Jak już wielokrotnie wspominałem do współczesnych nam czasów zachowało się niewiele autentycznych zapisów legend oraz mitów związanych z prasłowiańskimi wierzeniami na fali zainteresowania słowiańską przeszłością, liczne grono twórców korzystając z śladów wiedzy przechowanych do naszych czasów głównie w folklorze ludowym podejmuje się prób odtworzenia pierwotnego brzmienia mitów opowiadających o losach bogów i bohaterów słowiańskich bądź też interpretuje je na na nowo i przedstawia swoim czytelnikom. Opowieści te mają różne cele, jedne starają się jak najwierniej odtworzyć realne przekazy inne zaś inspirując się zachowanymi fragmentami wieżeń bądź też utrwalonymi w folklorze tekstami tworzą własne opowieści. Wysiłki te przynoszą realne efekty i choć nigdy juz nie będzie nam dane zapoznać się z autentycznymi opowieściami snutymi przez naszych słowiańskich przodków, to prace tych autorów pozwalają przybliżyć ich wyobrażenia i nadają im nowe życie we współczesnej kulturze. Poniżej mamy możliwość zapoznania się właśnie z przykładami takich tekstów.
Mit o Sołnce i Swarożycu
Opowieść współczesna inspirowana wierzeniami prasłowiańskimi
Źródło: https://www.edukacja.edux.pl
tekst zaczerpnięty z folderu dla uczniów kl 6 wykonanego w ramach projektu “Mitologia Słowian”, dodany 05.2011r.
Autor: Dorota Juchimiuk

Sołnka była jedną z dwóch córek Dziennicy Soły. Pochodziła ona od władcy Zerywanów Kołbia, którego kiedyś Soła uwiodła w czasie polowania. Druga z córek Soły, Sawa, urodziła się znacznie później, a poczęta została z bogiem Wodnikiem. Sawa złączyła się z Warchą, zwanym też Warszem, kniaziem nadwiślańskich Mazów i została mazońską królową.
Sołnka od początku nie chciała żadnego młodzieńca pochodzącego z ludzi, lecz kierowała swe piękne oczy ku niebu i tęsknie wzdychała do Swarożyca, który codziennie nosił po nieboskłonie swą piękną złotą tarczę. Ze wszystkich swoich sił pragnęła zostać żoną owego boga. Ojciec martwił się strasznie, ale cóż mu było czynić. Żaden młodzieniec, który zwrócił swe oczy na Sołnkę nie mógł się równać z cudownym Swarożycem. Dziewczyna z każdym dniem więdła i usychała z niespełnionej miłości. Kiedy więc stało się jasne, że nic nie zmieni jej pragnienia, ojciec złożył ofiary Krasatinie i Dziewannie, i poprosił obie boginie by zabrały Sołnkę na Dwór Słońca. Dziewanna była temu przeciwna, bo dziwnym się jej wydało by zwykła dziewczyna mogła chcieć zamieszkać z Panem Słońca, ale Krasatina, która dobrze rozumiała wszelkie istoty tęskniące do piękna. Zabrała Krasatina, Sołnkę ze sobą, skoro ją tak wytrwale i pięknie proszono. Wpierw rozmówiła się ze Swarożycem, który zgodził się przyjąć ziemską dziewkę do dworu, a nawet osobistej służby. Przykazała jednak młodej księżniczce, aby czyniąc posługi Panu Ognia Niebiańskiego, nigdy nie ośmieliła się spojrzeć prosto w jego oblicze, tego bowiem czynić nikomu nie wolno. Kto spojrzy w oczy Pana Słońca, ten nie tylko oślepnie, ale będzie musiał natychmiast odejść ze dworu. Był to jedyny warunek jaki musiała spełnić dziewczyna, resztą obiecała się zająć bogini.
Sołnka została przyjęta na dwór Swarożyca i usługiwała mu przez jakiś czas. Jej serce przepełniało szczęście, a uczucie do boga rosło z każdym kolejnym dniem. Ścieliła mu posłanie, opłukiwała go jeziornymi wodami Płeni, gdy wracał znużony i zakurzony po całym dniu. Wycierała go złotym ręcznikiem po obmyciu, a nawet parę razy zastąpiła Swarę w noszeniu złotej czaszy – czerpaka i pojeniu boga w czasie jego codziennej wędrówki po Niebie. Cały czas Sołnka czuła jego wielki blask i ciepło, które przenikało ja do samego środka. Z biegiem czasu wydawało jej się, że czuje wzrastającą wdzięczność boga i otwierające się ku niej jego ramiona. Czasami, kiedy zmęczona zasypiała pod progiem izby Swarożycowej, zdawało się jej we śnie, że Pan Słońca przychodzi do niej i kładzie się obok. Sołnka z czasem coraz bardziej pragnęła spojrzeć w oczy swego ukochanego, przytulić się do niego za dnia, pogładzić jego złocistą twarz i ucałować ogniste usta. Przestało się jej też podobać, ze musi spać pod progiem izby zamiast w jej środku.
Któregoś razu postanowiła, iż będzie tylko udawać, że śpi i sprawdzi czy się nie myli, czy Swarożyc naprawdę do niej przybywa. Jeśli tak naprawdę jest, to zdecydowała się z nim rozmówić i prosić, by wziął ją jak przystało za żonę i nie kazał dłużej spać pod progiem i nie zabraniał patrzyć w swoje oblicze. Jak postanowiła, tak zrobiła. Zamknęła oczy i oddychała powoli, ale wcale nie spała tej nocy. Noc ciągnęła się niemiłosiernie długo i kiedy już myślała nad ranem, że nic się nie wydarzy, że wszystko to tylko jej sny i pragnienia, nagle drzwi izby uchyliły się i stanął w nich Swarożyc. A potem bezszelestnie zbliżył się do jej posłania. Sołnka tak mocno zapragnęła zobaczyć swego pana, że otwarła oczy i spojrzała na twarz boga Słońca. Ich oczy zetknęły się, a jego były tak jasne, jak dwie iskrzące gwiazdy i przeniknęły ją na wskroś. Swarożyc zerwał się z posłania i bez słowa poszedł do swej izby. Sołnka przestraszyła się w pierwszej chwili, że oto oślepnie jak rzekła jej Krasatina, ale nic złego się z jej oczami nie stało. Natychmiast zerwała się z posłania, pukała do drzwi Swarożycowych, błagała, by ją wpuścił, zaklinała go i przekonywała, jak bardzo go kocha. Nie usłyszała jednak ani słowa odpowiedzi. Rankiem przybyła Krasatina i kazała jej się natychmiast wynieść. Boginki Skierki – Swarożycowe pomocnice – zakuły stopy Sołnki w żelazne trzewiki, a do ręki dały jej żelazny kostur. Nie wiedziała po co to czynią i właściwie ją o nie obchodziło. Nadal nie mogła zrozumieć dlaczego jej miłość do Swarożyca została odrzucona przez boga Słońca.
