przez wiele lat służył mu wiernie i uczciwie. Pewnego dnia, gdy pasterz pilnował owiec, usłyszał w lesie syczący dźwięk i zaczął się zastanawiać, co to może być. Poszedł więc w stronę, skąd dochodził odgłos, aby się tego dowiedzieć. Zobaczył tam, że suche trawy i liście zajęły się ogniem, a pośrodku kręgu płomieni syczał wąż. Pasterz zatrzymał się, aby zobaczyć, co zrobi wąż, ponieważ ogień otaczał go ze wszystkich stron i z każdą chwilą zbliżał się coraz bardziej. Wtedy wąż zawołał spośród płomieni:

– O pasterzu! Na litość boską, uratuj mnie z tego ognia!

Pasterz wyciągnął nad płomieniami swój kij pasterski, a wąż przeszedł po nim na jego rękę, a z ręki wpełzł na jego szyję i owinął się wokół niej.

Gdy pasterz to zobaczył, bardzo się przeraził i powiedział do węża:

– Co ja uczyniłem w złej chwili! Czyż ocaliłem cię na własną zgubę?

Wąż odpowiedział:

– Nie bój się, lecz zanieś mnie do domu mojego ojca. Mój ojciec jest królem węży.

Pasterz zaczął jednak błagać węża, aby go zwolnił, mówiąc, że nie może opuścić owiec. Lecz wąż odpowiedział:

– Nie martw się o owce; nic im się nie stanie. Idź tylko jak najszybciej.

Pasterz szedł więc przez las z wężem, aż doszedł do bramy, która była cała upleciona z wijących się węży. Wąż siedzący na jego szyi zagwizdał i wszystkie inne węże rozplotły się. Wtedy wąż powiedział do pasterza:

– Gdy przyjdziemy do pałacu mojego ojca, da ci wszystko, o co poprosisz: srebro, złoto i drogocenne kamienie. Ty jednak nie bierz nic z tego, lecz poproś o znajomość języka zwierząt i innych stworzeń. Długo będzie ci tego odmawiał, lecz w końcu spełni twoją prośbę.

Wkrótce dotarli do pałacu. Ojciec węża, zalewając się łzami, zawołał:

– Na litość boską! Moja najdroższa córko, gdzie byłaś?

A ona opowiedziała mu wszystko po kolei – jak otoczył ją ogień i jak pasterz ją ocalił. Wtedy król węży zwrócił się do pasterza i rzekł:

– Czego chcesz ode mnie za ocalenie mojej córki?

Pasterz odpowiedział:

– Daj mi tylko rozumieć mowę zwierząt; niczego więcej nie pragnę.

Król rzekł:

– To nie będzie dla ciebie dobre. Jeśli dam ci dar rozumienia języka zwierząt, a ty zdradzisz go komukolwiek, natychmiast umrzesz. Proś więc o coś innego — cokolwiek zechcesz, dam ci.

Pasterz odparł:

– Jeśli chcesz mi coś dać, daj mi znajomość języka zwierząt; jeśli nie – żegnaj i niech Bóg cię strzeże. Niczego innego nie chcę.

I już miał odejść, gdy król go zatrzymał:

– Poczekaj! Skoro tak bardzo tego pragniesz, podejdź. Otwórz usta.

Pasterz otworzył usta, a król węży tchnął w nie i powiedział:

– Teraz ty tchnij w moje usta.

Pasterz uczynił to, a król znów tchnął w jego usta. Gdy uczynili to po trzy razy, król powiedział:

– Teraz rozumiesz mowę zwierząt i wszystkich stworzeń. Idź w pokoju, lecz pamiętaj — jeśli zdradzisz tę tajemnicę, umrzesz natychmiast!

Pasterz wrócił do domu przez las i odtąd rozumiał wszystko, co mówiły ptaki, trawa i wszelkie stworzenia. Gdy dotarł do owiec i zobaczył, że są całe i bezpieczne, położył się odpocząć. Wkrótce przyleciały dwa kruki i usiadły na drzewie, rozmawiając między sobą:

– Gdyby ten pasterz wiedział, że pod miejscem, gdzie leży czarna owca, jest piwnica pełna złota i srebra!

Pasterz usłyszał to, powiedział o tym swojemu panu i razem odkryli skarb. Pan był uczciwy i oddał wszystko pasterzowi.

Pasterz stał się bogaty, ożenił się i żył szczęśliwie. Z czasem stał się najbogatszym człowiekiem w okolicy.

Pewnego dnia przed świętami powiedział do żony, aby przygotowała jedzenie i napoje dla służby. Następnego dnia sam poszedł pilnować zwierząt.

W nocy wilki zawyły i powiedziały:

– Czy możemy wejść i zrobić, co chcemy?

Psy odpowiedziały:

– Wejdźcie, najemy się razem!

Ale stary pies powiedział:

– Dopóki mam dwa zęby, nie pozwolę skrzywdzić mojego pana.

Pan wszystko zrozumiał i następnego dnia kazał zostawić tylko starego psa.

W drodze do domu koń powiedział do klaczy:

– Pośpiesz się!

A klacz odpowiedziała:

– Tobie łatwo – niesiesz jednego, a ja troje.

Mężczyzna roześmiał się. Żona nalegała, by powiedział dlaczego, ale on wiedział, że jeśli zdradzi sekret — umrze.

