Korzenie opowieści folklorystycznych sięgają wierzeń prasłowiańskich, w których świat postrzegano jako przeniknięty obecnością bóstw, duchów natury i sił nadprzyrodzonych. W procesie chrystianizacji wiele dawnych wyobrażeń religijnych uległo przekształceniu – niektóre cechy bóstw przypisywano świętym chrześcijańskim, co ułatwiało adaptację nowej religii (np. funkcje przypisywane Perunowi bywały łączone ze św. Eliaszem). W opowieściach ludowych przetrwały także dawne obyczaje, obrzędy i wyobrażenia związane z cyklem przyrody, pracami rolniczymi czy kultem przodków. Dzięki przekazowi ustnemu historie te zachowały elementy przedchrześcijańskiej symboliki i sposobu myślenia. W rezultacie folklor pełni funkcję swoistego „banku pamięci”, w którym przechowywane są ślady kultury i wierzeń dawnych, pogańskich Słowian.
Poniżej znalazły miejsce opowieści z świata folkloru utrwalone przez autorów XiX i XX wiecznych zapisane niekiedy w niemalże niezmienionej formie lub też poddane przez nich własnej interpretacji.
Mysia wieża w Kruszwicy
Opowiadanie pochodzi z dzieła zatytułowanego „Podania i legendy polskie ruskie i litewskie” wydanego w 1845r.
Twórcą tego zbioru był Lucjan Siemieński autor licznych felietonów, gawęd biograficznych, prac historycznych i literaturoznawczych inspirowanych polskim i ukraińskim folklorem.

Po pogrzebie Popielą starszego wybran został na jego miejsce syn jego, drugi Popiel, którego Chostkiem od brody i włosów na głowie rzadkich, co rozpustnego znaczy, zwano: a to z dozwoleniem stryjów jego książąt. Lecz dla jego młodych lat więcej stryjowie rządzili niż on sam. Gdy dorósł, dali mu żonę z Niemiec, która mu się bardzo wkradła w serce, tak iż ona rządziła, a nie on: przeto o nic innego nie dbali, jedno tańcowali, dobrej myśli byli. Bacząc to stryjowie jego upominali go, aby tego poprzestał, a R. P. przedsięwziął i o niej lepiej radził. Żonę takoż jego upominali mówiąc: przetośmy cię synowcowi za małżonkę dali, spodziewając się tego po tobie, abyś go ty, jako mędrsza, hamowała od tych zbytków, które czyni. Lecz i ona, bojąc się tego, aby mimo syny jej albo męża, którego z stryjów innego nie obrali, zmówiła się z mężem, kazała mu się rozniemóc na śmierć, a gdy tak uczynił, obesłał stryje wszystkie, powiadając im, iż się na śmierć rozniemógł, i prosząc, aby się do niego zjechali, chcąc przed nimi testament uczynić. Gdy przyszli, cieszyli chorego: on im dzieci i żonę poruczał, był płacz po wszystkim dworze; ku wieczorowi prosił ich, by siedzieli przy nim, a pili z nim i jedli. Przyniesiono trunki ktemu przyprawione, napił się sam najpierw z jednego kubka, a onym drugie przyprawne z trucizną podano; gdy się porządkiem napili, strzegąc tego, aby tam który zaraz nie padł, zmyślił sobie, iż się chce uspokoić i prosił, żeby mu ustąpili, aby mógł usnąć. Ustąpili wszyscy precz, winszując mu zdrowia. Gdy przyszli do gospod, rozpalił ich jad, wielką boleść cierpieli, rychło pomarli.
Gdy pani księżna usłyszała o ich śmierci, pomówiła, iż ich bogowie skarali. Powiadając to, że musieli co złego nam myślić, i nie dała ich chować, jedno w jezioro wmietać; z których ciał poczyniła się wielkość myszy, które się rzuciły na Popielą i zżarły go, i zamordowały i jego żonę, i syny, których nie mogli słudzy ani ogniem, ani bronią odegnać; a chociaż na wodę uciekali, wszędzie ich myszy goniły, aż na koniec gardła dali od nich na zamku kruszwickim.
Gmin kruszwicki utrzymuje po dziś dzień, że Popiel chcąc się od natrętnych myszy zasłonić, kazał zrobić wielką szklaną banię, w której się zamknął z żoną i z dziećmi, i tak kazał się puścić na jezioro Gopło, ale i to nie pomogło, bo myszy banię przegryzły i zajadły Popiela.
Królowa Bałtyku
Opowiadanie pochodzi z dzieła zatytułowanego „Podania i legendy polskie ruskie i litewskie” wydanego w 1845r.
Twórcą tego zbioru był Lucjan Siemieński autor licznych felietonów, gawęd biograficznych, prac historycznych i literaturoznawczych inspirowanych polskim i ukraińskim folklorem.

W głębinie wód Bałtyku wznosił się za dawnych czasów pałac królowej Juraty. Ściany tego pałacu były z czystego bursztynu, progi ze złota, dach z łuski rybiej, a okna z diamentów.
Razu jednego rozesłała królowa wszystkich szczupaków z listami do najznakomitszych bogiń Jury*, prosząc do siebie na gody i spoiną poradę. Nadszedł dzień naznaczony i zaproszono boginie przybyły; wtenczas królowa, otoczona przydwornym orszakiem, ukazała się w sali, uprzejmym ukłonem powitała gości i zasiadłszy na bursztynowym tronie tak mówić zaczęła: „Miłe przyjaciółki i towarzyszki moje! Wiecie to dobrze, iż wszechwładny mój ojciec Praamżimas, pan nieba, ziemi i morza, mojej opiece i władzy poruczył te wody i wszystkich mieszkańców w nich będących; same byłyście świadkami moich łagodnych i szczęśliwych rządów. Żaden najmniejszy robaczek, żadna najdrobniejsza rybka nie miały przyczyny skarżyć się i narzekać. Wszyscy żyli w pokoju i zgodzie; nikt się na życie drugiego targnąć nie odważył. Teraz zaś jeden nikczemny rybAk Castitis znad brzegów moich posiadłości, tam gdzie rzeka Święta hołd memu królestwu Płaci; jeden nikczemny śmiertelnik ośmiela się naruszać spokojność niewinnych moich poddanych, imać w sieci i na śmierć wskazywać; gdy ja, ja sama do własnego stołu ani jednej nie śmiem ułowić rybki. Fląderki nawet, które tak lubię, po jednej połowie zjadam, a drugą nazad do wody wpuszczam**. Takiej śmiałości nie można puścić bezkarnie: oto gotowe czekają nas łodzie, płyńmy nad brzegi Szwenty, bo właśnie o lej poże zwykł on zarzucać sieci. Naszymi pląsy i śpiewy zwabimy go na dno rnorza udusim w uściskach i oczy żwirem zasypiem. Rzekła i natychmiast sto łodzi bursztynowvch pożeglowało dokonać okrutnej zemsty.
Płyną, słońce pogodnie świeci, morze ciche, a echo już roznosi po wybrzeżu słowa ich pieśni: Biéda ci, rybaku młody. Stanąwszy boginie blisko ujścia rzeki postrzegły rybaka, jak siedząc na brzegu rozwijał sieci. Zajęty pracą, zrazu nic nie uważał, lecz gdy go urocze doszły śpiewy, zwrócił wzrok na wodę i ujrzał sto łodzi bursztynowych i sto przecudnych dziewic, a wszystkim przewodniczyła z koroną na głowie, z bursztynowym berłem w ręku królowa morza. Dźwięk coraz milszy się rozlega, otaczają go morskie panny i swymi wdzięki do siebie wabić poczną:
- O, rybaku piękny, młody,
- Porzuć pracę, chodź do łodzi:
- U nas wieczne tany, gody,
- Nasz śpiew troskę twą osłodzi.
- My obdarzym boskim stanem.
- Skoro z nami mieszkać będziesz:
- Śród nas będziesz morza panem,
- I naszym kochankiem będziesz.
Słyszy to rybak i ujęty zdradliwa ponętą już chce się rzucić w objęcia bogini, gdy królowa skinieniem berła każe się uciszyć towarzyszkom i tak do zdumionego rzecze:
– Stój, niebaczny! Zbrodnia twa wielka i godna kary, jednak ci przebaczę pod jednym warunkiem. Podobała mi się twoja uroda. Kochaj mię, a będziesz szczęśliwy. Lecz jeślibyś wzgardził miłością Juraty, wtedy zaśpiewam ci taką piosnkę, że wnet będziesz w mej mocy, a za dotknięciem mego berła zginiesz na wieki.
Młodzieniec wybrał i zaprzysiągł jej wieczna miłość Królowa na to:
– Teraz już jesteś moim. Nic zbliżaj się do nas, bo byś zginał. Za to co wieczór będę przypływać do ciebie i na tej górze, która odtąd od twego imienia zwać się będzie Castitv zawsze zobaczę się z tobą. Po czym zniknęła królowa z całym orszakiem.
Rok już mijał, jak co wieczora królowa Jurata przyjeżdżała na brzeg i na górze widywała się z kochankiem; lecz Perkun dowiedziawszy się o tej schadzce rozgniewał się mocno, że bogini poważyła się ukochać śmiertelnika. A gdy jednego roku wróciła królowa do swego pałacu, spuścił z nieba piorun, który rozpruwszy morskie bałwany uderzył w mieszkanie królowej, samą zabił i bursztynowy pałac na drobne roztrzaskał cząstki. Rybaka zaś Praamżimas przykuł na dnie morza do skały i położył przed nim trupa jego kochanki, na który wiecznie patrząc, przymuszony jest opłakiwać swoje nieszczęście. Dlatego to teraz, gdy wicher morski zaburzy fale, słychać jęk z daleka – to jęk biednego rybaka; a woda wyrzuca kawałki bursztynu – to są szczątki pałacu królowej Bałtyku.
- * Tak się nazywa morze u Litwinów; brzegi zaś – pojuris.
- ** Litwini i Żmudź mniemają, iż fląderki dlatego jedno mają oko i postać jakoby połowy ryby, ponieważ królowa Jurata bardzo one lubiąc wszystkim drugą połowę poodgryzała i nazad do morza wpuściła.
Szatryja
Opowiadanie pochodzi z dzieła zatytułowanego „Podania i legendy polskie ruskie i litewskie” wydanego w 1845r.
Twórcą tego zbioru był Lucjan Siemieński autor licznych felietonów, gawęd biograficznych, prac historycznych i literaturoznawczych inspirowanych polskim i ukraińskim folklorem.

Szatryja jest to wyniosła góra, podobno najwyższa ze wszystkich gór Żmudzi. Lud powiada, że z wierzchołka Szatryi tak rozległy odkrywa się widok, iż dwanaście kościołów ujrzeć można. Tutaj ma być grób Jauterity, żony olbrzyma Aleisa; tutaj w wigilię świętego Jana z całego kraju zlatują się czarownice na ucztę.
Pewien śmiały parobczak, chcący wiedzieć, co się na tej górze dzieje, udał się w nocy przed św. Janem na ucztę czarownic. Znalazł tam wielkie zebranie kobiet i mężczyzn poubieranych w stroje niemieckie, mających kapelusze na głowie, z których sterczały ogromne rogi. Grała cudowna muzyka, rozmaitego rodzaju napoje lały się strumieniami i całe zgromadzenie do upadłego tańcowało. Parobczak został bardzo dobrze przyjęty. Posadzono go na diamentowym tronie, ugoszczono wybornym winem ze złotego kielicha, dano kilka garści pieniędzy, które natychmiast schował, i proszono jak na j usilniej, aby pił i był wesół. Ta biesiada trwała przez kilka godzin. Wtem kur zapiał i wszystko znikło. Parobczak został sam jeden na górze, a kiedy się począł wszystkiemu przypatrywać, postrzegł, iż ów tron diamentowy, na którym go Niemczyki posadzili, był tylko pniem spróchniałym; ów złoty kielich zgniłą czaszką trupią. Sięgnął do kieszeni i zamiast pieniędzy znalazł traski!
Myśliwy pan
Opowiadanie pochodzi z dzieła zatytułowanego „Podania i legendy polskie ruskie i litewskie” wydanego w 1845r.
Twórcą tego zbioru był Lucjan Siemieński autor licznych felietonów, gawęd biograficznych, prac historycznych i literaturoznawczych inspirowanych polskim i ukraińskim folklorem.

W Czerwonej Wsi mieszkał dziedzic tej włości, człowiek bezbożny i okrutny, który myślistwo tak dalece lubił, że nie uważał na największe święta i najczęściej w czasie wielkiego nabożeństwa uganiał po kniejach ze zgrają psów i obławników zmuszonych gwałtem do tej posługi. Zwyczajem jego było za powrotem z polowania rzucać ze wzgórka, na którym stał zamek, chleb psom i ludziom, którzy z nim byli polowali. Ale i tu okazywała się dzikość tego człowieka, kazał albowiem bić ludzi, jeżeli się dali psom do chleba uprzedzić; kazał bić psy, jeżeli ludzie przed nimi chleb schwytali. Próżne były napomnienia miejscowego plebana, aby tak nieludzkiej zaniechał zabawy. Po raz ostatni ostrzegł go pasterz i rychłą zagroził śmiercią, gdyby się nie poprawił. Lecz słowa jego były daremne. Zagorzały myśliwy w następną zaraz polował niedzielę; ale wróciwszy z łowów, ciężko na zdrowie zapadł i w kilka dni umarł. Wkrótce potem upadł zamek tameczny, znikły ślady dawnej wspaniałości właściciela, lecz pozostała dotąd pamiątka jego kary.
Dziś jeszcze bowiem po błotach okolicznych słychać tętent koni, krzyki obławników, wycie psów i huk wystrzałów; lecz gdy kur zapieje, nikną mary, a bór przyległy grobową przybiera posępność. Na górze tylko, tam, gdzie stał zamek, pokazuje się jakby wielka łuna pożaru, która mieszkańców trwogą napełnia. Dotąd śród gęstego boru należącego do Czerwonej Wsi pokazują otwarty grób okrutnego owego pana, jako pamiątkę jego przewinienia i kary.
Czerwony chłopczyk
Opowiadanie pochodzi z dzieła zatytułowanego „Podania i legendy polskie ruskie i litewskie” wydanego w 1845r.
Twórcą tego zbioru był Lucjan Siemieński autor licznych felietonów, gawęd biograficznych, prac historycznych i literaturoznawczych inspirowanych polskim i ukraińskim folklorem.