Została odwieziona z powrotem na ziemię, ale kiedy przyszła na dwór swego ojca okazało się, że on dawno już nie żyje. Nie chciano jej wpuścić na pokoje i poszczuto psami. Jako żebraczka szła Sołnka po ziemi, szła i szła nie ustawała. Każdego dnia szła naprzód, tak jak słońce każdego ranka wschodzi i idzie, póki nie dojdzie nocy, a następnego ranka znowu wstaje by iść. Kttóregos dnia, kiedy usiadła nad kałużą wody, spostrzegła, że trzewiki żelazne przetarły się jej na stopach i rozpadły, a kostur jest już całkiem starty. Wtedy poczuła znowu ciepło boga Słońca, którego ani na chwilę nie przestała kochać. Przejrzała się w zwierciadle kałuży i zobaczyła z przerażeniem, że jest już pomarszczoną staruchą be zębów, z rzadkimi siwymi włosami, suchą jak szczapa. Rozpłakała się Sołnka, bo pojęła, ze przeszła całe życie i nawet tego nie zauważyła. Swarożyc, który ją widział każdego dnia, i teraz także, idąc przez Niebo, ze swoją Złotą Tarczą, przyglądał się swej ziemskiej oblubienicy. W jednej chwili wybaczył jej świętokradztwo. Wyciągnął do niej swe ogniste ręce, uniósł ją, przytulił i złożył na jej twarzy najgorętszy pocałunek. Wielka miłość rozpłynęła się po jej sercu. Potem Pan Słońca postawił ja z powrotem na ziemi i wtedy pojęła, że oto stała się wspaniałym, młodym i wiecznym kwiatem, bo bóg zamienił ja swym pocałunkiem w słonecznik.
Powiadają, że wszystkie ziemskie słoneczniki są potomkami Sołnki zamienionej w ten kwiat przez Swarożyca. Dlatego zawsze obracają swoje głowy za słońcem, gdy ono w wędruje po niebiosach, bo darzą go takim samym uczuciem jako ich matka.
Skąd się wzięły czarownice
Współczesna opowieść o pierwszej wiedźmie w słowiańskim świecie inspirowana wierzeniami prasłowiańskimi
Źródło: https://slowianowierstwo.wordpress.com, dodano 20 Maj 2016
Autor: Katarzyna Olimpia Koenig, 2003

Zdarzyło się to dawno, dawno temu, niedługo po stworzeniu świata. W małej wiosce otoczonej gęstymi lasami pomieszkiwała z rodzicami młoda dziewczyna. Źródła nie podają niestety jej imienia, ale wiadomo, że była bardzo rozumna i sprytna, a przy tym nad wyraz piękna i powabna.
Razu pewnego, o bladym świcie, niewiasta wybrała się do lasu nazbierać grzybów. Ledwo tylko zdążyła opuścić wioskę, przemierzyć pole i między drzewa się zagłębić, zerwał się wiatr okrutny, a z nieba polały się strugi deszczu. Szukając schronienia przed ulewą dziewczyna zatrzymała się pod rozłożystym drzewem. A jako że dzień wstawał ciepły i słoneczny, umyśliła zdjąć z siebie ubranie i schować je do koszyka na grzyby, żeby nie zmokło. Jak postanowiła, tak uczyniła i rozebrawszy się do naga, starannie złożyła odzienie i ukryła je pod drzewem w koszyku.
Po pewnym czasie, gdy deszcz przestał padać, roztropne dziewczę ubrało się i zagłębiło w las w poszukiwaniu grzybów. Nagle zza jednego z drzew wychynął kudłaty kozioł o sierści czarnej jak smoła i mokrej od deszczu, który po chwili przeobraził się w zgarbionego starca z długą, siwą brodą. Dziewczynie szybciej serce bić poczęło, rozpoznała bowiem w starcu Welesa, boga magii, zjawisk nadprzyrodzonych i zaświatów. „Nie lękaj się”, rzekł Weles, dostrzegając strach w jej pięknych ciemnych oczach.
„Chciałem tylko zadać ci pytanie – jakich czarów użyłaś, by pozostać suchą podczas takiej ulewy, jaka właśnie przetoczyła się nad lasem?”
Rozumna niewiasta zastanowiwszy się chwilę, odrzekła: „Jeśli zdradzisz mi sekrety swojej magii, ja powiem ci, jak nie dałam się zmoczyć ulewie.”
Będąc pod wrażeniem jej urody i wdzięku, Weles zgodził się nauczyć ją wszystkich swoich sztuk magicznych. Kiedy dzień chylił się już ku zachodowi, Weles zakończył powierzać pięknej dziewczynie sekrety, a ona opowiedziała mu, jak to zdjęła ubranie, schowała je do koszyka i ukryła pod drzewem, gdy tylko rozpętała się ulewa.
Weles zorientowawszy się, że został sprytnie oszukany, wpadł we wściekłość. Mógł jednak winić tylko siebie. A młoda niewiasta, poznawszy w ten sposób tajemnice Welesa, została pierwszą na świecie czarownicą, która z czasem mogła swą wiedzę przekazać innym.
Gwarki i dziewczyna
Legenda współczesna wymyślona przez autora legendy, inspirowana wierzeniami prasłowiańskimi
Źródło: https://szczescie21.deviantart.com/art/Gwarki-i-dziewczyna-698411675, publikacja 12 Sierpnia 2017
Autor: Szczęście21

Dawno, dawno temu, gdy światem rządzili starzy bogowie a lasy pełne były najprzedziwniejszych stworzeń, góra Ślęża była miejscem niedostępnym zwykłemu śmiertelnikowi. Spowijała ją mgła, a cały szlak na szczyt oznaczony był pochodniami, ale tylko na czas świąt ku czci bogów, na co dzień wstęp tam miały tylko kapłanki i żercy. Jednako kusiło wielu to dziwo a sam możny pan, który w posiadaniu miał ziemie u stup góry, śnił o tym by zapuścić się w mrok Ślęży.