W końcu przygotował trumnę i położył się w niej, gotów wyjawić prawdę.

Wtedy pies i kogut zaczęli rozmawiać. Kogut powiedział:

– Niech umrze, skoro nie potrafi poradzić sobie z jedną żoną!

Mężczyzna, słysząc to, wyskoczył z trumny, wziął kij i powiedział do żony:

– Chodź, powiem ci!

I zamiast mówić, dał jej nauczkę kijem.

od tej pory żona już nigdy nie pytała go, dlaczego się śmiał.

Pechowy myśliwy

Rosyjska bajka opublikowana przez serbskiego autora Vuk Stefanović Karadžić w 1870 roku
Źródło: tłumaczenie z XIX wiecznego zbioru „Srpske narodne pripovijetke" udostepninej na stronie https://en.wikisource.org/wiki/Slavonic_Fairy_Tales

slowianie-podania-mity-legendy-rosja-pechowy-mysliwy
Ilustracja. Pechowy myśliwy, praca współczesna AI.

Dawno, dawno temu żył sobie myśliwy. Codziennie wyruszał na polowanie, lecz często zdarzało się, że nie upolował niczego i wracał do domu z pustą torbą. Z tego powodu przezwano go „Pechowym Myśliwym”. W końcu los tak go doświadczył, że nie został mu ani kawałek chleba, ani jedna kopiejka. Nieszczęśnik błąkał się po lesie, zmarznięty i głodny; od trzech dni nic nie jadł i niemal umierał z głodu. Położył się Na trawie, zdecydowany odebrać sobie życie, lecz Na szczęście przyszły mu do głowy lepsze myśli. Przeżegnał się i odrzucił strzelbę.

Nagle usłyszał obok siebie szelest. Zdawało mu się, że dochodzi z gęstej trawy niedaleko. Myśliwy podniósł się i podszedł bliżej. Wtedy zauważył, że trawa częściowo ukrywa ponurą przepaść, z której dna wystawał kamień, a Na nim stał mały dzbanek. Gdy patrzył i nasłuchiwał, usłyszał cienki głosik wołający:

– Dobry podróżniku, uwolnij mnie!

Głos zdawał się dochodzić z małego dzbanka. Odważny myśliwy, ostrożnie przeskakując z kamienia Na kamień, podszedł do miejsca, gdzie leżał dzbanek, delikatnie go podniósł i usłyszał głos ćwierkający niczym konik polny:

– Uwolnij mnie, a odwdzięczę ci się.

– Kim jesteś, mój mały przyjacielu? – zapytał Pechowy Myśliwy.

– Nie mam imienia i ludzkie oczy nie mogą mnie zobaczyć – odpowiedział łagodny głos. – Jeśli będziesz mnie potrzebował, zawołaj: „Murza!”. Zły czarnoksiężnik zamknął mnie w tym dzbanku, opieczętował pieczęcią króla Salomona, a potem wrzucił w to straszne miejsce, gdzie leżę już od siedemdziesięciu lat.

– Dobrze – powiedział Pechowy Myśliwy. – Dam ci wolność, a potem zobaczymy, czy dotrzymasz słowa.

Zerwał pieczęć i otworzył dzbanek – lecz w środku nic nie było!

– Halo! Gdzie jesteś, przyjacielu? – zawołał myśliwy.

– Obok ciebie – odpowiedział głos.

Myśliwy rozejrzał się dookoła, ale nikogo nie zobaczył.

– Murza!

– Jestem gotów! Czekam Na twoje rozkazy. Przez następne trzy dni będę twoim sługą i zrobię wszystko, czego zapragniesz. Wystarczy, że powiesz: „Idź tam, nie wiem gdzie; przynieś to, nie wiem co”.

– Bardzo dobrze – odrzekł myśliwy. – Ty zapewne najlepiej wiesz, czego potrzeba: idź tam, nie wiem gdzie; przynieś to, nie wiem co.

Ledwie wypowiedział te słowa, a przed nim pojawił się stół zastawiony potrawami, każda miska pełna najwspanialszych dań, jakby prosto z uczty cara. Myśliwy usiadł do stołu i jadł oraz pił, aż się nasycił.

Potem wstał, przeżegnał się i – kłaniając się Na wszystkie strony – zawołał:

– Dziękuję! Dziękuję!

Natychmiast stół i wszystko wokół zniknęło, a myśliwy ruszył dalej.

po pewnym czasie usiadł przy drodze, by odpocząć. Tak się złożyło, że właśnie wtedy przez las przechodził cygański złodziej, prowadząc konia, którego chciał sprzedać.

„Ach, gdybym miał pieniądze Na tego konia” – pomyślał myśliwy. – „Jaka szkoda, że moje kieszenie są puste! Ale poproszę mojego niewidzialnego przyjaciela. Murza!”

– Gotów!

– Idź tam, nie wiem gdzie; przynieś to, nie wiem co.

Nie minęła minuta, gdy myśliwy usłyszał brzęk pieniędzy w kieszeni; złoto wsypywało się do niej – nie wiedział skąd ani jak.

– Dziękuję! Dotrzymałeś słowa – powiedział myśliwy.

Jak wybrać żonę

Południowosłowiańska bajka opublikowana przez serbskiego autora Vuk Stefanović Karadžić w 1870 roku
Źródło: tłumaczenie z XIX wiecznego zbioru „Srpske narodne pripovijetke" udostepninej na stronie https://en.wikisource.org/wiki/Slavonic_Fairy_Tales

slowianie-podania-mity-legendy-serbia-wybor-zony
Ilustracja. Jak wybrać żonę, praca współczesna AI.