Utrzymuje się podanie na Litwie, iż pieniądze w postaci różnego koloru osób chodzą po świecie. I tak: pieniądze złote mają postać człowieka koloru czerwonego; srebrne – białego; miedziane – brunatnego. Ci ludzie, jeśli kogo na drodze spotkają, proszą i usilnie nalegają, aby ich uderzyć w policzek Lecz nikt nie jest tak śmiałym, by się odważył ich życzeniu dogodzić. Szczęśliwy ten, który nabrawszy męstwa przystąpił do pieniężnego chłepczyka i dotknął się, choć lekko, jego twarzy: gdyż najmniejsza uderzenie czyni ten skutek, iż natychmiast zwierzchnia powłoka postaci pęka i pieniądze się rozsypują. Z tego to powstało i przysłowie „czerwony chłopczyk", co znaczy bogatego.
Dar ogniowi
Opowiadanie pochodzi z dzieła zatytułowanego „Podania i legendy polskie ruskie i litewskie” wydanego w 1845r.
Twórcą tego zbioru był Lucjan Siemieński autor licznych felietonów, gawęd biograficznych, prac historycznych i literaturoznawczych inspirowanych polskim i ukraińskim folklorem.

W jednym obejściu mieszkało dwóch gospodarzy. Żona jednego ściśle przestrzegała oddawania ogniowi podarku, to jest: stawienia na noc w piecu małego garnuszka z wodą; gdy druga, zaniedbując to czynić, z przesądu pierwszej naśmiewała się. Jedną rażą żona pierwszego wyszła na podwórze i podsłuchała takiej rozmowy dwóch ogniów:
Pierwszy – No, bracie! Ostatnią noc z sobą jesteśmy; na tamtą bowiem ja swoje obejście zniszczę i gdzie indziej pójdę gospodarzyć; gdyż tu dłużej nie mogę wytrzymać, zeschłem na szczyptę, nigdy ani kropli wody.
Drugi – Jak sobie zechcesz! Tylko mego obejścia nie zaczepiaj, bo ja mam dobrą gospodynię.
Tu nastąpiło krótkie milczenie; przerwał je ogień drugi: – Ale, ale tam na górze twojego obejścia jest złókto (naczynie drewniane do odparzania bielizny) mojej gospodyni, żebyś mi go nie spalił.
I znowu nastąpiło milczenie niczym nie przerwane; a na drugą noc, gdy przestrzegana gospodyni rozgniewanego ognia podarku mu nie postawiła, wszczął się pożar, który całe jej obejście zniszczył; zostało tylko na zgliszczu złókto zupełnie nietknięte, do pierwszej gospodyni należące.
Wiatr
Opowiadanie pochodzi z dzieła zatytułowanego „Podania i legendy polskie ruskie i litewskie” wydanego w 1845r.
Twórcą tego zbioru był Lucjan Siemieński autor licznych felietonów, gawęd biograficznych, prac historycznych i literaturoznawczychliteraturoznawczych inspirowanych polskim i ukraińskim folklorem.

Gospodarz na połoninie pokrywał kolibę. A co pokryje, to silny wiatr powieje i łat zerwie. Trwała ta mitręga jakiś czas; aż pobudzony do gniewu gospodarz cisnął nóż przeciw wiatru, złorzecząc mu; niebawem też wiatr ucichł i gospodarz mógł zaczętą pracę dokończyć. Zbywszy się roboty, rozniecił dobry ogień i zaczął wieczerzę warzyć; właśnie było po zachodzie słońca, kiedy wziął się do jadła, aż tu idzie człowiek jakiś niezmiernie pokaleczony, że mu ani oczu, ani twarzy nie widać, i rzecze do gospodarza: – Dobry wieczór. Gospodarz odrzekł: – Daj Boże zdrowie! Siadajcie, jeśli łaska do wieczerzy. Nieznajomy zaś odpowiedział: – Wieczerzaj zdrów – a po niejakim milczeniu popatrzywszy na gospodarza dodał: – Masz szczęście, gdybyś mię był uczciwie nie przyjął, byłbym cię nauczył, jak nożem przeciw wiatru ciskać; widzisz, jakeś mię pokaleczył; na drugi raz strzeż się rzucać nóż przeciw wiatru. To rzekłszy, przepadł.
Grad
Opowiadanie pochodzi z dzieła zatytułowanego „Podania i legendy polskie ruskie i litewskie” wydanego w 1845r.
Twórcą tego zbioru był Lucjan Siemieński autor licznych felietonów, gawęd biograficznych, prac historycznych i literaturoznawczych inspirowanych polskim i ukraińskim folklorem.

Gospodarz znachor (czarownik) ze swoją czeladzią gromadził siano. Była pogoda, w południe zaczęły się chmury zbierać; wiatr pociągnął gwałtowny, grzmiało i łyskało się straszliwie. Gospodarz znachor woła czeladź, aby się żwawo zwijała i sam już składa w stogi; a tu chmury się zbiły i ciągle nad nimi grzmi i szumi, krzyżują się błyskawice, a deszczu ani krzty nie pada. Wtem nadjeżdża jakiś pan na białym koniu i prosto jedzie do gospodarza znachora, a kiedy już był blisko, nie podnosząc oczu rzecze doń: – Puszczaj ludzi, bo mi się pomordowali. Gospodarz znachor odpowiedział: – Czemuś nie przyszedł do mnie w goście na kupałę? Ot i za tym słowem znachor odszedł w leszczynę, a za nim pojechał ów pan. Oba coś ze sobą pogadali, lecz nie można było słyszeć. Po niejakim czasie znachor wrócił z gałązką leszczyny w ręku. Wkrótce silniejszy wichr zawył, chmury lunęły rzęsistym gradem; a kiedy po chwilce powróciła pogoda, sąsiednia łąka (nieprzyjaciela znachora) była usłana na dwa palce gradem, gdy tymczasem sianożęć znachora pokropił tylko drobny deszczyk.
Latawiec
Opowiadanie pochodzi z dzieła zatytułowanego „Podania i legendy polskie ruskie i litewskie” wydanego w 1845r.
Twórcą tego zbioru był Lucjan Siemieński autor licznych felietonów, gawęd biograficznych, prac historycznych i literaturoznawczych inspirowanych polskim i ukraińskim folklorem.

Parobek mając latawca, ożenił się i młodą pojął żonę. Żona kochała go, nie będąc kochaną nawzajem; bolała na to, lecz smutek swój sama w sobie kryła. Pewnego razu poszła ze zbożem do młyna, ale we młynie było zawożno, musiała czekać długo; na koniec młynarz ujęty grzecznymi słowy hożej mołodycy pospieszył z mlewem i mołodyca, choć późno w noc, wróciła do domu. Wchodzi do izby, a mąż na łóżku, a przy nim latawiec cudnej urody; oboje całują i pieszczą się, chociaż mąż spał widocznie. Żona nic nie mówiąc, po cichu zdjęła prześcieradło i nakryła oboje, a sama legła na przypiecku. Wtem się schwyci latawiec i rzecze: – Gospodaruj już sama, ja nie będę już ci więcej męża bałamucić. Pocałowawszy kochanka odeszła i nie wróciła nigdy więcej.
Jechał sobie po sprawunki wdowiec jakiś w góry, aż pod jedną wsią spotkał góralkę, co się podkasała wyżej kolan; ucieszony podróżny rzecze: – Czy nie poszłabyś do mnie na służbę? Dziewka odpowiedziała: – Ja tam przyjdę do was. Woźnica zaciął konia, a podróżny na śmierć zapomniał o przyrzeczeniu góralki. Porobiwszy swoje sprawunki, późno w noc wraca do domu; wchodzi do izby; każe zapalić świecę i widzi góralkę na pościeli leżącą obok jego parobka; rozgniewany więc, krzyknął: – Ty bezwstydniku! Co obok ciebie robi dziewka? Parobek na to: – Co się wam dzieje? Przy mnie nie ma nikogo. Pan idzie do świetlicy, dziewka za nim; kładzie się na łóżku, ona koło niego; żegna się, modli – widziadło nie znika i ścigało go ciągle tak dalece, że w dzień nikogo nie widział, za to wieczór, gdzie tylko się ruszył, ona za nim. W takim ciężkim razie zasięgnął rady bab, kadzono go różnymi ziołami, myto, smarowano, dopiero kiedy się okadził świńskim gnojem, widziadło znikło na zawsze.
Łeleki
Opowiadanie pochodzi z dzieła zatytułowanego „Podania i legendy polskie ruskie i litewskie” wydanego w 1845r.
Twórcą tego zbioru był Lucjan Siemieński autor licznych felietonów, gawęd biograficznych, prac historycznych i literaturoznawczych inspirowanych polskim i ukraińskim folklorem.

Jeden bogaty Żyd puścił się w podróż daleką po różne towary. W drodze zajechał w bardzo gęsty bór; a że kłoda na kłodzie leżała i zawalała drogę, poszedł sam naprzód, a za nim jego bryka. Idzie i uszedł jakiś kawał, patrzy, aż tu pod korzeniskami wywróconego świerku coś sieje, a przy tym szmer i śmiechy słychać. Podchodzi bliżej i widzi złoto i srebro, które przesypują śpiewając Didki-Łełeki. Kiedy go ujrzeli, rzekł jeden spomiędzy nich: – Powiedz tam twemu słudze, niech sobie przyjdzie po pieniądze, bo się nam już uprzykrzyło jego oczekiwać.
Kupiec wkrótce powrócił do domu; woła swego sługę i powiada mu: – Ja ciebie wybrałem za zięcia i wydaję za ciebie swoje córkę jedynaczkę. – Nie godzi się żartować z ubogiego pachołka – odpowiedział sługa. Na to kupiec: – To, co mówię, szczerą jest prawdą; nie lubię żartować z bliźnich.
Jakoż niebawem odbyło się sute wesele, uczta; a po uczcie woła kupiec swego zięcia i rzecze:
– Zbieraj się, pójdziem za twoimi pieniędzmi. Zięć wpatrzył się zdziwiony w kupca.
– Tylko prędko! Tylko prędko! – naglił kupiec. Jadą, jadą – zajechali w gęsty bór. Powysiadawszy z wozu, zaszli do korzeniska wywróconego świerku; i Didki-Łełeki wieli złoto i srebro jak pierwej. A kiedy obu ujrzeli, jeden spomiędzy nich rzekł: – Tak długo musieliśmy na ciebie czekać! I Didki-Łełeki znikli; kupiec z swoim zięciem napakowali brykę pieniędzmi i jeszcze dwa kupili wozy pod cały ten skarb. Otóż tak ubogi Zydek został najbogatszym kupcem w mieście.
Dziwożony
Opowiadanie pochodzi z dzieła zatytułowanego „Podania i legendy polskie ruskie i litewskie” wydanego w 1845r.
Twórcą tego zbioru był Lucjan Siemieński autor licznych felietonów, gawęd biograficznych, prac historycznych i literaturoznawczych inspirowanych polskim i ukraińskim folklorem.

Są to kobiety nadprzyrodzone, złośliwe, mają włos bardzo długi, rozpuszczony i prosty; piersi ich są tak wielkie, że je zamiast pralników używają, piorąc swoją bieliznę. Na głowie dla stroju noszą czerwoną czapeczkę, za pożywienie im służy ziele, tak zwane słodyczka. Najwięcej cierpią od nich położnice. Dziwożony szpiegują takie kobiety, a upatrzywszy porę, kradną nowo narodzone dziecię, a swoje na miejscu skradzionego zostawiają, które są zwykle szpetne, garbate i koszlawe. Mają wszakże i one macierzyńskie uczucie, jak się to pokazuje ze sposobu odbierania im ukradzionych niemowląt. Podrzucone dziecię wynoszą zwykle na śmietnik, gdzie smagają je rózgą, napawają wodą ze skorupki jaja i wołają: – Odbierz swoje, oddaj moje. – Dziwożona litując się nad cierpieniem swego dziecka oddaje ukradzione, a swoje zabiera. Porywają niekiedy i dorosłe dziewczęta. Następujące o tym krąży podanie:
Zniknęła w Łopusznej młoda i ładna dziewczyna, gdzie i jakim sposobem? – nikt nie wiedział. Długo o niej nic słychać nie było. Pewnego razu góral, zaprowadzony jakąś potrzebą w głębie gór łopuszańskich, ujrzał w największej gęstwi dziewczynę piorącą. Zbliżył się do niej i poznał, że to była ta sama, o którą się cała wieś troszczyła. Ta poznała go wzajemnie i opowiedziała, że ją dziwożony porwały, zaklinając go, aby ją od nich uwolnił. Naradzono się względem sposobu i stanęło na tym, że w dzień umówiony, kiedy ona znowu prać przyjdzie, góral wyjedzie konno i porwie dziewczynę. Góral dotrzymał słowa; wyjechał, uchwycił dziewkę i co koń wyskoczył, uwoził do domu. Postrzegły to dziwożony i puściły się takim pędem, że już go dognać miały, kiedy góral szczęściem wypadł na łąkę, gdzie obficie rosły kwiatki, dzwonkami zwane. Dziewczyna krzyknęła: – Trzymaj się dzwonków! Góral ciągle kierował konia pomiędzy dzwonkami, których dziwożony przez jakąś tajemniczą własność tych kwiatków przebywać nie mogły; a on tymczasem, gdy dziwożony kołowały, prostą drogą do wsi dostał się.
Jeszcze inna krąży o nich powiastka:
Góral złapał dziwożonę w swojej rzepie, ale ta mu uciekła, czapeczkę tylko swoje w jego rękach zostawiwszy. Nieboga co wieczór przybiegała pod jego okno i śpiewała żałośnie:
Chłopeczku, chłopeczku, wróć moje czapeczkę,
Nie będę ja chodzić na twoją rzepeczkę.
I poty narzekała, aż on zlitowawszy się oddał jej czerwoną czapeczkę.
W jaskini leżącej nad rzeką łopuszańską pod Małą Górą jest główne siedlisko dziwożon.
Topielec

Macocha wypędziła z domu piękną i dobrą Marysię, ale sierotę Bóg nie opuścił, bo niebawem znalazła bardzo poczciwego i bogatego pana i poszła za niego. Nie pamiętając wyrządzonej sobie krzywdy, zaprosiła swoją macochę wraz z jej córką na chrzciny. Ale cóż się robi? Oto złośnice te, widząc, w jakim szczęściu Marysia i jak ją mąż kocha szalenie, z zazdrości utopiły ją w jeziorze; macocha zaś posiadając czarnoksięskie sztuki przemieniła własną swą córkę w żonę tego pana. Mąż jej nie poznał, ale poznało nowo narodzone dziecię i żadną miarą nie chciało przyjmować piersi. Trzeba więc było chodzić z nim ponad wodę i śpiewać:
- Marysiu! rysiu!
- Śliwon płacze,
- Piersi chocze.
Wtenczas wychodziła matka i łzami zalewając się karmi to dziecię. Dostrzeżono to i występną matkę z córką wskazano na rozszarpanie bronami. – Pożałujecie tego! – zawołała czarownica prowadzona na męczarnie. Jakoż lubo sługa co dzień nad wodę przynosił dziecię, mimo wszelkie przyzywania i płacze, nie okazywała się matka; albowiem czarownica poniosła z sobą do grobu tajemnicę zaklęcia utopionej. Ojciec stroskany sam rzucił syna w wodę; a odtąd każdej nocy słychać nad jeziorem płacz dziecinny i tkliwy śpiew matki.
Dobrochoczy
Opowiadanie pochodzi z dzieła zatytułowanego „Podania i legendy polskie ruskie i litewskie” wydanego w 1845r.
Twórcą tego zbioru był Lucjan Siemieński autor licznych felietonów, gawęd biograficznych, prac historycznych i literaturoznawczych inspirowanych polskim i ukraińskim folklorem.