Chłopstwo powiadało, że po lasach najprzedniejsza zwierzyna biega a jagody i maliny są słodsze od miodu. Baczył mimo wszystko gospodarz by na dom swój nie ściągnąć nieszczęścia i bogów nie rozgniewać. Wystrzegał się szlaku po za porą świętą, pomny na swe dzieci. Szczególna go rozpacz ogarniała na samą myśl, że coś by się przydarzyć mogło jego najmilszej córce Żywi. A dziewczę to było piękne, rumiane jak żadna inna dziewczyna w okolicy, włos miała trefiony w warkocz, złoty jak łany zbóż, na skroni nosiła wianek, który sama plotła z polnych kwiatów, po wsi mówiono, że dziewczyna jest darem samej Mokoszy, bo nie tylko z zewnątrz piękna ale i serce miała piękne. We wsi jej ojciec za surowego uchodził, ale kto wpierw z córą radził, ten mógł najsroższej kary uniknąć. Nie dziwiło więc, że Żywia była jak klejnot dla wszystkich, nie tylko dla ojcowskiego serc.
Pewnego dnia możny pan dostał wiadomość, iż w gościnę wybiera się do niego kniź. Będąc, bowiem na łowach postanowił rozejrzeć się po swych ziemiach i sprawdzić jak sobie poczynają jego poddani. Przerażony tą wiadomością pan, począł myśleć jak ugościć tak zacną i ważną osobę, która sama do niego w progi nie zajrzy, lecz i z świta pewnie zostać na czas jakiś zechce. Ani myśląc zebrał chłopów i rozdzielił im obowiązki, a to chleba i ciast wypiec i zwierza tłustego na ucztę wyszykować.
Jednak rok był lichy a zwierzy w lesie w którym polować im było wolno nie za wiele. Zerkał, więc pan w stronę Ślęży i zastanawiał się, co straszniejsze, gniew bogów czy kniazia. A lęk go tym większy ogarniał, iż bogowie jego tylko przeklną a kniaź gotów pewno i pomsty za brak gościny powziąć na wsi. Spojrzał w stronę córki, która właśnie z lasu przyszła z koszem pełnym owoców i grzybów. Zamyślił się przez chwilę a potem sięgnął po duże czerwone maliny, były słodkie jak sam miód albo i słodsze.
– Dziecino a ty te maliny gdzie rwałaś?
Żywię spowił rumieniec a ojciec już poznał skąd narwała malin.
– A gdyby cię jakie Gwarki wypatrzyły?
– Ależ ojcze, jaki Gwarek miałby ze mnie pożytek? Jestem chuda i nie nadam się do pracy we wnętrzu góry, nie znam się na wydobywaniu kamieni. – Odpowiedziała bez namysłu córka.
– A gdyby cię dla swego pana porwali? Krasna jesteś, pracowita i masz dobre serce, pożytek miałby z ciebie władca Ślęży.
– Ojcze, mam maliny z nich upiekę ciasto, tak słodkie, że nawet kniaziowi serce zmięknie, jeśli by coś się nie spodobało mu na ziemi naszej.
– Córko, ile razy to ci mówiłem, że do lasu zakaz wstępu. Tylko podczas świąt, gdy cię żercy wezwą.
– Ile razy sam miałeś ochotę ojcze w lasy wejść na łowy? Ja to w dobrej wierze czynie, Gwarki mi to wybaczą a król góry ma tyle owoców, że nawet nie zauważy braku kilku malin. Przeto zakazu żerców nie złamałam, nie polowałam na zwierzynę a jedynie owoce na skraju szlaku zerwałam i grzyby przydrożne.
Możny pan pokiwał głową i pogłaskał córkę po policzku, wiedząc, że latorośl widzi jego zmartwienie i też rada mu pomóc. Nie mógł jednak przestać myśleć o tym, co by Gwarkowie zrobili z jego córką, gdyby przyłapali ją w lesie. Wiedział przecie ojciec i każdy, kto w pobliżu Ślęży mieszkał, że Gwarki nie są łaskawe dla ludzi nie to, co Domownik. Gwarki zazdrośnie strzegą tajemnic swej góry i króla, nieposłusznych wabią w rozpadliny lub na przepaść gdzie słuch po nich ginie. Chłopi powiadają, że Gwarek zaciąga ludzi do wnętrza góry, gdzie przychodzi im żywota dokonać na ciężkich pracach drążąc korytarze królestwa pana, który w górze mieszka a który raz na jakiś czas przybrawszy postać niedźwiedzia porywa panny by z nim życie dzieliły. Jednak za równo Gwarki jak i ich król przedziwny nie wiedzą, że ludzie bez światła w mroku góry mrą z wycieczenia i tęsknoty za światłem. Zastanawiał się możny pan ile to z tych opowieści córa jego zrozumiała a ile z nich za bajania brała. Jednak co by nie mówić, prawda była taka, że kto się na Ślęże udał zapominając o zakazach żerców, ten gubił się w mgle grzązł w błocie i darmo ratunku wzywał, głos jego echem odbijał się od drzew i nie pozwalał wydostać się z ziemi bogom oddanej.
Minął jednak dzień jeden i drugi i nic się nie działo jeno dzień przed kniazia wizytą, jakie wilcy zawyły na skraju lasu ostrzegając ludzi przed wstępem na ziemię świętą.
Przyjechał, zatem kniaź i ugoszczony został godnie a widział i ojciec i przyboczni kniazia a nawet chłopi, że pan ziem wodzi za Żywią wzrokiem i za pewne już jest pod czarem dziewczyny, nie myśląc ani chwili podszedł ojciec do Żywi i zabrał ją na bok izby.
Ciągle żył w strachu przed karą i porwaniem córy, wzrok kniazia natomiast myśl mu nasunął jak córkę od Gwarków uchować.
– Żywio, podaj kniaziowi ciasto z malin i nalej miodu, nie odstępuj go, przeto na krok, chyba, że sam cię odprawi. – Dziewczyna natychmiast ojcowska radę zrozumiała i poczęła czynić jak jej nakazał.
Kniaź ni myśląc zwrócił się do gospodarza.
– Kiedy córę w swaty oddajesz? A może już, komu przyrzeczona?
– Nie szlachetny panie, ma córa jeszcze nieprzyrzeczona. To mój klejnot najwspanialszy i w całej mej ziemi nie ma godnego jej ręki. Na zmarnowanie zaś jej nie dam, jest dobra i pracowita. Dzielna jest jak nie jeden mężczyzna.
– To duma posiadać taką córę, – stwierdził kniaź.
– Pociecha dla ojca, który syna nie ma a same córy, bo ona mi córą i synem.
Kniaź wyprostował się na krześle i przenikliwym spojrzeniem dziewczynę obdarzył, ta zaś spowiła się rumieńcem.