Pewien nieżonaty mężczyzna miał przyjaciół, którzy chcieli go ożenić: jedni z panną, inni z wdową, a jeszcze inni z kobietą rozwiedzioną. On sam nie wiedział, którą wybrać, ponieważ wszystkie trzy były dobre i piękne. Poszedł więc do pewnego starca, aby zapytać go o radę, czy najlepiej byłoby poślubić pannę, wdowę czy rozwiedzioną kobietę.

Starzec odpowiedział mu:

– Synu mój, ja nic ci o tym nie powiem. Ale idź do Wszechmądrego (Salomona); on będzie potrafił powiedzieć ci, co jest najlepsze. Potem wróć i opowiedz mi, co ci doradził.

Mężczyzna udał się więc Na dwór Salomona, gdzie słudzy zapytali go, czego sobie życzy. Odpowiedział im:

– Chcę zobaczyć Wszechmądrego.

Wtedy jeden ze sług zaprowadził go do środka i – wskazując ręką dziecko jeżdżące po dziedzińcu Na patyku – powiedział:

– Oto Wszechmądry.

Mężczyzna pomyślał zdumiony:

„Cóż to dziecko może mi powiedzieć? Ale skoro już tu jestem, wysłucham, co ma do powiedzenia.”

Podszedł więc do Salomona, a gdy znalazł się blisko niego, dziecko zatrzymało swojego „konika” z patyka i zapytało, czego sobie życzy. Mężczyzna opowiedział mu całą swoją historię.

Wszechmądry odpowiedział mu tak:

– Gdy bierzesz za żonę pannę – ty wiesz; gdy bierzesz wdowę – ona wie; lecz gdy bierzesz rozwiedzioną kobietę – strzeż się mojego konia.

Dziecko odwróciło się, lekko uderzyło mężczyznę patykiem po stopach, po czym znów zaczęło jeździć po dziedzińcu Na swoim patyku.

Wtedy mężczyzna pomyślał:

„Jakimże jestem głupcem! Dorosły człowiek przychodzi do dziecka pytać, jak ma się ożenić!”

Natychmiast wyruszył z powrotem do starca, aby opowiedzieć mu wszystko, co zaszło z osobą, do której został posłany po radę. Gdy przybył do starca, opowiedział mu gniewnym tonem wszystkie okoliczności swojej wizyty u Wszechmądrego. Na to starzec powiedział:

– Ach, synu mój, Wszechmądry nie mówił Na próżno. Gdy bierzesz za żonę pannę – ty wiesz; to znaczy, że będzie wierzyła, iż rozumiesz wszystko lepiej od niej, i będzie ci posłuszna. Jeśli poślubisz wdowę – ona wie; to znaczy, że była już raz zamężna i uważa się za bardziej doświadczoną od ciebie; nie tylko więc nie będzie ci posłuszna, ale będzie próbowała tobą rządzić. A jeśli poślubisz rozwiedzioną kobietę – strzeż się mojego konia! Potem zaś uderzył cię patykiem po stopach. Przez to chciał ci dać do zrozumienia: uważaj, aby nie beształa cię tak, jak beształa swojego pierwszego męża.

Złotowłosa

Czeska bajka opublikowana przez serbskiego autora Vuk Stefanović Karadžić w 1870 roku
Źródło: tłumaczenie z XIX wiecznego zbioru „Srpske narodne pripovijetke" udostepninej na stronie https://en.wikisource.org/wiki/Slavonic_Fairy_Tales

slowianie-podania-mity-legendy-czechy-zlotowlosa
Ilustracja. Złotowłosa, praca współczesna AI.

Dawno temu żył król tak mądry, że rozumiał wszystko, co zwierzęta mówiły do siebie nawzajem. Posłuchajcie, jak zdobył tę umiejętność.

Pewnego dnia stara kobieta przyniosła mu w koszu węża i powiedziała, że jeśli każe go ugotować i zje, będzie rozumiał mowę wszystkich zwierząt i żywych stworzeń – tych żyjących Na ziemi, w powietrzu i w wodzie. Król ucieszył się Na myśl, że będzie wiedział więcej niż jakikolwiek inny człowiek, hojnie zapłacił staruszce za jej dar i rozkazał jednemu ze swoich sług natychmiast przygotować „rybę” Na obiad.

– Ale pamiętaj – dodał król – nie wolno ci jej próbować; jeśli to zrobisz, odpowiesz za to własną głową.

Sługa, imieniem Irik, uznał za bardzo dziwne, że król tak stanowczo zabrania mu skosztowania potrawy.

– Odkąd żyję – powiedział sam do siebie – nigdy nie widziałem takiej ryby; wygląda raczej jak wąż. Poza tym, jak kucharz ma przygotować jedzenie, nie próbując go?

Kiedy wąż był już gotowy, Irik zjadł mały kawałek, tylko po to, by sprawdzić smak. Nagle usłyszał coś brzęczącego wokół swoich uszu:

– Kawałek dla mnie! Kawałek dla mnie!

Irik rozejrzał się, lecz nikogo nie było w pobliżu, oprócz kilku much krążących po kuchni. Wtedy usłyszał ochrypły głos dobiegający z ulicy:

– Dokąd idziecie? Dokąd idziecie?