Przemieszkuje na Białorusi bożek leśny zwany Dobrochoczy. Wzrost jego zależy od wysokości drzew, koło których przechodzi; widziano go bowiem zawsze równego z drzewem, przy którym stawał. Nie za złego ducha, ale raczej za sprawiedliwego sędziego jest poczytywany. Opiekun poczciwych, surowo karze występnych. Na wykraczających zsyła najdotkliwsze choroby; wszakże go zawsze przebłagać można; dość na to chleba okrajca i szczypty soli w czystą szmatkę zawiniętej. Kto się tego podejmuje, idzie do lasu z osobą cierpiącą, odprawiwszy modły nad owym podarkiem zostawia to w borze wraz z chorobą i słaby – zdrowym powraca do domu.
Wiedzieć jeszcze należy, iż kto pierwszy wstąpi w ślad Dobrochoczego, zaraz się obłąka w lesie i wieczorem zaledwie powrócić może do domu.
Miawki
Opowiadanie pochodzi z dzieła zatytułowanego „Podania i legendy polskie ruskie i litewskie” wydanego w 1845r.
Twórcą tego zbioru był Lucjan Siemieński autor licznych felietonów, gawęd biograficznych, prac historycznych i literaturoznawczych inspirowanych polskim i ukraińskim folklorem.

Boginki te przykrząc sobie w górnych przestworzach, zamieszkanych przez dawnych bogów, każdorocznie zbiegają na ziemię, w porze kiedy zboża zaczynają wysypywać kłosy, a tym samym bezpieczne im zapewniają schronienie; są to dziewice zachwycającej urody, żywe, wesołe – mimo to okrutne. Na osoby młode, zabłąkane pośród łanów kłosistych, napadają, pochwyconą ofiarę przez różne sztuki wprowadzają w dobry humor, a potem łaskotaniem zmuszają do na j gwałtowniejszego śmiechu, póki życia nie skończy. Krwią takiej ofiary karmią się i różne złości czynią ludziom.
Podług podania miały one główne siedlisko na górze Ihrowiszczu; był tam staw przeczystej wody, w którym lubiły się kąpać, tyły i ogrody pełne pięknych kwiatów i owoców.
Zdarzyło się, iż na swej górze spotkały pasterza grającego sobie na skrzypeczkach; oskoczyły go, zawiodły korowód i nie chciały go więcej z swego koła wypuścić. Długo, bardzo długo szukał go brat stroskany, aż wreszcie ujrzawszy stojącego w kole miawek, napiął łuk i strzałę na nie wypuścił. Tym sposobem uwolnił brata od zaklętego tańca, ale rozgniewane miawki przeniosły się na Czarną Górę w Tureczczyźnie, a z nimi błogość i urodzaj gór ruskich.
Wodnice (Wandinini)
Opowiadanie pochodzi z dzieła zatytułowanego „Podania i legendy polskie ruskie i litewskie” wydanego w 1845r.
Twórcą tego zbioru był Lucjan Siemieński autor licznych felietonów, gawęd biograficznych, prac historycznych i literaturoznawczych inspirowanych polskim i ukraińskim folklorem.

Gmin litewski utrzymuje, że gdy słońce zajdzie, przy blasku księżyca wodnice wypływają z topieli, wychodzą na brzegi, śpiewają i skaczą po łąkach, wtedy ich oczy błyszczą jak gwiazdy, a rozwiane po ramionach włosy brzęczą i dzwonią jakby daleka muzyka; tym szelestem wodnice usypiają ludzi, aby ich pląsów i zabaw dostrzec nic mogli. Kto by jednakże wówczas miał przy sobie kwiat paproci, muzyka duchów nie wywarłaby na niego swojego skutku, a wodnice stałyby się jego niewolnicami i musiałyby łowić ryby, polować ptastwa wodne i w susze skraplać pola swojego pana.
Często także w postaci pięknych dziewic wodnice bawią nad krynicami i strumieniami i nieświadomych myśliwców zwabiwszy pięknym obliczem, porywają ze sobą w głuche lasy na dno jezior i stawów.
Dżuma
Opowiadanie pochodzi z dzieła zatytułowanego „Podania i legendy polskie ruskie i litewskie” wydanego w 1845r.
Twórcą tego zbioru był Lucjan Siemieński autor licznych felietonów, gawęd biograficznych, prac historycznych i literaturoznawczych inspirowanych polskim i ukraińskim folklorem.

Kiedy dżuma grasuje, całe wsie stoją pustkami, koguty wszystkie ochrypłą i żaden nie zapieje; psy nawet zaszczekać nie mogą; lecz czują z daleka zbliżające się widmo, wtedy warczą na nie, a dżuma drażnić je najbardziej lubi.
Spał parobek na wysokim brogu siana, a przy nim stała drabina. Noc była widna: nagle jakby niesiona wiatrem powstaje wrzawa, w której wyraźnie odróżnić można warczenie psów i skowyczenie.
Powstał parobek na nogi i widzi z przestrachem, jak pędzi prosto wysoka niewieścia postać cała w bieli z rozczochranym włosem, a psy za nią. Ale na jej drodze stał długi płot i wysoki; niewiasta jednym go skokiem przesadza, na drabinę wskakuje, a bezpieczna tym schronieniem ciągle psom nadstawia nogę, a drażniąc zajadłą gromadę ustawnie woła: – Na goga, noga! Na goga, noga! Parobek poznał od razu straszliwą dżumę; podchodzi z cicha i obala drabinę. Wysoka niewiasta spada, psy ją porywają. Pogroziła mu zemstą i znikła. Młody wieśniak nie umarł, ale przez całe życie nadstawiał nogę i nic innego przemówić nie mógł, jeno wyrazy niewiasty: – Na goga, noga! Na goga, noga!
Pomorek na bydło
Opowiadanie pochodzi z dzieła zatytułowanego „Podania i legendy polskie ruskie i litewskie” wydanego w 1845r.
Twórcą tego zbioru był Lucjan Siemieński autor licznych felietonów, gawęd biograficznych, prac historycznych i literaturoznawczych inspirowanych polskim i ukraińskim folklorem.

Za dawnych czasów Żydzi byli przenajęli białogłowe chrześcijańską, aby im mleka chrześcijańskiego przedała, czego ona, gdy się mężowi swemu po długim namyśleniu zwierzyła, za poradą jego przedała im krowiego. To mleko wzięli Żydzi z radością, a chłopa sobie nająwszy do szubienicy poszli i tam czary i zabobony swoje odprawiwszy, kazali to mleko złodziejowi wiszącemu w ucho lać, nachyliwszy ucha do ucha wisielca onego, a pytając go, co by słyszał? Gdy odpowiedział, że słyszy ryk bydła, zasmuciwszy się, odeszli do onej białogłowy łajać jej, iż ich oszukała. Otóż zatem nastąpił on mór gwałtowny bydła, dotychczas jeszcze po wszystkiej Polsce nie uspokojony, a ten na nas, Polaków, przypaść miał, gdyby była ona białogłowa swego mleka im przedała.
Morowa dziewica
Opowiadanie pochodzi z dzieła zatytułowanego „Podania i legendy polskie ruskie i litewskie” wydanego w 1845r.
Twórcą tego zbioru był Lucjan Siemieński autor licznych felietonów, gawęd biograficznych, prac historycznych i literaturoznawczych inspirowanych polskim i ukraińskim folklorem.

We wsi jednej na Litwie zjawiła się morowa dziewica i według zwyczaju przez drzwi lub okno wsuwając rękę i powiewając czerwoną chustką rozwiewała śmierć po domach. Mieszkance zamykali sio warownie, ale głód i inne potrzeby wkrótce zmusiły do zaniedbania takowych środków ostrożności; wszyscy więc czekali śmierci.
Pewien szlachcic, lubo dostatecznie opatrzony w żywność i mogący najdłużej wytrzymać to dziwne oblężenie, postanowił jednak poświęcić się dla dobra bliźnich: wziął szablę Zygmuntowską, na której było imię "Jezus", imię "Maria", i tak uzbrojony otworzył okno do domu. Szlachcic jednym zamachem uciął straszydłu rękę i chustkę zdobył. Umarł wprawdzie i cała jego rodzina wymarła, ale odtąd nigdy we wsi nie znano morowego powietrza. Chustka owa miała być zachowaną w kościele jakiegoś miasteczka.
Powiadają także, że powietrze w postaci niewiasty w białe szaty przybranej na wysokim wozie o dwóch kołach objeżdżało wszystkie sioła. A gdy przed który dom przybyła, pokazując zapytywała. – Co robicie? Gdy odpowiedziano: – Nic nie robimy, tylko Boga chwalimy – ponurym dodawała głosem – Chwalcież go na wieki – i w tym domu zaraza nie panowała. Gdy wieczorem gdzie przybyła, a na zapytanie: – Czy śpicie?, odpowiadano: – Śpimy. Wtedy rzekła: – Śpijcież na wieki! – i całe wymierało domostwo.
Zemsta czarownicy
Opowiadanie pochodzi z dzieła zatytułowanego „Podania i legendy polskie ruskie i litewskie” wydanego w 1845r.
Twórcą tego zbioru był Lucjan Siemieński autor licznych felietonów, gawęd biograficznych, prac historycznych i literaturoznawczych inspirowanych polskim i ukraińskim folklorem.

Pewna gospodyni była czarownicą. Parobek służący u niej wiedząc o tym, a przy tym ciekawy, jakim sposobem czarownica leci na Łysą Górę, we czwartek położył się na ławie przy kominie, udając chorego. Czarownica sądząc, że parobek śpi, wysmarowawszy się maścią, dosiada na pomiotło i wylatuje kominem! Widział to, a chcąc doświadczyć prawdy, zostawioną maścią wysmarował żarna, które natychmiast wyleciały taż samą drogą; nie przestając na tym, posmarował cielę, lecz i to z wielkim zadziwieniem jego wyleciało za żarnami. Już teraz dostatecznie przekonany, wysmarował się cały i wsiadłszy na łopatę, wyleciał kominem i stanął na szczycie Łysej Góry. Widział tam swoją panią przy hucznej biesiadzie, jak z innymi czarownicami i diabłami zajadała i piła, a po skończonej uczcie, jak w pierwszej parze hasała czartowskiego obertasa. Spostrzegła go nawzajem czarownica, a rozgniewana zdradą i podejściem parobka, zaczarowała go, uśpiła i pałając żądzą zemsty, zaniosła do jednej piwnicy w Gdańsku, gdzie właśnie tejże nocy złodzieje wykradli bogaty skład wina. Wkrótce schwytano śpiącego parobka, a mniemając, że on był sprawcą kradzieży, osądzono na szubienicę, pomimo zaklinania, że jest niewinny. Wyprowadzono go na plac kaźni i już stryczek na szyję mu założono, kiedy parobek przypomniał sobie, że ma jeszcze w kieszeni trochę maści czarownicy, posmarował się zatem, a w tejże chwili porwany pędem wiru powrócił do domu szczęśliwie i opowiedział swoje zdarzenie.
Bojaźliwy rycerz
Opowiadanie pochodzi z dzieła zatytułowanego „Podania i legendy polskie ruskie i litewskie” wydanego w 1845r.
Twórcą tego zbioru był Lucjan Siemieński autor licznych felietonów, gawęd biograficznych, prac historycznych i literaturoznawczych inspirowanych polskim i ukraińskim folklorem.