– Powiedz mi piękna Żywio, – zwrócił się do dziewczyny. – Śpiewać potrafisz? A tańczysz? Ojciec mówi, żeś mu synem, dzielna i pracowita. A ja ciekaw jestem córy.
Żywia ukłoniła się kniaziowi i odstawiła tacę z ciastem tuż pod jego nosem.
– To, co mój ojciec rzekł o mnie radością mnie napawa, lecz będąc mu i synem, obowiązki kobiety nie są mi obce. Mój ojciec jest tu panem, ale ja od pracy nie stronie, bo w naturze wszystko na chleb zasłużyć winno. Śpiewy i pląsy nie są mi panie obce, umilają mi dzień pracy.
– Nie tylko piękna, ale i mądra, to jest skarb ojca, skarb godny króla, zaśpiewaj mi, zatem panienko.
Żywia zaśpiewała, tak pięknie, jak potrafiła, śpiewała o zielonym lesie, pełnym dziwów, o świętej górze, gdzie bogi radzą, o swej miłości do świata. Urzekło to kniaźa jeszcze bardziej, niż ciasto z malinami i miód, bardziej niż jej rumiane lico i warkocz, wiedział już, że ta jego będzie.
Kniaź zerknął na gospodarza a widząc, że ten dalej obok niego stoi, nakazał mu spocząć obok siebie i jak równy z równym radzić.
– Przybyłem w gościnę, uraczyłeś mnie w niedostatku, jakbym sam nie myślał, dobrym jesteś zarządcą, ludzie mówią, żeś surowy, lecz sprawiedliwy. O Żywi mówią jak o samym złocie. Nic nie powinienem od ciebie żądać, bo doglądasz tych ziem i sprawujesz tu dobrze władzę w mym imieniu, jednak proszę o twą córę.
Gospodarz uśmiechnął się chytrze wiedząc, że jego plan się udał i córa bezpieczna będzie na dworze kniazia, jednak wiedział, że targu dobić musi, by wszystko, co padło na temat córy jego, prawdą było.
– Zwyczaj zwyczajem i za swą córę otrzymasz zapłatę.
– Panie jeden warunek pozwól mi postawić.
Kniaź zerknął na gospodarza zdumion, że ten mu warunki chce stawiać, lecz ciekaw ich milczał.
– Pozwól mej córze decydować o sobie, bo moją zgodę już masz.
Kniaź pokiwał głową a gospodarz córę wezwał i oznajmił jej, kniaziową wolę. Serce dziewczyny mocniej zabiło i rozpromieniła się, sama myśl, że ma zostać kniazia żoną serce jej radowała. Lecz po chwili na ojca zerknęła smutno.
– Panie miłościwy, po stokroć się zgadzam, lecz serce mi zaraz pęknie jak pomyślę, że ojca i siostry mam porzucić.
– Takie jest prawo i według niego córa porzuca gniazdo rodzinne, lecz nie martw się, bo twego ojca nie zostawię bez pomocy.
Te słowa rozradowały dziewczynę i gotowa była kniaziową żoną zostać, bo jej mądrość podpowiadała, że większy z niej pożytek będą mieć ludzie, gdy i ona na tronie u boku kniazia zasiądzie.
Tu by historia zakończyć się mogła, lecz co to byłaby za opowieść, wszak Żywia złamała zakaz i w las na Ślężę poszła. A widziały ją Gwarki, choć ona ich nie spostrzegła, bo małe istoty w szarych strojach, chowały się za liśćmi i kamieniami na drodze. Krzywdy jednak nie czyniły dziewczynie, bo i je uraczył jej głos i serce, a Gwarki potrafiły dusze poczciwą w ludzkim głosie rozpoznać. Ulitowały się nad nią, bo dziewczyna o smutnym losie wsi, bez urodzaju, do której kniaź zmierza, śpiewała.
Prawiły, więc swemu władcy o pięknej pannie, z złotym włosem a ten po samej opowieści zapałał do niej miłością, śledzić nakazał i o wszystkim siebie informować. Togo zaś wieczora, gdy kniaź Żywi tron obiecywał u swego boku, Gwarkowie swemu panu nowinę zanieśli, król zaś z wściekłości, że pannę straci tak urodziwą, podjął straszną dla Żywi decyzję. Wilki wyprawić kazał, co by zasmakowały zwierzyny pod okiem ludzi chowanej.
Wieść o tej napaści poruszyła gospodarz, bo wcześniej, żaden wilk z lasu się nie wychylił a ludzie bezpieczni byli, przeto blady strach zapanował na uczcie, a jeszcze większy w sercu dziewczyny. Kniaź zaraz łowczym kazał się szykować, na polowanie za bestiami ruszać, choćby i na ziemię bogom poddaną, cisza zapanowała na polach, wiatr nie wiał a ptaki zamilkły. Żywia z trwogą w sercu spoglądała na ojca i kniazia, bo jeśliby zwierzynę na świętej górze dopadli i tam krew przelali, wtenczas na całe plemię niedole sprowadzą.
Ani myśląc wybiegła z chałupy, na wóz, którym chłopi siano wozili spojrzała. Jeszcze koni z zaprzęgu nie uwolnili, tym prędzej na wóz wskoczyła i koniom rozkazała zajechać drzwi chałupy. Nim się gospodarz i izba spostrzegła, wyjść już nie było jak, okna za małe by się, kto oprócz dziecka przecisnąć zdołał, blady, więc strach padł na pozbawionych drogi wyjścia. Widzieli tylko niedźwiedzia, co wbiegł na obejście i przed dziewczyną na baczność staną, skłonił się jej nisko a ta bez trwogi i jemu ukłon oddała. Słyszeli też w izbie jak niedźwiedź ludzkim przemówił głosem.
– Panno słodsza od miodu, czyś ty maliny zrywała na szlaku?
– Tak, ja panie. – Odparła bez lęku Żywia.
– Panno promienna jak słońce, czyś grzybów narwał kosz pełny?
– Tak panie, to ja byłam.
– Panno roztropna, czyś mnie pytała o zgodę? Czy zapytałaś pana Ślęzy, czy możesz zabrać z mego królestwa skarby?
– Nie panie, nie pytałam, choć w dobrej wierze to czyniłam, to nie pytałam, czy zabrać je mogę.
– Więc i ja cię o zgodę nie pytam, a pójdziesz ze mną i moją panią zostaniesz.