A inne głosy odpowiadały:

– Na jęczmień młynarza. Na jęczmień młynarza.

Wyjrzał przez okno i zobaczył gąsiora prowadzącego stado gęsi.

– Oho! – powiedział do siebie. – Więc to jest ta „ryba”, co?

Natychmiast wszystko zrozumiał. Szybko zjadł jeszcze jeden kawałek, a potem, jak gdyby nic się nie wydarzyło, zaniósł potrawę królowi.

Po obiedzie król rozkazał Irikowi osiodłać dwa konie i towarzyszyć mu podczas przejażdżki. Król jechał przodem, a Irik podążał za nim. Gdy przejeżdżali przez zieloną łąkę, koń Irika podskoczył i powiedział:

– Ho, ho, bracie, czuję się taki lekki! Chciałbym przeskoczyć przez wzgórza!

– Ach – odparł drugi koń – ja także chciałbym skakać. Ale dosiada mnie stary człowiek, i gdybym podskoczył, spadłby Na ziemię jak pełny worek i skręciłby kark.

– Niech sobie skręci – powiedział koń Irika. – Nic to nie szkodzi. Zamiast starego miałbyś młodego pana.

Podczas tej rozmowy Irik śmiał się serdecznie, lecz po cichu, aby król go nie usłyszał. Król doskonale rozumiał, co powiedziały konie. Odwrócił się i widząc śmiejącego się Irika, zawołał:

– Z czego się śmiejesz?

– Z niczego, wasza królewska mość – tłumaczył się Irik. – po prostu coś przyszło mi do głowy.

Stary król zaczął jednak go podejrzewać i – obawiając się koni – wrócił do domu.

Po powrocie do pałacu król rozkazał Irikowi nalać mu kielich wina.

– Ale stracisz głowę – dodał król – jeśli nalejesz za dużo albo za mało.

Irik wziął butelkę i zaczął nalewać wino. Nagle przez okno wleciały do pokoju dwa ptaki. Jeden ścigał drugiego, a pierwszy trzymał w dziobie trzy złote włosy.

– Oddaj mi je! – krzyknął drugi. – Są moje!

– Nie – odpowiedział pierwszy. – Są moje, znalazłem je.

– Ale widziałem, jak spadły Na ziemię, kiedy panna o złotych włosach czesała swoje włosy. Daj mi przynajmniej dwa z nich.

– Nie, ani jednego.

Wtedy drugi ptak rzucił się Na pierwszego i wyrwał mu trzy złote włosy. Rozpoczęły walkę, aż w końcu każdy z ptaków zatrzymał po jednym włosie w dziobie, a trzeci spadł Na podłogę z dźwięcznym brzękiem.

Irik spojrzał Na niego i rozlał wino.

– Przepadła twoja głowa! – zagrzmiał król. – Ale okażę ci łaskę, jeśli odnajdziesz pannę o złotych włosach i przyprowadzisz ją do mnie Na żonę.

Co miał zrobić Irik? Jeśli chciał ocalić życie, musiał wyruszyć Na poszukiwanie tej dziewczyny, choć nie wiedział nawet, gdzie jej szukać. Osiodłał konia i ruszył przed siebie Na chybił trafił.

Dotarł do gęstego lasu. Obok drogi płonął krzak podpalony przez pasterzy. Pod nim znajdowało się mrowisko; iskry spadały Na nie, a mrówki, niosąc swoje białe jajeczka, biegały we wszystkich kierunkach.

– Och, pomóż nam, Iriku, pomóż! – wołały żałośnie. – Inaczej zginiemy wraz z naszymi młodymi, które jeszcze się nie wykluły!

Irik szybko zsiadł z konia, odsunął płonący krzak i ugasił ogień.

– Gdy znajdziesz się w potrzebie – powiedziały mrówki – pomyśl o nas, a my ci pomożemy.

Potem jechał dalej przez las i zbliżył się do wysokiej jodły. Na jej szczycie znajdowało się gniazdo kruków, a pod drzewem leżały dwa młode kruki, skrzecząc i skarżąc się.

– Ojciec i matka odlecieli od nas. Jesteśmy za młode, by samemu szukać pożywienia, bo nie potrafimy jeszcze latać. Och, pomóż nam, Iriku, pomóż! Daj nam coś do jedzenia, bo umrzemy z głodu.

Irik nie zastanawiał się długo. Zsiadł z konia i przebił go mieczem, aby kruki miały co jeść.

– Gdy znajdziesz się w potrzebie – zakrakały radośnie kruki – pomyśl o nas, a my ci pomożemy.

od tej chwili Irik musiał podróżować pieszo. Długo wędrował przez las, aż wreszcie wyszedł z niego i ujrzał przed sobą szerokie morze.

Na brzegu kłóciło się dwóch rybaków. Złowili w sieć wielką żółtą rybę i każdy chciał ją zatrzymać dla siebie.

– Sieć jest moja, więc ryba też jest moja! – krzyczał jeden.

– Twoja sieć niewiele by ci pomogła bez mojej łodzi i pomocy – odpowiedział drugi.

– Gdy złowimy następną taką rybę, dostaniesz ją.

– Nie, ty sobie czekaj Na następną, a tę zostaw mnie.