W zamku na środku Wisły mieszkał rycerz zawołanego męstwa, co wiele bitew wygrał. Czarownica, chcąc się na nim za coś zemścić, wyjęła mu serce, a natomiast włożyła zajęcze. Pogany oblegli zamek, a rycerz, co zawsze szedł na czele swych znaków, schował się jak podły tchórz w najgłębszym lochu swego zamczyska. Dworzanie dziwili się wielce, co za powód był tej bojaźni. Po dwóch dniach trwogi, zawstydzony, drżący i potem oblany wsiadł na koń i zrobił wycieczkę na oblegających, lecz choć jego żołnierze pobili pogan, on pierwszy z pola uciekł. Dworzanie i rycerstwo szydziło z bojaźliwego pana, bo go odtąd najmniejszy hałas straszył. Raz przez otwarte okno wpadła jaskółka i skrzydłami uderzyła go w czoło, a on upadł jakby kamieniem ugodzony i wkrótce umarł z przestrachu. W kilka lat potem czarownicę, co mu wyjęła chrobre serce, palono; na mękach wyznała wszystko, wtedy każdy żałował zmarłego pana, któremu serce zajęcze wstyd i hańbę przyniosło, a wrychle i zgon przyspieszyło.
Wersja tej samej opowieści pochodząca z XIX wiecznego zbioru „Srpske narodne pripovijetke" udostepninej na stronie https://en.wikisource.org/wiki/Slavonic_Fairy_Tales
Przed wieloma laty na wyspie pośrodku Wisły stał wielki zamek otoczony murem. na każdym rogu wznosiła się wysoka wieża, z której powiewały chorągwie, a silne straże pełniły wartę. Skórzany most zawieszony na łańcuchach łączył wyspę z brzegami rzeki.
W tym zamku mieszkał bogaty i waleczny rycerz. Ilekroć nad bramą rozlegał się dźwięk trąby, był to pewny znak, że rycerz powrócił zwycięsko i przywiózł ze sobą cenne łupy.
W głębokich i ciemnych lochach zamku przetrzymywano wielu więźniów, których codziennie wyprowadzano do pracy. Zmuszano ich do naprawiania murów i kopania w ogrodzie. Wśród nich znajdowała się stara kobieta wraz ze swoim mężem. Starucha była czarownicą i postanowiła zemścić się na rycerzu za ich cierpienia; czekała tylko na okazję, by zastać go samego.
Pewnego dnia rycerz wrócił jak zwykle do zamku; zmęczony trudami położył się na zielonej trawie, by odpocząć, i wkrótce zasnął twardym snem. Czarownica, która go obserwowała, wyszła cicho ze swojej kryjówki i posypała mu oczy makiem, aby spał jeszcze mocniej. Następnie uderzyła go w bok piersi, tam gdzie znajdowało się serce, gałązką osiki. Pierś rycerza natychmiast się otworzyła i zła wiedźma ujrzała jego dzielne serce spokojnie bijące. Złośliwa starucha zachichotała z radości i swoimi kościstymi palcami oraz długimi paznokciami wyjęła serce tak zręcznie, że biedny rycerz nawet się nie obudził. Potem włożyła na jego miejsce serce zająca, zamknęła ranę, ukryła się pośród gęstych krzaków i niecierpliwie oczekiwała skutków swojej nikczemności.
Zanim rycerz całkiem się przebudził, już zaczął odczuwać swoje tchórzliwe serce. Ten, który dawniej nie znał strachu, teraz drżał i niespokojnie rzucał się przez sen. Wreszcie otworzył oczy. Kolczuga wydała mu się zbyt ciężka. Gdy tylko wstał, usłyszał szczekanie psów i przeraził się. Dawniej lubił słuchać ich głosu; teraz, przestraszony, uciekł jak płochliwy zając. Gdy biegł do swojej komnaty, szczęk własnej broni i ostróg tak go przeraził, że odrzucił je precz; niemal wyczerpany strachem opadł na łóżko.
Były czasy, gdy rycerz śnił jedynie o bitwach i bogatych łupach; teraz jęczał przez sen ze strachu. na szczekanie psów lub okrzyki straży, która z wysokich wież strzegła zamku przed niespodziewanym atakiem, drżał jak dziecko i ukrywał twarz w poduszce.
po pewnym czasie nieprzyjaciele oblegli jego zamek. Oficerowie i żołnierze oczekiwali swojego dowódcy, który zwykle prowadził ich do walki i zwycięstwa; lecz czekali na próżno. On, waleczny rycerz, usłyszawszy szczęk broni, tętent koni i wrzawę ludzi, uciekł na sam szczyt zamku, skąd mógł dostrzec liczne siły wroga. Tam przypomniał sobie dawne bitwy, zwycięstwa i chwałę swojego imienia. Gorąco zapłakał i zawołał:
– O, niebo! Daj mi odwagę! Daj mi zdrowie i siłę! Moi wierni towarzysze już są na polu bitwy, a ja, ich dowódca, który dawniej zawsze stał na ich czele, jestem teraz – niestety! – jak trwożliwa dziewczyna, spoglądająca na nich z murów własnego zamku. Daj mi nieustraszone serce! Daj mi siłę, by nosić broń! Przywróć mnie dawnemu sobie i daj mi zwycięstwo!
Te wspomnienia przeszłości obudziły go jakby ze snu. Pośpieszył do swojej komnaty, założył zbroję, dosiadł konia i wyjechał przez bramę. Strażnicy przyjęli go z radością i zadęli w trąby, ogłaszając jego przybycie. Ruszył naprzód, lecz strach wciąż tkwił w jego sercu i umyśle. Gdy wojsko odważnie zaatakowało nieprzyjaciela, dowódca, przerażony, zawrócił konia i uciekł z powrotem do zamku. Choć schronił się za jego grubymi murami, strach nie opuścił go nawet wtedy. Zsiadł z konia, wbiegł do najgłębszego lochu i tam, omdlewając, oczekiwał haniebnej śmierci. Tymczasem jego wojsko zwyciężyło, a straże na wieżach powitały je triumfalnie. Żołnierze byli zdumieni tchórzliwym zachowaniem swojego wodza. Długo szukali go bez skutku; wreszcie znaleźli go w piwnicy, półżywego ze strachu i rozpaczy.
Nieszczęśliwy rycerz nie żył już długo. Przez całą zimę próbował ogrzać swoje drżące członki przy ogniu. Gdy przyszła wiosna, otworzył okno, aby zaczerpnąć świeżego powietrza. Jaskółka, która uwiła gniazdo pod dachem, przelatując obok, uderzyła go skrzydłem w głowę. Cios okazał się śmiertelny; biedny rycerz padł jak rażony piorunem i wkrótce potem zmarł.
Wszyscy jego poddani głęboko go opłakiwali. nie mogli pojąć, co tak całkowicie odmieniło ich pana. Rok później, gdy pewne czarownice poddawano „próbie wody” za sprowadzenie suszy, jedna z nich wyznała, w jaki sposób usunęła rycerzowi serce i włożyła na jego miejsce serce zająca. Wtedy zrozumiano, jak dawniej odważny rycerz stał się tchórzem. Gorzkimi łzami opłakiwano jego okrutny los, a jako karę spalono złą wiedźmę nad jego grobem.
Kochanka sprowadzona czarami
Opowiadanie pochodzi z dzieła zatytułowanego „Podania i legendy polskie ruskie i litewskie” wydanego w 1845r.
Twórcą tego zbioru był Lucjan Siemieński autor licznych felietonów, gawęd biograficznych, prac historycznych i literaturoznawczych inspirowanych polskim i ukraińskim folklorem.

Wiejski parobek rozkochał się w kowalczance, ale ta o innym myśląc, trapiła biednego chłopaka. Nadaremnie kupował jej pierścienie, wstążki i chustki. Paraska przyjmowała dary, lecz potem śmiała się z niego. Nie mogąc znieść już dłużej, Kiryłło (tak się zwał on parobek) udał się do czarownicy, mieszkającej o dwie mile; ta kazała mu wystarać się o kosmyk włosów i kawałek płótna z koszuli Paraski. Dopełnił zlecenia, a czarownica poleciła, ażeby o północy przyszedł. Stawił się w oznaczonym czasie parobek, noc była cicha i widna, bo miesiąc jasno przyświecał. Czarownica rozpaliwszy ogień spory na kominie, zaczęła kadzić dokoła izbę jakimiś ziołami, a potem wziąwszy otrzymany kosmyk włosów i kawałek płótna z koszuli Paraski, nad dymem z tych ziół trzymając i jakieś niezrozumiałe szepty odprawując, tak w ostatku zawołała:
– Przybądź, Parasko! Zaklinam cię w imię tego, co mocen jest mnie i każdego, i ciebie z ziemi do piekła zaraz przenieść na wietrze! Przybądź! – i okaż się, choćby w postaci konającej lub nagiej, jako cię matka na ten świat porodziła!
Na te obrzędy i wykrzyki drżał parobczak, odwrócił oczy od komina i zaczął się modlić w cichości, ale w tej chwili czarownica wykrzyknęła: – Już jest! – Kiryłło słysząc poprzednio świst wichru i wrzaski, jakby podziemne, spojrzał we drzwi, które z trzaskiem na ściężaj rozwarły się, a Paraska wybladła, spocona, z oczami konającej i ściętymi usty tocząc białą pianę, w jednej koszuli stanęła na progu. Robiła silnie piersiami, jakby ze zmęczenia lub mocnych boleści. Czarownica porwawszy zioła, zaczęła nimi okurzać Paraskę, a potem siłą roztworzywszy ścięte zęby wlała jakiegoś napoju kilka kropel w usta, ucięła kosmyk włosów z warkocza i na nowo okurzając zielem, zaczęła szepty odprawiać.
Wkrótce znikło widziadło, czarownica oddając mu włosy odcięte: – Bądź spokojny – rzekła – idź i nie mów nikomu, żeś tu był u mnie; Paraska kochać cię będzie.
Wsiadł na konia parobczak i wrócił do wsi nad samym świtem. Stało się podług wróżby czarownicy, bo kowalczanka zaraz oddała mu swoją rękę; lecz niedługo szczęśliwie żyli. Kiryłło porzucił ją we dwa lata, oskarżył czarownicę, wyznał wszystko pod przysięgą, a babę spalono przed dworem.
Zaklęte wesele
Opowiadanie pochodzi z dzieła zatytułowanego „Podania i legendy polskie ruskie i litewskie” wydanego w 1845r.
Twórcą tego zbioru był Lucjan Siemieński autor licznych felietonów, gawęd biograficznych, prac historycznych i literaturoznawczych inspirowanych polskim i ukraińskim folklorem.

W województwie podlaskim, we wsi Chłopkowie niedaleko Łosic, w czasie obrzędu weselnego przyszła rozgniewana czarownica w chęci zemszczenia się i przemienienia nowożeńców w wilkołaki. Jakoż pas, którym się w stanie przewiązywała, skręciwszy, pod próg domu podłożyła i nadto kręciła łyka z lipiny i warzyła, i tą wodą ludzi podlała. Skoro nowożeńcy z drużyną weselną przeszli próg domowy, pan młody z kniahinią i sześcią drużbami przemienieni w wilkołaki uciekli z chaty i trzy lata wilkami byli. Przez cały ten czas podbiegali pod mieszkanie czarownicy wyjąc przeraźliwie.
Gdy nadszedł dzień mający być końcem ich ciężkiej pokuty, zgromadzeni przed progiem złej baby wyli żałośnie; czarownica wyszła z izby z kożuchem wełną na wierzch obróconym i każdego nim z osobna okrywając, przy wymawianiu zaklęć tajemnych, przywracała nazad do postaci człowieczej. Lecz że panu młodemu nie okryła kożuchem ogona, chociaż wrócił do ludzkiej postaci, ogon mu wilczy pozostał; aż w dni kilka czarownica tymże sposobem uwolniła go od tej zbytecznej ozdoby.
Parobek wilkołakiem
Opowiadanie pochodzi z dzieła zatytułowanego „Podania i legendy polskie ruskie i litewskie” wydanego w 1845r.
Twórcą tego zbioru był Lucjan Siemieński autor licznych felietonów, gawęd biograficznych, prac historycznych i literaturoznawczych inspirowanych polskim i ukraińskim folklorem.

Czarownica, rozkochawszy się w młodym parobku, daremnie chciała pozyskać jego wzajemność, na koniec rozgniewana ta wzgardą zaprzysięgła mu zemstę. Jakoż spotkawszy go jadącego do boru po drzewo, zapowiedziała mu, iż za pierwszym cięciem siekiery zamieni się w wilkołaka.
Nie zważał zrazu parobek na te groźby, lecz skoro przybył do lasu, a cięciem silnym rąbnął w drzewo, siekiera wypadła mu z ręki. Przestraszony tym zdarzeniem, spojrzy i widzi, że ręce jego zmieniły się w wilcze łapy. Bezprzytomny zaczął biegać po lesie, ci natrafiwszy zdrojowisko przejrzał się i postrzegł, że cały zmienił się w wilka. Pospieszył do swoich wołów, ale te przestraszone uciekają od pana. Chciał je zatrzymać znajomym głosem, lecz zamiast głosu ludzkiego zawył przeraźliwie. Widząc tedy, jak się sprawdziły pogróżki pogardzonej czarownicy, nie mogąc mimo przemiany w wilka oderwać się od strzechy rodzinnej, błąkał się po okolicy. Nadaremnie usiłował przyzwyczaić się do surowego mięsa, nie mógł tego przemóc na sobie, a tym bardziej nie mógł się żywić ludzkim ciałem. Dlatego zaczął straszyć pasterzy i żniwiarzy, którym wyjadał chleb, mleko i inne potrawy.
Lat kilka przebywszy uczuł do snu pociąg nadzwyczajny, położył się więc i zasnął. Ale jakież jego zdziwienie, kiedy po obudzeniu ujrzał się w postaci człowieczej.
Uradowany z swego odczarowania, jak stał nagi, tak leciał do swego sioła; ale krótka była jego pociecha, bo w domu rodzice już pomarli, dziewczyna, którą kochał, poszła za innego i miała czworo dzieci; a przyjaciele dawni pomarli, drudzy w świat poszli.
Wersja tej samej opowieści pochodząca z XIX wiecznego zbioru „Srpske narodne pripovijetke" udostepninej na stronie https://en.wikisource.org/wiki/Slavonic_Fairy_Tales
Pewna czarownica zakochała się w młodym chłopie i na próżno próbowała wszelkimi czarami wzbudzić w nim wzajemność. W końcu, urażona jego obojętnością, rozwścieczona kobieta postanowiła straszliwie się zemścić.
Spotkawszy go pewnego razu, powiedziała:
– Kiedy następnym razem pojedziesz do lasu po drewno, przy pierwszym uderzeniu siekiery zamienisz się w wilka.
Chłop zlekceważył jej groźby, zaprzągł woły do wozu i pojechał do lasu. Lecz ledwie uderzył w drzewo, siekiera wypadła mu z rąk. Zaskoczony i przerażony spojrzał na dłonie – zmieniły się w wilcze łapy!
Niemal oszalały z lęku i rozpaczy, biegał po lesie. Spojrzał w taflę wody i zobaczył, że stał się wilkiem; tylko tu i ówdzie pozostały jeszcze strzępy ubrania, ponieważ przemiana nie była jeszcze całkowita. Pobiegł do swoich wołów, lecz one, przestraszone jego widokiem, odwróciły się i uciekły. Próbował je zatrzymać dźwiękiem swego dawnego głosu, lecz zamiast mówić potrafił jedynie wyć. Wtedy, niestety, z bólem i przerażeniem pojął, że groźby wzgardzonej czarownicy spełniły się.
Nie mogąc mimo przemiany opuścić rodzinnych stron, włóczył się po okolicy. Na próżno próbował przywyknąć do surowego mięsa – nie mógł go jeść; szczególną odrazę budziło w nim ludzkie ciało. Aby zdobyć pożywienie, przepędzał pasterzy i żniwiarzy, po czym zjadał ich chleb, mleko i inne zapasy.
Po kilku latach takiego życia pewnego dnia poczuł niezwykłą senność i położył się w trawie. Jakże wielkie było jego zdumienie, gdy po przebudzeniu odkrył, że znów stał się człowiekiem. Uradowany ponad miarę i zapominając, że po złamaniu czaru ludzie odzyskujący ludzką postać pozostają bez odzieży, szczęśliwy chłop pobiegł szybko do domu.
Szczęście jednak – jak mówią – nie trwa długo. Prawdę tego powiedzenia chłop poznał nazbyt szybko. Gdy wrócił do domu, odkrył, że jego rodzice nie żyją; Katarzyna, dziewczyna, którą kochał najbardziej na świecie, wyszła za mąż i miała czworo dzieci; większość jego przyjaciół albo umarła, albo wyprowadziła się w dalekie strony.
Nieszczęsny chłop zniósł swoje nieszczęścia dzielnie. Próbował zapomnieć o troskach, uprawiając w pocie czoła niewielki kawałek ziemi. Czasami, zwłaszcza w święta, chodził do wiejskiej karczmy i tam, otoczony sąsiadami, opowiadał historię swoich przygód oraz cierpień, jakie sprowadziła na niego okrutna zemsta wzgardzonej czarownicy.
Wesele zamienione w wilkołaki
Opowiadanie pochodzi z dzieła zatytułowanego „Podania i legendy polskie ruskie i litewskie” wydanego w 1845r.
Twórcą tego zbioru był Lucjan Siemieński autor licznych felietonów, gawęd biograficznych, prac historycznych i literaturoznawczych inspirowanych polskim i ukraińskim folklorem.