Żywia poczuła jak oblewa ją zimny pot, lecz nieulękniona stała w głowie swej fortelu jakiegoś szukając by ujść od niedźwiedzia, który był panem Ślęży, lecz nim zdołała słowo jeszcze powiedzieć, niedźwiedź porwał ją z sobą w mrok góry. Z dala dobiegał ją łomot siekiery, którą za pewne ojciec i kniaź próbowali przejście sobie zrobić. Roniła łzy z rozpaczy z żalu nad swym smutnym losem a każda kropla padała na ziemię a z każdej kropli niezapominajka wzrastała. W końcu umęczona zasnęła.
Gdy powieki swe uchyliła, znalazła się w komnacie, której królowie mogli jej zazdrościć. Spoczywała na łożu miękkim jak owcza wełna, pod szkarłatnym baldachimem, gdzie nie spojrzała tam drogie kamienie mieniące się blaskiem ognia z pochodni a stół zastawiony po brzegi jadłem. Usiadła nie wiedząc sama czy jeszcze jest żywa, czy już w Nawii ją witaj.
Nagle drzwi zaskrzypiały i stanął w nich postawny mężczyzna o surowym obliczu, lecz łagodnych oczach w koronie wysadzanej klejnotami i w płaszczu królewskim, w szatach z bawełny utkanych.
– Od dziś twój jest to dom, będziesz jego panią. Co zechcesz to dla ciebie uczynię.
– Daruj mi więc wolność panie.
– O to jedno nigdy mnie nie proś, tego nie otrzymasz.
– Więc będę twym więźniem?
– Będziesz mą żoną, królową Ślęży i wszystko będzie na twe rozkazy.
– Na co mi to, gdy wolna nie jestem?
– To cena za maliny, za skarby zabrane bez mojej zgody.
Dziewczyna znów poczęła szlochać a król opuścił jej komnatę.
Tak mijały dni, szloch Żywi niósł się echem nie tylko pod ziemią, ale i nad nią. Kniaź zrozpaczony utratą panny, gotów był całą zwierzynę leśną wybić, kazał na niedźwiedzia zasieki szykować, gospodarz natomiast spochmurniał i jakby mu lat przybyło, wychodził, co dnia z chaty i na szlaku prowadzącym na szczyt Ślęzy siadał, córki wypatrując daremnie.
Tak minął miesiąc, nikt nie zauważył, że urodzajne stały się ziemie a zwierzyny przybyło na terenach łowieckich, wszyscy w smutku za Żywią zmarnieli, aż dnia pewnego w ojcowej chacie, jaka pani szlachetna się zjawiła, z orszakiem na białym jeleniu, w szacie złoto-zielonej z diademem królewskim na głowie, z pierścieniami z drogich kamieni.
Stał gospodarz w to dziwo wpatrzony, bo jakaś znajoma była to postać. Gdy tylko nadobna pani go ujrzała w ramiona mu padła o wybaczenie błagała. Poznał ojciec swą córę ukochaną, zastanawiał się jak uciekła i kogo poślubiła, lecz pytać nie śmiał, radości swej nie chciał tracić. Zaprosił ją do izby, ucztę wyprawić kazał, znów zapanowała radość i muzyka a chłopstwo całe zbiegło się przed dom i podziwiało Żywię, aż nastał wieczór, wilki zawyły i trwogą zdjęły wszystkich. Dziewczyna wstała od stołu a za nią jej świta.
– Mąż na mnie czeka. – Oznajmiła zerkając w okno.
– Gdzież jest twój mąż? Chcę go poznać. – Odparł ojciec a dziewczyna wskazała na obejście, gdzie stał już postawny niedźwiedź. Mężczyzna chwycił za siekierę, lecz Żywia wskazała aby gniew swój wstrzymał.
– To król Ślęży, dla was przyjmuje tę postać, lecz kształt jego prawdziwy jest taki jak twój i mój, pogodziłam się z mym losem, on mi jest dobrym mężem i dba o mnie i o ciebie. Dba o to by niczego ludziom nie brakło. Dba byście w dostatku bez zmartwień żyli, wrogi też na ziemię twą ojcze nie wkroczą.
– Córę mi zabrał, pociechę moją.
Dziewczyna ucałowała ojca w policzek.
– Trzeba mi było ojcowskiej przestrogi słuchać, a tak niech się, na co przyda me nieposłuszeństwo. Nawet w dobrej woli można zło uczynić. Moja kara nie jest dotkliwa, mąż mój jest dla mnie dobry, dba o mnie i nic wbrew mnie nie czyni a oto raz w roku, gdy dzień najdłuższy a noc najkrótsza, będę tu do ciebie zaglądać a kto wie, może niebawem z wnukami tu przybędę. Ty ojcze rządź jak rządziłeś sprawiedliwie, lecz słuchaj ludzi i sercem rozważaj ich czyny.
To powiedziawszy podała mu jeszcze sakiewkę.
– To są prezenty dla sióstr moich, gdy już odejdę daj im je. Gwarki was strzec będą i wieści mi zanosić o was, więc dbajcie o siebie, tak jak to było gdym pod waszym dachem była. Kniaziowi zaś, gdy do was znów w gościnę zajrzy, przekaż o de mnie najlepsze życzenia i wieść, że ród jego mocny będzie, tylko, jeśli nakazów bogów w swym sercu przestrzegać będzie.
Wyszła z obejścia i do męża się udała, a gdy obok niego stała, ludzie ujrzeli jak się w mężczyznę przemienia i jak pomaga wsiąść swej żonie na jelenia. Długo patrzyli na te postacie, co we mgle Ślęży znikają, ich serca jednako żal i radość spowiła a ojciec wiedział, że gdy świat znów koło zatoczy ujrzy córkę, kto wie może jeszcze szczęśliwszą niż byłaby u boku Kniazia, bo przecież była klejnotem wartym samego króla.
Legenda o wodniku z jeziora z okolic Biskupina
Legenda współczesna o wodniku zmuszonym do walki o swój teren i styl życia, stylizowana na ludową. Opowieść snuta jest wokół powszechnie znanego nie tylko w Polsce ale i w całej słowiańszczyźnie demona wodnego którym jest wodnik. W jej treści znajdziemy wytłumaczenie powstania i zagłady słynnej osady w Biskupinie. Zachęca poprzez rozbudzenie ciekawości do odwiedzenia Pałuk na pograniczu Wielkopolski i Kujaw będących krainą bogata w historie i urzekające cuda przyrody w tym liczne jeziora.