– Pozwólcie, że rozstrzygnę wasz spór – powiedział Irik. – Sprzedajcie mi rybę, a dobrze wam za nią zapłacę; potem podzielicie pieniądze po równo.

Dał im wszystkie pieniądze, które otrzymał od króla Na podróż, nie zostawiając nic dla siebie. Rybacy byli zadowoleni z układu, a Irik wypuścił rybę do morza.

Ryba radośnie popłynęła w wodzie, zanurkowała, po czym niedaleko brzegu wynurzyła głowę i powiedziała:

– Kiedy będziesz potrzebował pomocy, Iriku, pomyśl o mnie, a odwdzięczę ci się za twoją dobroć.

po tych słowach zniknęła pod falami.

– Dokąd idziesz? – zapytali rybacy Irika.

– Idę po młodą narzeczoną, pannę o złotych włosach, dla mojego starego króla. Ale nie wiem, gdzie ją znaleźć.

– Możemy ci coś o niej powiedzieć – odparli rybacy. – To Zlatovlaska – Złotowłosa; córka króla Kryształowego Pałacu, który mieszka Na tamtej wyspie. Każdego ranka o świcie czesze swoje złote włosy; ich blask odbija się Na morzu i aż po chmurach. Jeśli chcesz, przewieziemy cię Na wyspę, ponieważ tak dobrze rozstrzygnąłeś nasz spór. Uważaj jednak, by wybrać właściwą księżniczkę; król ma dwanaście córek, ale tylko jedna ma złote włosy.

Gdy Irik przybył Na wyspę, udał się do Kryształowego Pałacu i poprosił króla, aby oddał mu swoją córkę o złotych włosach za żonę dla jego pana.

– Zgadzam się – odpowiedział król. – Ale musisz sobie Na nią zasłużyć. Przez trzy dni wykonasz trzy zadania, po jednym każdego dnia. Tymczasem możesz odpocząć do jutra.

Nazajutrz rano król powiedział do Irika:

– Moja córka Zlatovlaska miała kosztowny naszyjnik z pereł; sznurek pękł, a perły rozsypały się po wysokiej trawie Na łące. Musisz zebrać wszystkie perły – ani jednej nie może zabraknąć.

Irik poszedł Na łąkę. Była szeroka i długa; uklęknął w trawie i zaczął szukać pereł. Szukał od rana do południa, lecz nie znalazł ani jednej.

– Ach, gdyby moje mrówki tu były! – zawołał. – Pomogłyby mi.

– Jesteśmy tutaj, by ci pomóc! – zawołały mrówki, które nagle pojawiły się ze wszystkich stron. – Czego potrzebujesz?

– Muszę zebrać wiele pereł Na tej łące, a nie mogę znaleźć nawet jednej.

– Poczekaj chwilę, zbierzemy je dla ciebie.

W krótkim czasie mrówki przyniosły Irikowi mnóstwo pereł spośród trawy, a jemu pozostało tylko nawlec je Na sznurek.

Gdy miał już zawiązać końce, doczołgała się do niego kulawa mrówka, której noga spłonęła podczas pożaru mrowiska, i zawołała:

– Zaczekaj, Iriku, zaczekaj! Nie wiąż jeszcze sznurka; przyniosłam ci jeszcze jedną perłę.

Irik zaniósł perły królowi, a gdy król je przeliczył, nie brakowało ani jednej.

– Dobrze wykonałeś swoje zadanie – powiedział król. – Jutro rano dam ci kolejną pracę.

Rano Irik stawił się przed królem, a król powiedział:

– Moja córka o złotych włosach zgubiła podczas kąpieli w morzu swój złoty pierścień. Musisz go odnaleźć i przynieść tutaj.

Irik poszedł nad morze i pełen smutku chodził po brzegu. Morze było przejrzyste, lecz tak głębokie, że nie mógł dostrzec dna. Jak więc miał znaleźć pierścień?

– Gdyby moja złota rybka tu była! – zawołał Irik. – Pomogłaby mi.

Nagle coś jasnego pojawiło się w wodzie, a potem złota rybka wypłynęła Na powierzchnię.

– Jestem tutaj, aby ci pomóc. Czego potrzebujesz?

– Muszę znaleźć złoty pierścień w morzu, a nawet nie widzę dna.

– Przed chwilą spotkałam szczupaka niosącego złoty pierścień w płetwach. Poczekaj chwilę, a przyniosę ci go.

Wkrótce potem złota rybka wróciła, prowadząc szczupaka z pierścieniem.

Król ponownie pochwalił Irika za dobrze wykonaną pracę i następnego ranka wyznaczył mu trzecie zadanie.

– Jeśli chcesz, abym oddał moją córkę o złotych włosach za żonę twojemu królowi, musisz przynieść wodę śmierci i wodę życia – będą potrzebne.

Irik nie wiedział, gdzie szukać tych wód. Szedł tam, dokąd prowadził go los, aż dotarł do ciemnego lasu.

– Ach, gdyby moje kruki tu były; pomogłyby mi.

Nagle nad jego głową rozległ się szum i pojawiły się dwa kruki.

– Jesteśmy tutaj, by ci pomóc. Czego potrzebujesz?

– Muszę zdobyć wodę śmierci i wodę życia, ale nie wiem, gdzie je znaleźć.

– My wiemy. Poczekaj chwilę, a przyniesiemy ci je.

Po krótkim czasie kruki wróciły do Irika, niosąc małe tykwiane flaszki; w jednej była woda życia, w drugiej woda śmierci.