Przez jedną wieś nad Bugiem przechodził żołnierz w czasie wesela. Pan młody, rozgrzany trunkiem, wybiegłszy z chaty poszczuł go psami. Oburzony żołnierz niegościnnością zawołał drżąc z gniewu: – Pamiętaj! Ty co mnie szczujesz psami, zobaczysz, jak na ciebie będą te same psy szczekać. – To wymówiwszy zaklął całe wesele w wilkołaki, które wielkie szkody w bydle narobiły i nie mało ludzi pożarły. Później w trzy lata, w czasie obławy na wilki, zabito trzech wilkołaków zaklętych z owego wesela. Dowody były oczywiste, albowiem pod skórą jednego z nich znaleziono skrzypce z całym przyborem grajka; pod skórą drugiego strój pana młodego, u trzeciego zaś panny młodej. Przed tą jeszcze obławą, skoro wieść o tym wypadku zaczęła się rozchodzić, jeden ze śmielszych ruskich wieśniaków postanowił odczarować te wilkołaki i przywrócić im postać ludzką. W tym celu wziąwszy z sobą prosię pieczone, chleb i widły chodził po okolicy, ale szukał ich daremnie. Gdyby którego napotkał, miał rzucić chleb i prosię, a gdy wilkołak żarłby to z chciwością, uderzyć go miał widłami między ślepie i takim sposobem wrócić mu ludzką postać.
Paproć
Opowiadanie pochodzi z dzieła zatytułowanego „Podania i legendy polskie ruskie i litewskie” wydanego w 1845r.
Twórcą tego zbioru był Lucjan Siemieński autor licznych felietonów, gawęd biograficznych, prac historycznych i literaturoznawczych inspirowanych polskim i ukraińskim folklorem.

Paproć kwitnie tylko o północy, w dzień św. Jana, i to jedną krótką chwilkę, bo zaledwie kwiat się pokaże, natychmiast niknie; który człowiek byłby tak szczęśliwym, iż by dostał kwiatu paproci (co ma być tak drobnym, że za paznokciem wygodnie się zachować może), nie tylko znalazłby ogromne skarby, których diabeł pilnuje, ale nadto ciemna zasłona przyszłości nie zakrywałaby oczom jego nieprzewidzianych zdarzeń i wypadków; słowem byłby tak, jak za czasów Pana Jezusa. Ale na próżno wielu kusiło się o tak ważną zdobycz, na próżno umyślnie czatowano. Okropność, jaka towarzyszy chwili rozkwitania kwiatu paproci, najodważniejszych i siły, i przytomności pozbawiła. Skoro bowiem przyszła północ i chwila rozkwitania cudownego kwiatu, straszne trzęsienie ziemi, bicie piorunów przy jaskrawych błyskawicach, wycie wichru i śmiech diabelski towarzyszą ciągle.
Jeden wieśniak dostał go mimowolnym sposobem. Szukał on od dni kilku zbłąkanej krowy. Właśnie w przed jutrzę św. Jana szedł zasmucony o północy, gdy przypadkiem w łapcie wpadł mu kwiat paproci. Natychmiast znalazł obłąkaną krowę, dowiedział się o skrytych rozlicznych skarbach i cała przyszłość w widnej postaci stanęła mu na oczy. Biedak nie wiedział, że ma kwiat tak cudowny. Wróciwszy do domu rozzuł się z łapci i kwiat zgubił. Po tej stracie przyszłość mu znowu ściemniała, jak dawniej, zapomniał o skarbach i tę tylko korzyść odniósł, iż znalazł zbłąkaną krowę.
Homen
Opowiadanie pochodzi z dzieła zatytułowanego „Podania i legendy polskie ruskie i litewskie” wydanego w 1845r.
Twórcą tego zbioru był Lucjan Siemieński autor licznych felietonów, gawęd biograficznych, prac historycznych i literaturoznawczych inspirowanych polskim i ukraińskim folklorem.

Rusin jeden, straciwszy żonę i dzieci przez dżumę, uciekł w lasy z opustoszałej chaty i tam szukał ocalenia. Błądził dzień cały; nad wieczorem zrobił z gałęzi budę, rozpalił ognisko i strudzony usnął. Już było po północy, gdy go mocny odgłos zbudzą. Staje na nogi, słucha: jakieś go śpiewy dochodzą z dala, a przy śpiewie głos bębenków i piszczałek. Słucha dziwiąc się, że gdy wkoło śmierć grasuje, tam się cieszą tak radośnie.
Odgłos słyszany zbliżał się coraz i wystraszony wieśniak ujrzał szeroką drogą ciągnący się homen. Był to orszak mar dziwacznych, co otaczał wóz wokoło, wóz był czarny i wyniosły, a na nim siedziała dżuma. Za każdym krokiem coraz zwiększała się straszliwa drużyna, bo po drodze wszystko niemal przerzucało się w widmo.
Słabo tlało jego ognisko; głownia spora dymiła jeszcze nieco: zaledwo zbliżył się homen, głownia stanęła na nogach, wyciągnęła dwa ramiona, a zarzewie zajaśniało dwoma błyszczącymi oczyma i razem z innymi śpiewać zaczęło.
Osłupiał wieśniak; w niemym przestrachu porywa siekierę i najbliższą chce uderzyć marę, ale siekiera z rąk mu ulata, przerzuca się w wyniosłą niewiastę z kruczym warkoczem i śpiewając powiała mu przed oczyma. Homen szedł dalej, a Rusin widział, jak drzewa, krzaki i sowy, i puchacze wysokie przybierając postacie zwiększały ten orszak, straszny zwiastun okropnej śmierci. Upadł bez siły, a gdy rano ciepło słońca go zbudziło, sprzęty, jakie uniósł, były połamane i potłuczone, odzienie podarte, jadło zepsute. Poznał, że nie kto inny, jak homen, tyle mu psot wyrządził. I dziękując Bogu, że choć z życiem ocalał, poszedł dalej szukać przytułku i jadła.
Madej
Opowiadanie pochodzi z dzieła zatytułowanego „Podania i legendy polskie ruskie i litewskie” wydanego w 1845r.
Twórcą tego zbioru był Lucjan Siemieński autor licznych felietonów, gawęd biograficznych, prac historycznych i literaturoznawczych inspirowanych polskim i ukraińskim folklorem.

Jechał kupiec przez las gęsty, ciemny; błądził długo i w pomroce nocnej ugrzązł w bagnie bez ratunku. Zasmucony począł rozpaczać, gdy nagle w postaci ludzkiej zły duch mu się pokazał.
– Nie smućcie się, człowieku! – wyrzekł do kupca – ja was wyciągnę z błota i do domu wskażę drogę, ale pod warunkiem, że to, co masz w domu, a o czym ty nie wiesz, moją zostanie własnością.
Kupiec pomyślał trochę i przystał rad na podany warunek, nie wiedząc, że żona powiła mu, podczas gdy był w podróży, urodnego syna. Diabeł wyciągnął go z błota, wyprowadził na szeroki gościniec, a zmusiwszy kupca do wydania cyrografu, raz jeszcze umowę przypomniał i zniknął.
O ile z radością powitał żonę tak dawno nie widzianą, o tyle zasmu- cił się widząc ładnego syna, którego już złemu duchowi zapisał. Skrycie płakał nieraz poczciwy kupiec, tając łzy gorzkie przed żoną, tymczasem dziecię w pacholę wyrosło.
Było ciche, spokojne i chętne do nauk; w piątym roku już dobrze czytało i pisało, co tym więcej strapione serce ojca jątrzyło, że z dziecięciem tak lubym wkrótce się rozstać musi, oddając na ofiarę diabłu.
Małe pacholę, doszedłszy lat siedmiu, uważało smutek ojca i łzy rzewne, ile razy zapatrywał się w jego urodne oblicze. Tyle przeto prosił, tyle nalegał, że kupiec wyjawił mu wszystko.
– Nie troszcz się, mój rodzicu, Bóg mi dopomoże, ja pójdę do piekła i cyrograf odbiorę.
Płakała matka, płakał i ojciec, błogosławiąc na tak daleką drogę chłopczynę, który zrobiwszy potrzebny przybór, niebawem wyruszył z domu.
I szedł długo i daleko, aż zawędrował w puszczę ciemną i straszną, a tu w jaskini ukrytej zamieszkał rozbójnik Madej.
Morderca własnego ojca, matkę jedno zachował przy życiu, co mu gotowała strawę. Nikomu nie podarował życia; kogokolwiek dostał, bez litości zabijał. Matka, podeszła niewiasta, zabłąkanych podróżnych w jaskini przechowywała, ale Madej miał węch tak doskonały, że wracając do jaskini, zaraz zwietrzył ludzkie mięso.
Chroniąc się przed burzą, przypadkiem zaszło tam nasze pacholę; stara, litując lat młodych, ukryła go w ciasnym zakątku jaskini, lecz Madej zaledwie wpadł do niej, poczuł świeżego człowieka. Już biedne dziecię nachyliło głowę pod zabójczą pałkę, kiedy rozbójnik dowiedziawszy się, gdzie idzie, podarował mu życie z warunkiem, ażeby zobaczył w piekle, jakie dlań zgotowano po śmierci męczarnie.
Pacholę, równo ze świtem puszczając jaskinię, prędko dostało się do piekielnej bramy; święconą wodą i obrazkami, które przylepiał, otworzyła się snadnie. Zaskoczył mu Lucyper z zapytaniem, czego żąda.
– Cyrografu na moje duszę przez ojca mego wydanego.
Hetman piekielny kropiony święconą wodą, chcąc go pozbyć czym prędzej, wydać cyrograf rozkazał, ale trzymał go jeden kulawy diabeł, a choć parzony kropidłem święconej wody, nie chciał wrócić cyrografu.
Rozgniewany Lucyper: – Weźcie go na Madejowe łoże! – zawołał, a diabeł, przestraszony okropną męką, oddał pismo w tejże chwili.
Ciekawy chłopczyna poszedł zobaczyć tak straszliwe łoże. Było z żelaznej kraty, wysłane ostrymi nożami, igłami i brzytwami, pod spodem palił się ogień nieustanny, a z góry kapała kroplami rozpalona siarka.
Wyszedł z piekła i szedł dzień jeden, dzień drugi, aż trzeciego zaszedł do tejże jaskini, gdzie go już oczekiwał zasmucony Madej. Doniósł więc o tym, co widział, rozbójnikowi. Zmartwiał z przestrachu zbrodzień, a chcąc tak srogiej męczarni uniknąć, postanowił pokutować.
Wyszli więc razem z jaskini; Madej ukląkł w lesie, zatknął w ziemi przy sobie morderczą maczugę, wiedząc zaś, że młode pacholę poświęciło się na księdza, przyrzekł, iż dopóty czekać będzie na tym samym miejscu, dopóki nie zostanie biskupem.
Minęło lat, kilkadziesiąt, nim on chłopczyna wyszedł na dostojność biskupią.
Raz przejeżdżając puszczą ciemną i gęstą, niezajrzaną okiem, doszedł go jabłek zapach przyjemny. Rozkazuje więc swej służbie tego owocu wyszukać; dworzanie wkrótce wracają i donoszą, że w pobliżu jest piękna jabłoń, ale żadnego nie da sobie urwać jabłka, przy niej zaś klęczy starzec siwobrody.
Biskup wysiada z powozu, idzie na wskazane miejsce i z podziwieniem poznaje Madeja, okrytego siwizną, z długą, do ziemi zarosła brodą, który go o wysłuchanie spowiedzi i rozgrzeszenie prosił. Przychylił się kapłan do jego prośby, dworzanie z osłupieniem widzieli, jak w czasie spowiedzi jabłko po jabłku zamienione w białe gołąbki znikały w powietrzu. Jedno tylko pozostało jabłko, była to dusza ojca Madeja, którego sam zamordował, a ten grzech ciężki utaił, lecz gdy wyznał i ten grzech ostatni, ostatnie jabłko przemienione w siwego gołąbka za innymi uleciało.
Modlił się gorąco biskup nad grzesznikiem, a gdy dał mu rozgrzeszenie i trącił palcem, ciało Madeja w drobny proch się rozsypało.
Iskrzycki
Opowiadanie pochodzi z dzieła zatytułowanego „Podania i legendy polskie ruskie i litewskie” wydanego w 1845r.
Twórcą tego zbioru był Lucjan Siemieński autor licznych felietonów, gawęd biograficznych, prac historycznych i literaturoznawczych inspirowanych polskim i ukraińskim folklorem.