Źródło: https://www.naszeszlaki.pl/archives/57552
Autor: Michał Baranowsk

W jeziorze biskupińskim, które jeszcze wtedy oczywiście takiej nazwy nie posiadało, zamieszkiwał wodnik o imieniu Aqua. Brzydal był to okropny, jak przekazują legendy. Jego dziwna łuskowata skóra połyskiwała w promieniach słońca niczym zbroja na dostojnych rycerzach, długie glony, zastępujące mu włosy opadały z nienaturalnie wielkiej głowy na chuderlawe ramiona, a pomiędzy długimi paluchami, bardziej przypominającymi szpony, rozciągała się przezroczysta błona.
Mimo swojej brzydoty było to spokojne stworzenie. Wodnik z Biskupina nie wadził nikomu, pomagał w razie potrzeby mieszkańcom jeziora, a Ci odwzajemniali się mu po stokroć. Szczupaki pilnowały jego obejścia, płotki opowiadały zasłyszane plotki a raki przycinały rozrastające się wodorosty otaczające jego podwodne domostwo. Wodna kraina przez wiele wieków trwała w symbiozie niepokojona przez nikogo.
Pewnego razu jednak wszystko się zmieniło i do domu Wodnika dobiegł hałas pochodzący gdzieś z góry. Dźwięk był natarczywy i nie wróżył nic dobrego. Stwór zdziwiony co też się dzieje w otoczeniu jego królestwa, postanowił wypłynąć na powierzchnię i sprawdzić.
Tam jego oczom ukazał się straszny widok. Setki dziwnych stworzeń chodzących na dwóch nogach, których jeszcze nigdy w swoim długim życiu nie widział, wycinało las porastający brzegi jeziora, a z pozyskanego w ten sposób drewna stawiali dziwną konstrukcję na półwyspie.
Najgorsze jednak było to, że przybysze potrafili rozpalać ogień, co niezmiernie przeraziło Aquę. Przecież wiadomo, że istoty wodne od zawsze bały się i stroniły od płomieni.
Wiele dni wodnik obserwował z ukrycia pracujących w pocie czoła ludzi, aż w końcu Ci ukończyli swoje dzieło. Powstała potężna jak na owe czasy osada pełna chat, kopców, pomostów wiodących wprost do jeziora i wysokiej na dwóch chłopów palisady. Wodnikowi za grosz nie spodobało się to dziwadło.
– Jak tak można, bez pytania sprowadzać się do mojego królestwa? – Myślał i zgrzytał spiczastymi zębami, których w szczęce miał pewnie tyle, co dorodny szczupak. – Ale dobrze, poczekam i zobaczę, może da się wytrzymać z tym niespodziewanym sąsiedztwem.
Jednak codzienny hałas dobiegający z osady nie dawał spokoju, przyzwyczajonemu do ciszy i spokoju biedakowi. Czarę goryczy zaś przelała pierwsza dłubanka, która została spuszczona na jezioro i pierwsza sieć, którą istoty z Góry (tak ich nazywał) wpuściły w toń jeziora, by po chwili wyciągnąć w niej jego kilku rybich przyjaciół.
- Dość tego!! – Zakrzyknął Aqua, dowiedziawszy się, że wśród tych, którzy zostali tak bezceremonialnie wyciągnięci na powierzchnię, była jego ulubiona płotka codziennie przynosząca mu najświeższe informacje z najodleglejszych zakątków jeziora.
– Nie spocznę, dopóki istoty te nie powrócą tam skąd przybyły! Niech mi węgorz świadkiem! Zemszczę się okrutnie!
Wodnik przystąpił do działania. Zatapiał wyruszające na łowy łódeczki, plątał sieci wpuszczane bez jego zgody do jeziora, a nawet luzował podpory mostu prowadzące do osady, co kukukrotnie powodowało jego zawalenie, lecz nic nie przynosiło spodziewanego efektu. Ludzie ani myśleli opuścić osadę.
- Uparty to lud! – Pomyślał pewnego razu wodnik, zasiadając na krześle w mrocznej komnacie swojego podwodnego domostwa. – Wojna trwa już ponad wiek z okładem, a Ci jak byli tak są. Tutaj trzeba czegoś specjalnego, czegoś, co ostatecznie rozwiąże problem tego robactwa!
Myślał wiele lat, aż w końcu pewnego dnia wezwał do siebie wszystkie stworzenia, jakie zamieszkiwały podwodne królestwo i rzekł:
– Wiele wycierpieliśmy już z rąk przybyszów. Wielu z nas potraciło swoje rodziny, które skończyły ugotowane w ich garach. Wiele lat męczymy się z nimi niemiłosiernie, lecz wpadłem w końcu na pomysł, dzięki któremu pozbędziemy się ich raz na zawsze. Słuchajcie więc co mam do powiedzenia i ruszajcie do pracy!
Wodnik przedstawił na tej niecodziennej naradzie swój pomysł, a mieszkańcy jeziora po wysłuchaniu go przystąpili ochoczo do jego wykonania. Plan był prosty, a jak wiadomo, plany najprostsze są czasami najbardziej efektywne. Kilka lat trwało nim raki, ryby i płazy zamieszkujące jezioro w końcu podkopały półwysep na tyle, że ten drgnął i lekko osiadł. Ludzie w chatach z niepokojem spojrzeli na siebie i na spadające z półek gliniane naczynia, które z takim trudem lepił wioskowy garncarz.
Nagle sprawy potoczyły się nadspodziewanie szybko. Ziemia pod chatami zaczęła rozmiękać od przybierającej wody, most zaczął drżeć w posadach a wszystkie ogniska rozpalone w chatach zalała spieniona fala. to był koniec, panikujący ludzie zostawiali cały swój dobytek i uciekali czym prędzej na stały ląd, by tylko uniknąć zatopienia.
Wielu z nich nie zdążyło i pochłonęła ich mroczna toń jeziora, a ci, którzy ocaleli ani myśleli zostawać tutaj chwili dłużej i rozpierzchli się po okolicznych lasach. to był koniec wojny o jezioro.
Wodnik zatryumfował.
Potem już nikt więcej nie osiedlił się przy jeziorze i nikt też nie odważył się zapuścić sieci w jego głębie. Spokój powrócił do wodnej krainy na wiele wieków.
Tak kończy się legenda o wodniku z jeziora pod dzisiejszym Biskupinem, ale nie jest to ostatnia legenda w naszym dziale z mitami. Wśród nich znajdziesz jedną, która opowiada o tym czym były dla dawych Słowian wodne istoty, niekiedy zwane wodnikami. Jeżeli znasz ciekawą legendę, chętnie jej posłuchamy, a gdy okaże się wystarczająco interesująca, zamieścimy ją na naszym portalu.