Uradowany swoim szczęściem Irik pośpieszył z powrotem do pałacu. Na skraju lasu zobaczył pajęczynę rozciągniętą między dwiema jodłami; pośrodku siedział wielki pająk zabijający muchę. Irik wyjął flaszkę z wodą śmierci, pokropił nią pająka, a ten spadł Na ziemię jak dojrzała wiśnia – był martwy. Następnie pokropił muchę wodą życia z drugiej flaszki i mucha zaczęła się poruszać; po chwili uwolniła się z pajęczyny i wzbiła w powietrze.

– To twoje szczęście, Iriku, że przywróciłeś mnie do życia – zabrzęczała mucha przy jego uchu. – Bez mojej pomocy nigdy nie odgadłbyś, która z dwunastu dziewcząt jest księżniczką o złotych włosach.

Kiedy król zobaczył, że Irik wykonał także trzecie zadanie, powiedział, że odda mu swoją córkę Zlatovlaskę.

– Ale – dodał król – musisz sam ją rozpoznać.

Zaprowadził go do wielkiej sali, pośrodku której stał stół, a wokół niego siedziało dwanaście pięknych dziewcząt, wszystkie jednakowe. Każda miała Na głowie długą białą jak śnieg zasłonę sięgającą ziemi, tak że nie sposób było zobaczyć ich włosów.

Irik niemal oślepł od ich blasku.

– To moje córki – powiedział król. – Jeśli odgadniesz, która z nich jest Zlatovlaską, wygrasz ją i od razu możesz ją zabrać ze sobą. Jeśli jednak jej nie wskażesz, nie jest ci przeznaczona i musisz opuścić to miejsce bez niej.

Irik był bardzo zmartwiony i nie wiedział, co zrobić. Nagle coś zaszeptało mu do ucha:

– Bzz–bzz! Obejdź stół dookoła, a powiem ci, która to.

Była to mucha, którą Irik uratował od śmierci za pomocą wody życia.

– To nie ta – ani ta – ani ta – ale ta jest Zlatovlaską!

– Daj mi tę spośród swoich córek! – zawołał Irik. – Wygrałem ją dla mojego pana!

– Wybrałeś właściwie – powiedział król.

Księżniczka natychmiast wstała od stołu, zdjęła zasłonę i ukazała swoje złote włosy, spływające gęstymi lokami aż do ziemi; były jasne jak wschodzące słońce! Irik niemal oślepł od ich blasku.

Król ubrał córkę odpowiednio do jej wysokiego urodzenia i pozycji, a Irik zabrał ją do swojego pana, aby została jego żoną. Oczy starego króla zabłysły, a on sam podskoczył z radości Na widok Zlatovlaski i natychmiast rozkazał przygotować wesele.

– Zamierzałem cię powiesić za twoje nieposłuszeństwo, aby kruki mogły cię pożreć – powiedział do Irika. – Ale ponieważ tak dobrze mi służyłeś, każę ci tylko ściąć głowę i godnie pochować.

Po egzekucji Zlatovlaska poprosiła starego króla o ciało Irika. Król nie mógł odmówić niczego swojej narzeczonej, więc oddał je jej. Księżniczka połączyła głowę z tułowiem, pokropiła je wodą śmierci i natychmiast zrosły się tak dokładnie, że nie pozostał nawet ślad po ścięciu. Następnie pokropiła ciało wodą życia, a Irik wstał świeży, jakby dopiero się narodził, silny niczym jeleń; młodość rozkwitła Na jego twarzy.

– Jakże mocno spałem! – powiedział Irik, przecierając oczy.

– Tak – odparła księżniczka – spałeś bardzo mocno. Gdyby nie ja, spałbyś jeszcze długo.

Kiedy stary król zobaczył, że Irik żyje i stał się młodszy oraz przystojniejszy niż wcześniej, sam zapragnął odzyskać młodość. Natychmiast rozkazał zrobić z nim to samo, co uczyniono z Irikiem.

Ścięto mu więc głowę, a potem wielokrotnie skrapiano ciało wodą życia, aż nie została ani kropla. Ale głowa nie chciała połączyć się z tułowiem. Wtedy pokropiono ją wodą śmierci i głowa natychmiast połączyła się z ciałem. Jednak stary król pozostał martwy, ponieważ zabrakło już wody życia, która mogłaby go wskrzesić.

A ponieważ królestwo nie mogło pozostać bez władcy, a nie było nikogo mądrzejszego od Irika, który rozumiał mowę zwierząt i wszystkich żywych stworzeń, lud obrał go swoim królem, a księżniczkę Zlatovlaskę – swoją królową.

Rzemiosło jest najważniejsze

Południowosłowiańska bajka opublikowana przez serbskiego autora Vuk Stefanović Karadžić w 1870 roku
Źródło: tłumaczenie z XIX wiecznego zbioru „Srpske narodne pripovijetke" udostepninej na stronie https://en.wikisource.org/wiki/Slavonic_Fairy_Tales

slowianie-podania-mity-legendy-serbia-rzemioslo
Ilustracja. Rzemiosło jest najważniejsze, praca współczesna AI.

Pewien król wraz z żoną i córką wybrał się kiedyś w podróż morską dla przyjemności. Gdy odpłynęli już daleko od brzegu, zerwała się burza, która zepchnęła statek ku obcej krainie, gdzie zarówno król, jak i jego państwo były zupełnie nieznane, a o której oni sami nigdy wcześniej nie słyszeli.