Pewien pan w okolicach Tarnowa potrzebował ekonoma. Jak raz jawi się nieznajomy człowiek, powiada, że się zowie Iskrzycki i prosi, aby jemu ten obowiązek powierzono. Pan przystaje, przychodzi do umowy, później do zgody, na koniec do kontraktu: już i kontrakt podpisany, już go pan wręcza nowo przyjętemu, kiedy znienacka postrzega, że Iskrzycki nie ludzkie ma pazury.
Zmieszał się obywatel, waha się jakąś chwilę, w końcu zrywa całą umowę i służbę Iskrzyckiemu wypowiada. Ale Iskrzycki ani da sobie mówić o odprawie; przysięga, że raz podpisawszy kontrakt musi – mimo woli pana – dopełnić wszystkich jego warunków; z tym zapewnieniem wychodzi i ginie.
Odtąd nie pokazał się już nikomu, ale obrał sobie mieszkanie w piecu i stamtąd wszystkie usługi najgorliwiej na każde zawołanie pełnił. Państwo bali się z początku, lecz z wolna tak przywykli do niewidomego sługi, tak byli pewni jego dobrych chęci, że wyjeżdżając z domu oddawali mu dzieci w dozór.
Z tym wszystkim samej pani swędziło gadanie sąsiadek, że w domu swoim diabła przechowuje; nastaje tedy na męża, aby na czas pewny przemienić mieszkanie. Mąż wypełnia wolę żony i bierze dzierżawę gdzieś za Wisłą; wyjeżdżają na nowe siedlisko radzi, że z diabła zażartowali. W drodze wypadło przebywać jakieś miejsce tak złe czy niebiezpieczne, że pani krzyknęła ze strachu, aż tu za powozem dało się słyszeć:
– Nie bój się, pani! Iskrzycki z wami.
Zdumieni państwo pomiarkowali, że nie było sposobu rozstania się z tak wiernym sługą; wrócili do domu i żyli z nim w dawnej zgodzie, póki termin kontraktu przeznaczony nie rozłączył ich na zawsze.
Boruta
Opowiadanie pochodzi z dzieła zatytułowanego „Podania i legendy polskie ruskie i litewskie” wydanego w 1845r.
Twórcą tego zbioru był Lucjan Siemieński autor licznych felietonów, gawęd biograficznych, prac historycznych i literaturoznawczych inspirowanych polskim i ukraińskim folklorem.

Zamek łęczycki stoi wśród błot nad Bzurą, w jego lochach siedzi diabeł Boruta i pilnuje ogromnych skarbów. Krąży o nim takie podanie:
Pewien ksiądz z Łęczycy zaproszony jadąc na obiad, przy pacierzach porannych przewidując, że nie będzie miał czasu, odmawiał i modlitwy nieszporne. Właśnie przebywał groble śród błota, gdy napotka wieśniaka, który go z rubaszną pozdrawia miną i tymi słowy: – Dobry wieczór, księże! – Zdziwiony pleban odpowiada: – A wszakże to nie wieczór, ale rano. Na to wieśniak rzecze z szyderstwem: – Musi być wieczór, kiedy już po nieszporach. – Przelękniony pleban poznał, z kim rozmawia, i prędzej pojeżdżać kazał. Był to Boruta, co przybrał na się postać rubasznego wieśniaka.
Inną razą Boruta uprzykrzywszy sobie siedzieć na skarbach w lochach łęczyckich umyślił przejść się po okolicznej szlachcie. Przypadkiem trafił na wesele, pił i hulał; a podochociwszy sobie wdał się w kłótnię, tak że musiał stanąć szlachcicowi do korda, który, że był zawołanym rębaczem, uciął mu od razu pazur u łapy.
Odtąd Boruta nie chce wyłazić z lochu, bo mu wstyd, że go szlachcic obciął tak szkaradnie.
* O Borucie krąży taż powieść i w Litwie nadniemieńskiej.
Dziewięć groszy
Opowiadanie pochodzi z dzieła zatytułowanego „Podania i legendy polskie ruskie i litewskie” wydanego w 1845r.
Twórcą tego zbioru był Lucjan Siemieński autor licznych felietonów, gawęd biograficznych, prac historycznych i literaturoznawczych inspirowanych polskim i ukraińskim folklorem.

Mieszkał w Bydgoszczy szlachcic polski, który piękny majątek osiągniony po przodkach zmarnowawszy, po kraju się włóczył. Przypadek sprowadził Twardowskiego do tegoż miasta. Z nim marnotrawca znajomość zawiera, stanu swojego się zwierza i aby go swą cudowną sztuką z niedostatku wydźwignął, prosi. Lituje się Twardowski, proszącemu daje radę, zalecając, iż od ścisłego jej dopełnienia wszystko zależy.
– Idź! – rzecze – i szukaj pustej na ustroniu chaty i miawszy ze sobą dziewięć pieniążków, ani mniej, ani więcej, będziesz je bez ustanku liczył, powtarzając zawsze od jednego do dziewięciu i na odwrót od dziewięciu do jednego, aż dobrze dnieć zacznie. Strzeż się zaś najusilniej pomyłki, boby to wszystko zepsuło. Strachów się żadnych nie lękaj, bo ja cię zapewniam, iż te nic złego ci nie zrobią. Gdy to dopełnisz, staniesz się bogatszym panem, niżeli byłeś, i nigdy ci na pieniądzach zbywać nie będzie.
Słucha rady chudzina, znajduje pustą chatę, siada i natężoną myślą, aby się nie pomylił, dziewięć groszy rachuje. Już dnieć miało, gdy czart w Twardowskiego postaci przed nim staje: i czy by się nie mylił? – pyta.
Ten odpowiada z radością, że nie. – Rachuj że! – rzekł mu – dalej, bo dzień niedaleko. – I zniknął.
Chce nieborak liczyć, ale na czym stanął, nie pamięta. Otóż po bogactwach! Wychodzi pełen rozpaczy, ale mu diabli drogę zastąpili. Od nich stłuczony i zbity, ledwie się biedak do miasta zaczołgał; a żałując swojego postępku, resztę życia pokucie poświęcił w mniszym kapturze i w bydgoskim klasztorze reformatem został.
Niedźwiedź
Opowiadanie pochodzi z dzieła zatytułowanego „Podania i legendy polskie ruskie i litewskie” wydanego w 1845r.
Twórcą tego zbioru był Lucjan Siemieński autor licznych felietonów, gawęd biograficznych, prac historycznych i literaturoznawczych inspirowanych polskim i ukraińskim folklorem.

Kiedy jeszcze Chrystus ze św. Piotrem po ziemi chodzili, jeden młynarz chcąc się przekonać, czy Chrystus był prawdziwym Bogiem, ukrywszy się pod mostem na przechodzących wyskoczył, w chęci nastraszenia. Chrystus rzekł wtedy: "Ty, co chcesz straszyć, bądź straszydłem dla ludzi" – i zamienił go w niedźwiedzia. Taki więc jest początek tego dzikiego zwierza, który raz pierwszy pokazał się na ziemi, zachowując w łapach przednich kształt ręki człowieka.
Jedność w biedzie
Źródło: https://www.smakizpolski.com.pl/basnie-slowianskie-cz-2, Mity Słowian
Autor: Adrian Cieśliński

Było to w dzień przed nocą kupalną. Po wsiach panował głód i szerzyły się choroby. Nikt nie myślał o paleniu sobótek i puszczaniu wianków. Młodzi i starzy, wszyscy byli smutni i udręczeni. Wtedy to najbliżsi sąsiedzi wybrali się do boru na jagody. Zabrali ze sobą gliniane dzbany i lipowe kobiałki. Szli zatrwożeni i niewiele z sobą mówili, bo i nie było o czym. O tej strasznej biedzie i przednówku?
W cichości doszli do Zawałów, gdzie każdego roku było pełno jagód. Rozglądają się, a jagód nie ma. Idą do bukowiny – to samo. Idą do Białego ługu – to samo. Widać tam już tylko pożółkłe liście. Idą na Zieloną Górę – tam jagód też nie ma. Idą dalej….
Upływa godzina, a może i więcej, jak wszyscy zeszli się na borowym pagórku. Puste mają dzbany i kobiałki. Ino leciwa Sekulina znalazła jedną jagodę. Pokazuje ją na dłoni; duża, jak owoc dojrzałej czereśni, ku zdziwieniu wszystkich rozciera jagodę na sosnowym pniu i powiada:
– wszyscy ją będziemy spożywać w biedzie na sąsiedzką jedność.
Pierwsza uklękła i pokłoniła się i włożyła do ust drobinę roztartej jagody. Po niej inni zrobili to samo. A gdy skończyli, wrócili do wsi przez borowe knieje, z nadzieją i wiarą w sercach.
Wdzięczność niedźwiedzia
XIX-wieczna stylizowana opowieść ludowa

Na Wilczy, niedaleko topieli, jeden chłop układał w stogu wysuszone siano i zauważył pod sosną niedźwiedzia, który ze swej łapy usiłował wyciągnąć kolec. Szło mu to ciężko. Męczył się, a kolca nijak wyciągnąć nie mógł.
Chłop, co pracował przy sianie, nie namyślał się długo, podszedł do niedźwiedzia i udzielił mu potrzebnej pomocy. Uradowany niedźwiedź zamruczał, wstał i poszedł w głąb boru.
W kilkanaście lat później chłop ten został napadnięty przez wilki. Bronił się jak tylko mógł, ale sytuacja stawała się z minuty na minutę groźniejsza. I nie wiadomo, jak by się to skończyło, gdyby nie nagła pomoc niedźwiedzia, któremu niegdyś okazał życzliwość. Niedźwiedź stanął bowiem w obronie chłopa i pokonał wilczą zgraję.
Odtąd niedźwiedź często zaglądał do zagrody swego przyjaciela, gdzie bywał goszczony miodem i chlebem.
Z woli Welesa
Źródło: https://www.smakizpolski.com.pl/basnie-slowianskie-cz-2, Mity Słowian
Autor: Adrian Cieśliński

Jeden chłop poszedł do boru podbierać miód. Wlazł na sosnę i zabierał się do roboty. Nie zdążył jeszcze usunąć otworu, a tu posłyszał ogromny szelest. Patrzy i nadziwić się nie może. Stoi Weles brodaty z drzewcem w ręku, a wkoło niego gromadzą się wilki. Jak tylko zwierzęta się zebrały, Weles rzekł do nich gdzie mają iść na żer. W pewnej chwili polecił staremu wilkowi zjeść łaciatą jałowicę, własność tego chłopa, co siedział na drzewie. Chłop, gdy to usłyszał, struchlał z przerażenia i frasunku. Teraz już tylko czekał z wielką niecierpliwością, kiedy zakończy się wilcze zgromadzenie. Gdy wszyscy się rozeszli, chłop prędko pobiegł do chałupy i powiadomił o nieszczęściu swoją kobitę. Radzą… radzą… W końcu kobieta mówi:
– Jeśli wilk po maści ma poznać naszą jałowicę, to nie ma innego sposobu, ino trza ją obszyć prążkową płachtą, a ty mój chłopie, na pewien czas musisz się ukryć.
Przyszedł wilk na pastwisko, szuka i szuka, i poznać nie może jałowicy, co mu ją Weles przydzielił.
Rozgniewał się wilk i postanowił rozszarpać chłopa, co go przechytrzył, ale ten ukrywał się na strychu i tylko dziurą wyglądał na pola i bór. Wilk chodził i węszył cały dzień i całą noc, i drugi dzień i drugą noc na próżno. Minął tydzień, miesiąc, a chłop jeszcze żyje.
Po kilku tygodniach chłop wyszedł z ukrycia i poszedł na wieś do kowala. Patrzy, a od boru między redlinami pędzi wilk. Nim zdążył wpaść do kuźni, dopadł go wilk i rozszarpał. Jak zbiegli się ludzie, stara Dobromira powiedziała:
– Sprzeciwił się woli samego Welesa i tak marnie musiał zginąć, i to o co poszło, o łaciatą jałowicę!….
Podróż przez ciemny bór
XIX-wieczna stylizowana opowieść ludowa

Była letnia, księżycowa noc. Na niebie świecił miesiączek w pełni. W tę noc wybrał się sołtys ze Świątek w daleką podróż. Mówili, że do najmłodszego syna, który od roku przebywał w grodzie.
Droga sołtysowi wypadła przez wielki bór, który rozciągał się wedle Klonówki. Szedł wolno, od czasu do czasu spoglądając na radosny miesiączek, co oświetlał piaszczystą drogę lub spozierał w głębinę tajemniczego boru. Nagle patrzy, a tu obok niego idą stare, chude wilki i cosik sobie mruczą. Przez głowę przeleciała mu myśl, że pewnikiem to nie wilki, ino jakieś złe duchy.
Toteż zaraz chwycił amulet zawieszony na szyi i machnął osikową laską na lewo i prawo, ale wilki ani drgnęły. Szły sobie dalej, jakby nigdy nic.
Idzie strwożony sołtys i tylko myśli, jakby się tu z tej strasznej przygody ratować. Przeszedł już Jamy Wilcze i Jamy Lisie, przeszedł Pólko Lipieckie. Na leśnym rozdrożu zatrzymał się, pomyślał chwilę, a potem ruszył na uroczysko, gdzie stał stary, drewniany posąg Boga Welesa.
Tam padł na kolana, wyjął z torby kawałek chleba i baryłkę piwa. Chleb złożył pod posągiem, piwo ulał z wielką czcią i począł się modlić:
Welesie, Welesie, panie wielki,
Odpędź proszę te złe wilki.
Gdy skończył, wstał i wrócił na swoją drogę. Jakie było jego zdziwienie, gdy zobaczył, że pod dębem czekają wilki.
– O wielcy Bogowie! – zawołał zrozpaczony, lecz ruszył w dalszą drogę. Wilki wnet go otoczyły i szły z nim krok w krok.
I tak sołtys w trwodze przebył kawał boru i doszedł do gajówki, co stała niedaleko leśnej strugi. Niewiele się namyślał i wszedł do środka, opowiedział o swojej przygodzie i poprosił o pomoc.
Wtedy borowy powiedział mu:
– Człowieku, nie bój się wilków, one cię nie zjedzą, bo jesteś pod opieką wielkiego Welesa.
Gdy sołtys opuścił gajówkę, wilków już nie było, tylko w głębi boru rozlegały się ich przeciągłe wycia. Wtedy sołtys ruszył szczęśliwy w dalszą drogę.
O wężach prawiono różnie. A to, że mają one swojego króla, co na głowie nosi koronę i rządzi innymi, to znowu, że za dokuczanie mszczą się i mogą nawet udusić.
Dawniej węże żyły w przyjaźni z człowiekiem, a człowiek je szanował i pozwalał im przebywać w oborze i chałupie. Babka mówiła, że ssały krowy i nieraz zabawiały dzieci.
Opowiadano też, że węże wyczuwały, jaka będzie zima i jak głęboką mają wykopać sobie kryjówkę, a gdy nadszedł czas siewów ozimych, wchodziły na drzewa i razem ze żmijami słuchały, jak na uroczyskach Żercy i Guślarze odprawiali żertwy i wróżby czynili na rok następny, a potem schodziły w głąb ziemi.
Starzy ostrzegali, aby w dniu tym nie przebywać ani w lesie, ani w sadzie, ani tam, gdzie rosną jakiekolwiek drzewa, a to dlatego, żeby uszanować święto gadów i nie sprowadzać na siebie nieszczęścia.
Duch pasiecznik
XIX-wieczna stylizowana opowieść ludowa