Legenda o utopcu z jeziora Ostrowite nieopodal Chojnic
Współczesne opracowanie legendy o utopcu z jeziora Ostrowite nieopodal Chojnic, mająca podstawy w autentycznym folklorze lokalnym, znana w wielu regionalnych wariantach w przekazach ustnych i literaturze.
Zgodnie z utrwalonymi przekazami można niekiedy ujrzeć śnieżnobiałego potwora wielkości cielęcia. Zjawa pływa niezwykle szybko i bezgłośnie. Czasem chowa się w przybrzeżnych trzcinach. Dawniej polował na wchodzące do wody krowy, obecnie podobno również na nieostrożnych pływaków. Demonem tym ma być pokutujący za grabież majątków wielu dzierżawców, zły i chciwy poprzedni właściciel jeziora któremu bogactwo zagłuszyło sumienie. Pewnego dnia, podczas łowienia ryby, jego łódź wywróciła się a on sam utonął. Śmierć nastąpiła nagle, mężczyzna nie przyjął sakramentów, jego dusza musi więc pokutować w jeziorze aż do chwili osiągnięcia zbawienia (https://www.historiachojnic.pl/legenda/5/duchy-topielcow).
Źródło: https://www.naszeszlaki.pl/archives/57552
Autor: Michał Baranowsk

Dawno temu ziemiami okalającymi jezioro Ostrowite pod Chojnicami, jak i samym akwenem zarządzał bardzo bogaty człowiek, któremu jak to zazwyczaj bywa, ciągle było mało złota i władzy. Z chciwością w oczach spoglądał Na przylegające do jego ziemi tereny, uprawiane przez bogobojnych Kosznajdrów. Skromny to był lud i pracowity, a dodatkowo bardzo przywiązany do swej ojcowizny. Nawet nie chcieli słyszeć by za marne grosze, jakie od czasu do czasu oferował im dziedzic, pozbyć się Na jego rzecz majątku odziedziczonego po przodkach.
Każda odmowa „uczciwej” zapłaty za ich ziemię wprawiała we wściekłość wielkiego Pana, który zagryzał ze złości swoje bujne wąsy.
– Ta ziemia i tak w końcu będzie moja! – wykrzykiwał Na odchodne do gospodarzy, którzy żegnali go ironicznym machnięciem ręki i wracali do swoich obowiązków.
Wielmoża jednak nie dawał za wygraną. Nocami siedział w swojej izbie i przy odgłosie trzaskających szczap drewna Na palenisku obmyślał, jak tu powiększyć swój majątek.
– jak tu odebrać tym gburom moją własność? – mówił sam do siebie, lecz nie potrafił znaleźć rozwiązania. Pewnego razu, gdy po raz kolejny zasiadł zmęczony knowaniem Na brzegu swego łoża i zadał sobie to samo pytanie, niespodziewanie z kąta izby usłyszał głos.
– Ja mogę Ci pomóc! – chrapliwy głos, który dobiegł uszu bogacza, zmroził mu krew w żyłach. Pot spłynął mu po czole, gdy w końcu zdobył się Na odwagę i jąkając się przeraźliwie, zapytał.
– Kim jesteś i czego chcesz? – po krótkiej chwili oczekiwania, w której to serce jego prawie wyskoczyło mu z klatki piersiowej, usłyszał odpowiedź.
– Różnie mnie zwą i od wieków różne nadawali mi imiona, ale czy to ważne kim jestem. Ważniejszy Ty jesteś i wiem, że masz problem, z którym chcę Ci pomóc przyjacielu. to jak? Omówimy warunki umowy? – po czym głos zamilkł, oczekując odpowiedzi, wiedząc dokładnie jaka ona będzie, bo przecież jeszcze nikt nigdy mu nie odmówił.
Niedługo po tym dziwnym spotkaniu coś dziwnego zaczęło dziać się u okolicznych gospodarzy. to zboża nagle zaczęły gnić Na polach mimo pięknej pogody, to znowu zwierzęta, które mimo starań gospodarzy doglądających jej całymi nocami, chudły w oczach i konały w męczarniach. Kury nioski, które jeszcze niedawno zapełniały kosze gospodyń dorodnymi jajami, nagle przestały składać jaja, a jak już jakiejś się udało, to od razu było zepsute.
Niestety nieubłaganie zbliżała się zima, a poprawy w obejściach nie było widać. Co gorsza, zapasy w spiżarniach kurczyły się w zastraszającym tempie i gdy głód zajrzał w oczy rolnikom, pojawił się u nich chciwy sprawca całego nieszczęścia, oferując jeszcze mniej za ich ziemię niż poprzednio. Tym razem jednak dumni Kosznajdrzy ugięli karki i widząc swoje głodujące dzieci, poczęli sprzedawać ojcowiznę za ułamek jej wartości. Bogacz tryumfował. Każda wydarta morga ziemi od głodujących ludzi podsycała jego pragnienie bogactwa jeszcze bardziej.
Pewnego dnia włościanin, po zjedzeniu obfitego posiłku, w którego skład wszedł pieczony prosiak, kopa gotowanych jaj i jedna mała perliczka duszona we własnym sosie, a także pęto kiełbasy ze świeżo upolowanej dziczyzny i cała masa warzyw i owoców, które raczej robiły za dekorację niż za właściwe danie, syty dopiwszy piwo, postanowił, że w tym dniu należy mu się odrobina wypoczynku i polecił służbie, by Ta przygotowała mu łódkę, którą miał zamiar wypłynąć Na jezioro i popatrzeć Na swoje ziemie z wody.
– Dzisiaj mam zamiar złowić dorodnego szczupaka, więc niech nikt mi nie przeszkadza i nie zbliża się do mojego jeziora. – oznajmił stanowczo, po czym udał się Na przystań i wgramolił się do małej łudki. – Mała coś Ta łódeczka, skurczyła się czy jak? – pomyślał i po raz kolejny niezdarnie zakręcił biodrami, by dopasować swoją tuszę do ławeczki, która trzeszcząc, dawała do zrozumienia światu, że nie wytrzyma ani kilograma więcej. Nagle trzasnęła z hukiem, rozlatując się Na kilka mniejszych części. Impet, z jakim spasiony burżuj upadł Na dno czółna, wstrząsnął nim i po chwili dno łodzi podzieliło los ławeczki.
Mizerna łódka wypełniła się momentalnie wodą i po chwili krypa, niczym kamień wrzucony w wodę, zatonęła, pozostawiając zszokowanego bogacza Na łasce jego własnych mięśni. Niestety dla niego lata obżarstwa i wysługiwania się innymi ludźmi zaowocowały słabością i całkowitym brakiem kondycji. Na nic zdał się wysiłek, nie pomogły nawoływania o pomoc. po krótkiej walce z żywiołem gospodarz zanurzył się w odmętach jeziora i wypuścił z płuc resztę powietrza i zakończył żywot.