Po dotarciu do brzegu król nie odważył się wyjawić swojego pochodzenia; a ponieważ nie miał pieniędzy i nie znał żadnego rzemiosła ani innego sposobu, dzięki któremu mógłby utrzymać siebie i rodzinę, był zmuszony nająć się jako pasterz wiejskiego bydła.

Po kilku latach takiego życia syn króla owego kraju zakochał się w córce pasterza, która była już dorosła i bardzo piękna. Książę oznajmił swoim rodzicom, że nigdy nie poślubi żadnej innej dziewczyny poza córką wiejskiego pasterza.

Ojciec, matka i wszyscy dworzanie próbowali odwieść go od tego zamiaru, mówiąc, że dla niego, który mógł wybrać sobie żonę spośród cesarskich i królewskich księżniczek, poślubienie córki pasterza byłoby hańbą i wstydem. Lecz wszystko na próżno; książę odpowiadał jedynie:

– Albo ta dziewczyna, albo żadna!

Gdy wszyscy zobaczyli, że niczego nie da się zmienić, wysłano jednego z doradców do pasterza, aby oznajmił mu, że król wybrał jego córkę na żonę dla własnego syna.

Doradca udał się do pasterza i przekazał mu decyzję króla; lecz wiejski pasterz zapytał go:

– Jakie rzemiosło zna syn króla?

na to posłaniec, oburzony, odpowiedział:

– Niech cię niebo ma w opiece, człowieku! Cóż książę może wiedzieć o rzemiośle? Ludzie uczą się rzemiosła tylko po to, by się z niego utrzymywać, a syn króla posiada kraje i miasta.

Ale pasterz odrzekł spokojnie:

– Być może. Ale jeśli nie zna żadnego rzemiosła, nie mogę oddać mu mojej córki.

Doradca wrócił więc do domu i opowiedział królowi, co powiedział pasterz. Cały dwór był tym ogromnie zdumiony. Wszyscy sądzili, że największym szczęściem i dumą pasterza będzie to, iż syn króla poślubi jego córkę – a tymczasem on pytał, jaki fach zna książę!

Król wysłał drugiego doradcę, lecz pasterz odpowiedział mu dokładnie tak samo:

– Dopóki syn króla nie nauczy się jakiegoś rzemiosła i nie przyniesie mi własnoręcznie wykonanej pracy jako dowodu swojej umiejętności, nigdy nie zostaniemy bliższymi przyjaciółmi.

Kiedy i ten doradca wrócił i oznajmił królowi, że pasterz nie chce oddać córki księciu, dopóki ten nie nauczy się choćby najprostszego rzemiosła, książę sam wyruszył, aby dowiedzieć się w różnych warsztatach, którego fachu najłatwiej się nauczyć.

Przechodząc od warsztatu do warsztatu i przyglądając się pracy rzemieślników, trafił do miejsca, gdzie robotnicy wyplatali maty z sitowia. Wydało mu się to najłatwiejszym ze wszystkich rzemiosł, więc natychmiast postanowił się go nauczyć.

A gdy po kilku dniach opanował już tę pracę, samodzielnie wyplótł matę z sitowia. Posłaniec zaniósł ją pasterzowi i wyjaśnił, że książę nauczył się już rzemiosła, a mata jest wykonana jego własnymi rękami.

Pasterz wziął matę do ręki, obejrzał ją ze wszystkich stron i zapytał:

– Ile to jest warte?

Odpowiedziano mu:

– Cztery para (mała turecka moneta o bardzo niewielkiej wartości).

– Ach! – zawołał. – Dobrze! Cztery para dziś, cztery jutro – to daje osiem, a cztery pojutrze – to daje dwanaście, i tak dalej. Gdybym znał takie rzemiosło, nie pasłbym dziś bydła.

Wtedy opowiedział im, kim jest i jak znalazł się w tym miejscu.

Wszyscy bardzo się ucieszyli, gdy dowiedzieli się, że starali się o rękę córki króla, a nie pasterza; i wesele młodzieńca oraz dziewczyny odbyło się pośród wielkiej radości.

Następnie dali ojcu panny młodej statek i straż wojowników, a on przepłynął morze i powrócił do własnego królestwa.

Zaczarowany ptak

Południowosłowiańska bajka opublikowana przez serbskiego autora Vuk Stefanović Karadžić w 1870 roku
Źródło: tłumaczenie z XIX wiecznego zbioru „Srpske narodne pripovijetke" udostepninej na stronie https://en.wikisource.org/wiki/Slavonic_Fairy_Tales

slowianie-podania-mity-legendy-serbia-rzaczarowany-ptak
Ilustracja. Zaczarowany ptak, praca współczesna AI.

Żył sobie kiedyś biedny człowiek. Pewnego ranka opuścił swój dom, aby poszukać chleba dla żony i dzieci. Gdy szedł drogą, zobaczył pięknego małego ptaszka, który trzepotał skrzydłami i przyglądał mu się; schwytał go więc i wrócił z nim do domu. Umieścił ptaszka pod sitem, aby nie uciekł, a następnie ponownie wyszedł na poszukiwanie chleba. Nie mogąc jednak nigdzie nic zdobyć, wrócił do domu smutny i przygnębiony.