Żył przed laty sławetny, a jakże pszczelarz, Wawrzon Olbiński. Miał on ci wielgachną pasiekę na głębokich supłach, gdzieś niedaleko leśnej prześlogi.
Ojce mówili, że okopana była rowem i otoczona wałem. I gadali też, że w samym środku, gdzie złocił się kierz dziewanny, stał ulok-odmieniec, niby starzec jakiś, z długą brodą i grzywą. W nim to miał przemieszkiwać dobry duch-pasiecznik, który opiekował się pszczelną chudobą Olbińskiego.
Rabsiki i guślarze, co to niby mieli go widzieć, powiadali, że kręcił się po pasiece jako smukły człowieczyna w białym przyodzianiu. W ręku miał podkurzacz, z którego na wszystkie strony walił okrutny dym.
Pono rzucał on czary na tych, co chcieli okradać ule z miodu i wosku. Miały mu w tych czarach pomagać wilcze kły i pazury, co wisiały na otworze ulotka, w którym przemieszkiwał.
Pono w każde południe, jako że był przezorny gospodarek, obchodził pasiekę i pilnie pozierał, czy w każdym wylotku dobrze sprawują się robotne pszczółki i czy nie kręcą się tręty i skarle.
Raz do roku, na początku sierpnia, w jego święto, Olbiński składał ofiarę swojemu duszkowi. Przed jego ulokiem stawiał na kamieniu miód w skorupce, a obok kładł kawałek żytniego chleba. Pono duch-pasiecznik wielce z tego był rad.
Kwiat paproci
XIX-wieczna stylizowana opowieść ludowa

Jednemu chłopu w dzień przed nocą kupalną zginęły konie. Szukał ich po wsi, po łąkach i pastwiskach. Na próżno.
Powędrował w końcu do ciemnego boru. Tam szukał po ługach i drogach. Już zapadła noc, a on wciąż biegał i wołał:
– Cieś, ciesiu, cieś, ciesiu… – tylko echo rozlegało się między drzewami.
O północy znalazł się na Białym Ługu, gdzie rosły wielkie paprocie. Już nie biegł, ale szedł noga za nogą, bo czuł coraz to większe zmęczenie.
Chciał usiąść na zielonym wrzosie, aż tu nagle ogarnęła go niezwykła błogość i zobaczył, gdzie są jego konie. A potem jawiły mu się jeszcze jakieś inne dziwy.
Serce jego wypełniło się wielkim szczęściem.
– Bogi wielkie! – wołał ucieszony chłop. – Toż niechybnie dostał mi się kwiat paproci.
Co tchu w piersiach pognał tam, gdzie spokojnie pasły się jego konie. Połapał je i przyprowadził do stajni, a sam poszedł do chałupy.
Gdy zdejmował buty, kwiat paproci wyleciał, a z nim szczęście, które trwało tak krótko.
W noc Kupały
XIX-wieczna stylizowana opowieść ludowa

Nocą, w czas Kupały, paśli chłopy woły na ugorze. Siedzieli przy ognisku i prawili o dawnych czasach.
W pewnej chwili jeden z nich, a był to Lewuniok, odezwał się w te słowa:
– Słuchajcie, nadchodzi północka, a wiadomo, o takiej porze kwitnie cudowna paproć. Niedaleko stąd jest długi rów, a w nim, jak w najśliczniejszym gaju, pełno zieloniutkich paproci. Chodźmy tam!
– Chodźmy! – zawołali wszyscy i pośpiesznie ruszyli do podmokłego rowu.
Pokładli się nad nim i zaczęli wpatrywać się w tajemniczy gąszcz. Przez dłuższy czas leżeli na zorowiu w grobowym milczeniu. Tylko z dala dolatywały do nich sobótkowe pokrzykiwania i pieśni smutne i radosne.
Lewuniok pierwszy zobaczył, że na czubku najniższej paproci rozjaśniał piękny, biały kwiat. Chciał go zerwać, wyciągnął rękę, a tu patrzy – żmija wychyla swoją głowę i przeraźliwie syczy. Krzyknął więc z wielkiej bojaźni.
W tej samej chwili przeleciał nad nimi straszliwy świst wiatru, a potem jeszcze straszniejszy trzask łamanych drzew i gałęzi. Wszyscy struchleli ze strachu. Leżeli na pół żywi. Jak tylko się trochę uspokoiło, zerwali się z zorowia i co tchu pobiegli między woły.
Widać nie im był pisany cudowny kwiat paproci.
Jak wąż ratował chłopa
XIX-wieczna stylizowana opowieść ludowa

W jesienny ranek o świtaniu wziął chłop kobiałkę i poszedł na grzyby. Gdy tylko znalazł się w borze, zaraz skręcił tam, gdzie rosły wrzosowiska i paprocie.
Chodził bardzo powoli, rozglądał się i od czasu do czasu podnosił to prawdziwka, to panoka lub koźlarza. W godzinę miał już pełną kobiałkę. Spojrzał na słonko i ruszył do prześlogi.
Kiedy przechodził przez chechły, zawadził o korzeń i wpadł z całą siłą w wilczy dół, w którym spał potężny wąż z koroną królewską na głowie.
Przeląkł się strasznie, ale nie węża, bo te uchodziły zawsze za gady przyjazne, tylko ciemnej czeluści, w której znalazł się tak niespodziewanie. Zaczął żarliwie modlić się do Bogów i błagać o pomoc jakąś.
Potem próbował sam wydostać się. Robił to kilka razy, ale zawsze nadaremnie. Wreszcie wielce strudzony gorzko zapłakał nad swoją niedolą.
Wąż leżał spokojnie i patrzył litościwie na nieporadne wysiłki człowieka. Zapragnął mu pomóc. Syczeniem chciał się z nim porozumieć, ale nieszczęśnik takiego języka nie rozumiał.
Wtedy wąż skierował swój ogon do ręki chłopa, a sam zaczął pełzać po ścianie dołu. W końcu wydostał się na górę, gdzie okręcił się o najbliższe drzewo. Ale chłop tego też nie pojął.
Wąż z głośnym sykiem wrócił do dołu i po raz drugi zrobił to samo. Chłop wreszcie zrozumiał, chwycił go oburącz i jak po linie wygramolił się z wilczego dołu.
Był uratowany.
Siostry zmienione w łabędzie
XIX-wieczna stylizowana opowieść ludowa

Były trzy siostry, wszystkie ładne, dobre i wesołe. Kochały się bardzo. Jednej było na imię Dobrusia, drugiej Sławka, a trzeciej, najstarszej – Jagódka.
Razu pewnego postanowiły iść na żertwę na stare uroczysko, co było pośrodku ciemnego boru. Zerwały się z posłania o pierwszym pianiu koguta, ubrały się, coś niecoś zjadły i wybiegły przed chałupę.
Księżyc był wtedy akurat w nowiu i niewiele dawał blasku. Toteż ciemność zalegała dokoła. Siostry w obawie, aby się nie pogubiły, chwyciły się za ręce i wędrowały samym środkiem piaszczystego gościńca.
Pierwsze wiorstwy przeszły w milczeniu, potem zaczęły cichutko śpiewać.
Tak dotarły do wielkiego zielonego Dębu Perunowego na rozstajach. Tam skręciły w lewo. Minęły jezioro i wkrótce znalazły się w brzozowym gaju, gdzie znajdowały się mogiłki potępieńców.
Przywarły jeszcze bardziej do siebie, a gdy szły dalej, słyszały tajemniczy szum drzew i wołanie: „Pójdź! Pójdź! Pójdź!”.
Na skraju owego brzozowego gaju przystanęły, żeby cokolwiek odpocząć i zastanowić się, czy dobrze idą. Nagle zauważyły w ciemnościach słabe, ledwo widoczne światełko.
Ucieszyły się i natychmiast ruszyły w tamtą stronę. Nie minęło kilka minut, a już były pod oknem starej chałupy.
Patrzą i wierzyć im się nie chce: w izbie stoi baba i smaruje sobie czymś pachy i spody stóp, potem okrakiem siada na ożogu i woła:
– Las, nie las, wieś, nie wieś, wietrze nieś!
Rozległ się trzask, a baba odwróciła się do komina.
– Na Bogów wielkich, toć to straszna ciota! Uciekajmy! – krzyknęła Dobrusia.
Usłyszała to zła czarownica. Bardzo się rozgniewała i migiem dopadła do okna, rozwarła je na oścież i zawołała:
– Stańcie się łabędziami i odtąd żyjcie w wodach Czarnego Jeziora!
Gwałtownie zahuczało w powietrzu. Dobrusia i Sławka padły na zagony między główki kapusty i zaraz też zamieniły się w białe, krzykliwe ptaki.
Tylko Jagódce, która zdążyła chwycić biedrzeniec, udało się uciec i co tchu pobiegła ku matczynej zagrodzie. Gdy już była na rozstajach, spotkała staruszka, który zagrodził jej drogę i odezwał się do niej spokojnie:
– Czemuś taka przerażona i tak się śpieszysz?
– Panie wędrowcze, stało się wielkie nieszczęście! Moje siostry zła ciota zza brzozowego gaju zamieniła w łabędzie i kazała im pływać po Czarnym Jeziorze!
– Wracaj do chałupy i pośpiesznie szyj dla sióstr koszulki z pokrzyw. Jeżeli je w przeciągu trzech dni przyodziejesz, to zaklęte siostry-ptaki odzyskają dawną postać.
Pocieszona Jagódka szybko poszła do matki, której wszystko, co się stało, opowiedziała z wielkim płaczem i zaraz zabrała się do roboty. O rannej rosie zrywała pokrzywy na ugorze, potem je suszyła i międliła, a z otrzymanych włókien przędła nitki. Z nitek tych tkała zgrzebne płótno. Późnym wieczorem przy płonącym łuczywie szyła koszulki dla swoich sióstr.
Bardzo się spieszyła, bo w najbliższy ranek musiały być już gotowe. Przy tym smutnie powtarzała:
- Siostry moje kochane
- Siostry łabędzie
- Jutro waszym cierpieniom
- Już koniec będzie
- Nim zorza wzejdzie
- Nim opadną wody
- Wrócicie z powrotem
- Do ludzkiej urody
Skoro świt przybiegła nad wody Czarnego Jeziora. Uklękła przy trzcinach i prosiła:
– Siostry-siostrzyce, łabędzie-łabędzice, przybywajcie, przybywajcie!
Trzy razy prośbę swoją powtórzyła. W pewnej chwili usłyszała ciche pluskanie i jękliwe głosy, a później coraz głośniejsze. Wreszcie ujrzała dwa śliczne łabędzie.
Chwyciła pierwszego i ubrała go w koszulkę. Od razu zmienił się w uroczą dziewczynę. Była to Dobrusia.
Potem złapała drugiego i ubrała w koszulkę, ale że zapomniała w pośpiechu przyszyć jednego rękawka, odczarowana Sławka pojawiła się bez ręki.
Rozpłakały się siostry i z wielkim płaczem wróciły pod matczyną strzechę.
W rok później udały się na uroczysko w ciemnym borze, aby za wszystko podziękować i prosić o opiekę wielkich Bogów.
Samotna sosna
XIX-wieczna stylizowana opowieść ludowa

Przy świńskiej drodze, na wzgórzu, tuż nad strugą stała samotna, rozgałęziona sosna. Zwali ją matką albo nasiennicą, bo rodziła jąderka, z których rosła borowa gęstwina. Szanowali ją i poważali jak jakąś świętość. Wkrótce w sosnowej dziupli pszczółki założyły sobie siedlisko.
I tak latami stała i szumiała sosna na wzgórzu, nad strugą. Ludzie jej się kłaniali i uważali za Boże drzewo. Aż tu któregoś jesiennego dnia zapadła uchwała, że sosnę-matkę trzeba ściąć, a na jej miejscu wystawić gromadzką tarlę.
Wyznaczyli wysoką nagrodę. Przyszło kilku chłopów do roboty. Popatrzyli, podumali, ale żaden sosny nie tknął, bo się bał kary Bogów.
Dopiero Antek z sąsiedniej wsi porwał się na sosnę. Mówili, że jak ją rąbał, to krew z niej ciekła. Długo nie cieszył się nagrodą, bo w trzecim tygodniu życie postradał, rażony piorunem. Przerażenie we wsi było wielkie.
Odtąd tu straszyło. Na ubłaganie Bogów ludzie znosili jadło i miody i składali w ofierze, prosząc o litość. Tak ciężko los ich pokarał za wycięcie tego świętego drzewa.
Pieśń Słowana
Źródło: legenda pochodzi z zbioru podań i opowieści zawartych w książce „Klechdy domowe"
Autor: Ignacy Kraszewski