W zasadzie opowieść mogłaby się tutaj zakończyć. Jednak konszachty z siłami nieczystymi nie pozwoliły odejść duszy ziemianina w spokoju i po niedługim czasie okoliczni rolnicy, którzy powrócili Na swoje dawne pola, poczęli dostrzegać w jeziorze coś dziwnego. Było to jakieś wielkie stworzenie o srebrzystobiałej sierści, pływające bezgłośnie i niezwykle szybko jak Na swoje rozmiary. Co gorsza, po jakimś czasie okazało się, że posiada ono także olbrzymi apetyt i gdy tylko nadarzała się okazja, porywało krowy idące do wodopoju, których ryczenie ustawało dopiero wtedy, gdy znikały pod wodę.
Na nic zdały się polowania, jakie urządzała okoliczna ludność, ani pułapki czy sieci nań zastawiane. Potwór jak pływał, tak pływał. nie udały się także egzorcyzmy, bo przecież najpierw trzeba by było stwora złapać. nie było rady, trzeba było się oswoić ze świadomością, że w jeziorze zamieszkuje Utopiec, którego nijak nie da się pozbyć. jak mawiają ludzie mieszkający wokół jeziora, stwór ten widywany jest po dziś dzień.
Tak więc, jak będziesz w okolicy jeziora Ostrowite i przyjdzie Ci ochota popływać, to pamiętajcie, by najpierw sprawdzić, czy czasami nie błyszczy gdzieś w słońcu biała jak śnieg sierść potwora, który czyha Na kolejną ofiarę.
Perunowy kwiat
Opowiadanie współczesne inspirowana wierzeniami prasłowiańskimi
Źródło: https://slowianowierstwo.wordpress.com/2018/06/20/perunowy-kwiat-opowiadanie, publikacja: 30 wrzesień 2013
Autor: Sibrien-chan

Ptak w ciszy usiadł na gałęzi starego drzewa. Czyszcząc pieczołowicie pióra spoglądał, co czas jakiś, na siedzącą w cieniu listowia staruszkę i gromadkę młodych dziewczyn. Po polance wokół krążyły gęsi, a dzieci znużone zabawą przysiadły by odpocząć. Niektóre z nich od nowa zaplatać musiały warkocze, a tymczasem staruszka rzekła im tak:
– Opowiem ja wam historię, co za wiosen kilka i wam zda się bardzo, w noc taką jak ta, co była kilka dni temu. W Kupałę. Słyszała która o Perunowym Kwiecie, dzieciny?
Dziewczęta spojrzały po sobie i tylko przecząco pokręciły głowami, z zaciekawieniem przysuwając się bliżej do babki.
– To słuchajcie mię uważnie…
W noc kupałową, co najkrótsza jest w roku i tylko w tę właśnie noc jedną, na moczarach wykwita i w blasku księżycowym otwiera się biały kwiat. Kwiat Perunowy. Wiele ci on ma swych jasnych braci w tę noc, więc i nie raz się zdarza, że kto w las pójdzie z lubym, toć takowy znajdzie. Bodaj bogowie dali takich jak najwięcej, boć każden taki kwiat paproci w noc kupały daje dobrodziejstwa. Jest on przepowiednią urodzaju i dobrobytu dla szczęśliwców. Ale jest, jako powiadają starcy, bajarze, władyki i żercy, a nawet guślarki, wśród tych białych kwiatów paproci jeden jedyny, co ma moc wybitną. Jako głosi legenda płatki jego liczne, bielutkie, własnym biją blaskiem, a woń z niczym nie daje się porównać. Różne bywają historie o mocy tego kwiatu lecz najwięcej mówi się, że kto kwiat ów odnajdzie i zerwie, temu się ukaże strażnik tegoż skarbu. Jakiż to? Otóż, Żar-ptak. Dziewczęta westchnęły głęboko z zaciekawienia, słysząc te słowa. Starowinka uśmiechnęła się, wzrokiem omiotła każdą z zadziwionych twarzyczek i poczęła mówić dalej.
Wszystkie serca zadrżały, nawet i babki, gdy się ponad głowami gromadki takiż krzyk jastrzębi rozległ. Uderzył powiew w listowie i stary, dostojny ptak zerwał się do lotu. Gdy go śledziły oczy dziewcząt, wszystkim zdało się iż łuna od słońca, ptaka tego otacza i oczyma wyobraźni obaczyły w nim Żar-ptaka z opowieści. Długą chwile trwała trwożna cisza.
Widzicie, dzieciny moje, jakaż to piękna legenda, że i ptakom podoba się… a kto z nas wiedzieć może, czy nie ten jastrząb właśnie w płomień by się mógł obrócić i Żar-ptakiem się okazać. Któż z nas wie czy nie zaśmiał on się ze swojej tajemnicy słuchając tej legendy…
– Ja się dowiem! Jak dorosnę, to znajdę ten kwiat i zapytam Żar-ptaka! – odezwała się nagle najmłodsza, ledwo siedmioletnia dziewczynka. Babka roześmiała się życzliwym głosem, po czym przysunęła do siebie głowę dziecka i ucałowała w czoło.
– Życzę ci tego z serca całego dziecino, byś kwiat ten znalazła…Żar-ptak, drogie moje dzieciny, o tak. Ogromny, o piórach z płomieni i sylwetce tak pięknej, jak tylko piękne mogą być twory matki naszej ziemi, Mokosz. Mówią, że gdy kwiat zerwany zostanie, on przebudzi się z moczar i buchając blaskiem i płomieniem wzniesie się z krzykiem triumfalnym ponad głowy szczęśliwców. Mówią, że darem kwiatu jest jedno życzenie. Są tacy co twierdzą, że może być ich więcej, że prócz tego te same, jeno silniejsze dobrodziejstwa przynosi co kwiaty pomniejsze. Tak czy inszej Żar-ptak wysłuchać ma marzeń i sam z niemi aż do nieba ulecieć, gdzie wyjdzie na spotkanie wstającemu słońcu i bogom marzenia te przekaże. A oni życzenia te spełnią niezawodnie. Ponoć gdy już wola zażyczona bogom będzie przekazana, o świtaniu, rademu znalazcy Żar-ptak ma ukazać się raz jeszcze na niebie i niczym jastrząb krzyknąć władczo by rychłe spełnienie marzenia obwieścić…