Gdy tylko wszedł do środka, jego głodne dzieci podbiegły do niego i powiedziały, że ptaszek zniósł dwa małe jajka; jedno z dzieci poprosiło go, aby zaniósł jajka na targ, sprzedał je i kupił za otrzymane pieniądze trochę chleba. Człowiek uśmiechnął się na tę propozycję i westchnął:

– Moje biedne dziecko, cóż ja dostanę za dwa takie maleńkie jajka?

Ale dziecko było pewne, że otrzyma za nie bardzo dużo. Człowiek poszedł więc z dwoma małymi jajkami na targ. Przed bramą miasta spotkał nieznajomego, który, gdy tylko zobaczył jajka, gorliwie zapytał, ile za nie chce.

Człowiek odpowiedział:

– Daj mi, ile zechcesz, bylebym mógł kupić trochę chleba dla siebie i swojej rodziny.

Nieznajomy dał mu złotego cekina i powiedział:

– Oto jeden cekin za jajka, a oto drugi dla ciebie, jeśli powiesz mi, skąd je masz.

Człowiek opowiedział mu wszystko; a gdy nieznajomy zapytał, czy sprzedałby również ptaszka, odpowiedział, że tak – za dobrą cenę. Wrócili więc razem do domu biedaka.

Gdy przybyli i nieznajomy zobaczył małego ptaszka, powiedział:

– Oto sto złotych cekinów za tego ptaka.

Człowiek sprzedał mu go za tę sumę. Nieznajomy natychmiast zabił ptaka, odciął mu głowę, wyjął serce i powiedział:

– Upieczcie mi tę głowę i serce; chcę je zjeść.

Człowiek nabił głowę i serce na rożen i dał jednemu ze swoich dzieci, aby upiekło je nad ogniem.

Podczas gdy nieznajomy rozmawiał z gospodarzem i jego żoną, reszta dzieci zebrała się wokół ognia, by zobaczyć, jak przebiega pieczenie; a ponieważ były bardzo głodne, jedno z nich zjadło głowę, a drugie serce, po czym uciekły.

Wkrótce potem nieznajomy podszedł do ognia, aby sprawdzić, czy głowa i serce są już dostatecznie upieczone. Gdy zobaczył, co się stało, uderzył się w czoło i zaczął głośno lamentować – nie tyle z powodu stu cekinów, które zapłacił za ptaka, lecz dlatego, że został oszukany i utracił swoje szczęście zarówno na tym świecie, jak i w przyszłym. Narzekając w ten sposób, odszedł.

Nazajutrz rano, gdy obaj chłopcy się obudzili, pod głową tego, który zjadł serce ptaszka, leżało sto cekinów, a chłopiec, który zjadł głowę, opowiadał ojcu i matce o wszystkim, co działo się na świecie, a nawet o tym, o czym myśleli królowie.

I tak działo się każdego ranka: pierwszy zawsze znajdował pod głową sto cekinów, a drugi wiedział wszystko, co myślano i czyniono na całym świecie.

Dzięki temu bracia bardzo się wzbogacili, a w końcu przekupili ludzi, aby wybrali jednego z nich na króla. Wybór ludu padł na tego, który zjadł serce małego ptaszka.

Wtedy brat, który zjadł głowę, zaczął – z zazdrości, a także dlatego, że był najmądrzejszym człowiekiem na świecie – nienawidzić swojego brata-króla i zastanawiać się, jak mógłby się go pozbyć. W końcu postanowił go zabić, aby samemu zasiąść na tronie.

Pewnego wieczoru, gdy król spał, zamordował go, otworzył ciało i znalazł w nim serce ptaka; zjadł je, po czym zaszył ciało.

Następnego dnia po kraju rozeszła się wieść:

– Król nie żyje! Kogo wybierzemy na jego następcę?

Ludzie zaczęli wybierać nowego króla tu i tam, pośród możnych i biednych; jedni proponowali jednego człowieka, inni drugiego. W końcu zwrócili się do brata zmarłego króla i obrali go swoim władcą.

Kiedy został królem – i każdego ranka znajdował pod głową sto cekinów, tak jak wcześniej jego brat – wysłał poselstwo do sąsiedniego króla z prośbą o rękę jego córki. Król oddał mu córkę i pobrali się zgodnie ze zwyczajem.

Gdy młoda królowa pierwszego i drugiego ranka po ślubie odkryła sto cekinów leżących pod głową męża, bardzo się zdziwiła. Trzeciego ranka zabrała pięćdziesiąt i pozostawiła drugą połowę na miejscu.

Kiedy jednak król się obudził i nie znalazł całej setki cekinów, rzucił się na żonę, jakby chciał ją zabić. Przerażona królowa odrzuciła monety, a w tej samej chwili król upadł nieprzytomny, zaczął gwałtownie kaszleć i w końcu wykrztusił serce małego ptaszka.

W jednej chwili pojawiła się ręka bielsza niż śnieg na górach i pochwyciła serce; jednocześnie rozległ się głos mówiący:

– To było moje; ale będzie ci to wybaczone!

Był to głos duszy brata króla, a ręka była jego cieniem.

Wkrótce potem król odzyskał przytomność. Gdy usłyszał, co się wydarzyło, żałował swoich grzechów aż do końca życia i rozdawał jałmużnę ubogim.

 

Podania naszych sąsiadów

www.srebrnykruk.pl