Wisło biała, matko biała, czemu mętne wody twoje? Jakże mętne być nie mają, kiedy do nich Izy padają? Lud u brzega ręce łamie, ręce łamie i ratunku woła, a ratunku nie ma… Smok w pieczarze siadł pod górą, co zobaczy, to pochłonie, co pochwyci, to pożera. Kiedy z głodu ryczy wściekły, cała góra drży od ryku. Kiedy syty dyszy w jamie, oddech powietrze zaraża… Noc i dzień spoczynku nie ma – pola puste, lud ucieka, zwierz do lasu goni z trwogą… Trzody wyplenił i ludzi, dławi niewiasty i dzieci, a nigdy pastwy niesyty, ciągle ryczy, ciągle dyszy.
– Czymże zgładzić żmiję, smoka? Miecz mu skóry nie przebije, pałka czaszki nie roztrzaska, gardła mu nie zduszą dłonie i piorun go nie zabije, i woda go nie pochłonie, i ziemia go nie przykryje.
Krak na grodzie smutny siedzi, myśli, duma, brodę zwija, podparł się i patrzy w ziemię. „Jak mam pożyć tego smoka, jak potworę tę umorzyć?" Myśli miesiąc, myśli drugi, smok żre ludzi, myśli trzeci, a smok ryczy… Rady! rady! Płacze, ręce załamuje. – Jak mam pożyć tego smoka, jak potworę umorzyć.
Siedem razy miesiąc rośnie, siedem razy się roztapia, aż Krak Skubę wołać każe.
– Skubo, człecze, rób, coć rzekę: zabij wołu, owcę zabij, wnętrzności wyrzuć do wody, a smoły weźmij gorącej, a siarki nabierz palącej, a węgli nabierz czerwonych. Wypchaj ścierwo siarką, smołą, podrzuć je pod smoczą jamę, kiedy żmij zaryczy z głodu. Smok niech ogień ten pochłonie, niech mu wnętrzności przepali. Niech pęknie dzika potwora.
Poszedł Skuba i tak czyni, jako mądry król rozkazał. Zabił wołu, owcę zabił, nadział siarką, węglem, smołą, do pieczary je przywleka.
Gdy smok wyje z głodu wściekły i głodną paszczę otwiera: – Naści strawę, żmiju-smocze! – Połyka straszna paszczęka, ryknie, aż drży góra cała i gród z stołbami się chwieje. W smoku palą się wnętrzności, trzewia ogień mu wyżera. I z jamy głowę wywleka, leci do Wisły i żłopie. Źłopie, aż się nadął cały i rycząc rozpukł, i zdycha.
Wtem Krak z mieczem idzie z grodu, łeb żmii strasznej ucina, na żerdź go wtyka wysoko.
– Patrzaj, narodzie mój miły, że się twe męki skończyły. Ptacy niosą wieść wesołą, wiatry polami z nią biega, niech rolnik wychodzi z pługiem, niech pastuch bydło wyżenie, niech dzieci idą na łąki – nie ma już smoka na ziemi.
Nad smoczą jamą na górze gród się kamienny podnosi, tam Krak króluje spokojny, na cztery strony spoziera, cztery zwojował narody. A broda rośnie mu siwa i już mu piersi zakrywa, już i do kolan mu sięga. A kiedy dotknie się ziemi, król wie, że umrzeć mu pora. Ni się weseli, ni smuci, że swe królestwo porzuci, dwu synów ma już; u boku i córkę Wandę ma jedną. Broda dorosła już ziemi.
– Przyszła już na mnie godzina; weźcie królestwo na dwoje. Siostrze dać królewskie wiano i żyjcie w braterskiej zgodzie. Płacz po swym ojcu, narodzie! Naród zapłakał i ciało niesie na górę Lassotę, na stosie go posadzili tryznę z obiatą sprawili, popioły Kraka zebrali, każdy wziął po garści ziemi, szli i sypali, dopóki mogiła w górę nie wzrosła.
Kraj na pół bracia dzielili, poczną panować Krak z Lechem i Krak ma ziemi połowę, i Lech połowę ma ziemi. Lech patrzy na brata z trwogą: „starszy mi kark zgniecie nogą”.
– Jedźmy do lasu na łowy, bracie, na zwierza dzikiego, jedźmy razem w puszczę ciemną… będziemy gonić jelenie, będziem zabijać niedźwiedzie.
Siedli na koń, siostra z wieży prosi:
– Nie jedźcie na łowy – krucy dziś rano krakali i sen miałam w nocy krwawy. Weźcie czeladź, weźcie z sobą, zwierz jest dziki, las jest czarny.
A Krak śmieje się i rzecze:
– Zwierz i las niestraszny dla nas.
Aż w puszczę ciemną wjechali – wtem młodszy staje i rzecze: – Tutaj ci, bracie, umierać, ja całe pań„stwo zagarnę. – Rzekł i młotem w skroń mu ciska, aż krew szkarłatna wytryska i Krak na ziemię upada. Co tu czynić z ciałem brata? Z ziemi wilcy je wygrzebią, po trupie poznają ludzie. Mieczem go rąbie na ćwierci, tnie go na drobne kawały i na rozstajach je grzebie. Piaskiem białym przysypuje, nogami ubija ziemię. Księżyc i gwiazdy patrzały, puszcza ich widziała ciemna; księżyc, gwiazdy nie wydały, puszczy nikt nie słuchał głosu.
Jedzie na gród Lech i płacze, suknię rozdarł, ręce łamie. – Biada mi – oto zwierz srogi brata zagryzł w ciemnym lesie. Krew widzicie na mej szacie, bom go bronił nadaremno.
Lech wziął po nim ziemię całą i sam panował na grodzie. Na rozstajach, kędy ciało białym piaskiem przysypane, jasne lilije wyrosły, kwitną i z wiatrem bujają, wiatrom jęcząc powiadają:
– Tutaj jest Kraka mogiła, ręka brata go zabiła.
Ludzie idą nocą, drogą, dziwne głosy słyszą. Z trwogą, wiatr odwiewa Kraka ciało. Na zamek niosą je ludzie, starszyzna na gród się zbiera. Niechaj ten, co zabił brata, idzie z ziemi na kraj świata, kędy oczy go poniosą.
Wanda została jedyna, która bogom ślubowała. – Ona będzie nam królową.
– Jak mam być królową waszą, kiedym bogom ślubowała, że męża nie będę miała?…
Wanda morza, Wanda ziemi, Wanda powietrza królowa, naród śpiewa i wykrzyka: – Córka Kraka niech panuje! Na granicy, na rubieży Niemiec siedzi jak lis w jamie, wieść do niego szybka bieży: dziewka siedzi na stolicy, wianek ma miasto korony, kądziel miasto miecza trzyma, męża nie chce, pana nie ma!
Rytgar kupy zbiera zbrojne, na bezbronny kraj, na wojnę. I stanęli na granicy, i śle posły do dziewicy.
– Mężem twoim chcę być, Wando, lub twe ziemie ogniem, mieczem przejdziem, spalim i wysieczem.
Już pola wojsko zalewa i las oszczepów się jeży, świecą tarcze, chrzęszczą bronie. Przyszły posły, Wanda staje.
– Ślubowałam bogom wiarę, męża nigdy mieć nie będę. Chcecie wojny? Wojsko sprawię, niech rozstrzyga bitwa krwawa.
Posły poszły, wojska płyną, pola, góry wnet obsiadły. Wanda z miecze m, skronie w wianku, przodem jedzie, twarzą świeci. Patrzaj, Niemcze, licz swe siły. Pojrzał Rytgar, kędy były; ani śladu, ani słychu, pierzchło wojsko w lasy, góry. Sam się został Rytgar srogi. Losy swoje klnie i bogi, miecza dobył, pierś przeszywa, królujże, Wando szczęśliwa! Zwycięska wraca królowa… I na gród swój naród woła. Wyszła z wianuszkiem u czoła, w sukni białej, z kwiatkiem w dłoni.
– Pozdrawiam was, cni ojcowie. Przyszła na mnie ma godzina, życiem bogom ślubowała, na raz oddam im je całe, niż o rękę bić się mają ci, co ziemi pożądają. Wiedźcie mnie do Wisły brzega, nad głębinę, nad wir wielki. – Rzekła i w Wisłę się rzuca. Naród płacze swej królowej, cały się zbiega do ciała i sypie pani mogiłę, i pieśń o niej wieczną śpiewa.
Bóg wam zdrowie niechaj daje – a pieśń przy mnie niech zostaje…
Krzysztofory
Źródło: legenda pochodzi z zbioru podań i opowieści zawartych w książce „Klechdy domowe"
Autor: Seweryn Udziela

Kamienica stojąca w Rynku na rogu ulicy Szczepańskiej nazywa się Krzysztoforami, bo tam na froncie miał być umieszczony kamienny posąg świętego Krzysztofa. Jest to kamienica bardzo stara, krążą też o niej różne cudowne podania.
Pod kamienicą znajdują się obszerne sklepione piwnice, które, jak mówią, mają się ciągnąć pod Rynkiem aż do kościoła Mariackiego.
Razu jednego kucharka miała zarżnąć koguta, ale ten wyrwał się jej z rąk, uciekł i wpadł przez otwarte drzwi do piwnicy. Kucharka za nim. Z piwnicy do piwnicy uciekał kogut, kucharka goniła go, wreszcie gdzieś się jej zatracił. Nie mogąc go znaleźć i złapać, chciała powrócić do kuchni, ale wśród tych piwnic zabłądziła.
Wtem niespodziewanie pokazał się jej kogut z rogami na głowie. Przerażona, poznała, że to był diabeł. Kogut odezwał się ludzkim głosem:
– Za to, żeś mi darowała życie, dam ci tyle pieniędzy, ile uniesiesz.
I do fartucha nasypał jej złota i srebra dosyć, pokazał drogę do powrotu i nakazał, aby się poza siebie nie oglądnęła.
Kucharka biegła szybko, wpadła na schody i już miała wyjść z piwnicy, gdy na ostatnim stopniu będąc, ciekawa, odwróciła się. Wtem nagle drzwi zatrzasnęły się z wielkim hukiem i przycięły jej piętę. Za karę tej ciekawości wszystkie otrzymane pieniądze zamieniły się w śmieci.
Opowiadają także, że w tych piwnicach siedzi bazyliszek. Ma to być taki potwór o głowie koguta, a ciele gada. Zaś wzrok ma taki, że na kogo spojrzy, wzrokiem tym go zabija.
Gdyby kto był tak odważny, opowiadają, i poszedł do tych piwnic trzymając lustro przed sobą, to bazyliszek, zobaczywszy się w lustrze, zabiłby się sam własnym wzrokiem. A wtedy można by było zdobyć wielkie skarby, których on pilnuje.
Baśń o braciach bliźniakach
Źródło: https://www.smakizpolski.com.pl/basnie-slowianskie-cz-2, Mity Słowian
Autor: Adrian Cieśliński

Na krańcach prawie dwukilometrowej długości skalnego grzbietu wyrastają strzeliste ruiny bliźniaczych zamków, w Bobolicach i Mirowie. Wybudowane w czasach Kazimierza Wielkiego były siedliskami rycerzy rozbójników, którzy ograbiali bez litości przejeżdżających kupców. W XIX wieku znaleziono w lochach okrągłej zamkowej wieży ogromny skarb. A w piętnastowiecznych kronikach odnotowano fakt porwania pięknej damy i trzymania jej na zamku w Bobolicach. Do dziś ruiny wzbudzają zachwyt surowością i tajemnym pięknem gotyckich konstrukcji.
Przed wiekami zamkami władali dwaj bracia bliźniacy, podobni do siebie jak dwie krople wody, że nawet poddani ich nie rozróżniali. Obaj bogactwa posiadali ogromne, skrzętnie ukryte w tajemnym podziemiu łączącym obie warownie. A strzegli skarbów pies i czarownica, która czerwonymi ślepiami przerażała każdego, kto by śmiał do skrzyń z kosztownościami sięgnąć. I żyliby zapewne, bracia długo i szczęśliwie, gdyby nie pięknej urody księżniczka, którą z wojennej wyprawy przywiózł pan z Bobolic. W pięknej brance zakochał się jego brat – władca Mirowa. Zazdrosny właściciel branki wtrącił kobietę do lochów, nakazując czarownicy by oprócz skarbów, strzegła pięknej pani.
Gdy o północy jak to w zwyczaju czarownic bywa, strażniczka skarbów odlatywała na miotle odprawiać sabat na Łysej Górze, tajnym przejściem do księżniczki przychodził jej pocieszyciel. Gdy pan z Bobolic usłyszał psa warczenie, wpadł do podziemia, a ujrzawszy księżniczkę w ramionach brata, z wściekłości ciął go mieczem, na miejscu zabijając. Dręczony wyrzutami sumienia uciszał je trunkiem, aż pewnej nocy padł rażony piorunem. Do dziś księżniczki w podziemiach strzeże ta sama czarownica, a gdy odlatuje nocą na swój sabat, na balkonie zamkowej wieży pojawia tajemnicza biała postać i długo patrzy w kierunku mirowskiego zamku, by później rozpłynąć się w ruinach.
Cóż może są lochy, a może ich nie ma, ale prawdą jest, że wapienne skały podziurawione są różnymi jaskiniami, grotami i nie jeden skarb kryją. Gdy będziecie nocą w pobliżu bobolickiego zamku to może białą damę ujrzycie, bo ja widziałem i Wam opowiedziałem…
Twardowski
Źródło: legenda pochodzi z zbioru podań i opowieści zawartych w książce „Klechdy domowe"
Autor: Kazimierz Władysław Wójcicki

Twardowski był dobry szlachcic, bo po mieczu i kądzieli. Chciał mieć więcej rozumu, niż mają drudzy poczciwi ludzie, i znaleźć na śmierć lekarstwo, bo nie chciało mu się umrzeć. W starej księdze raz wyczytał, jak diabła przywołać można, o północnej przeto dobie cicho wychodzi z Krakowa, kędy leczył w całym mieście, i przybywszy na Podgórze zaczął biesa głośno wzywać.
Stanął prędko zawezwany; jak w one czasy bywało, zawarli z sobą umowę. Na kolanach zaraz diabeł napisał długi cyrograf, który własną krwią Twardowski, wyciśniętą z serdecznego palca, podpisał.
Między wielu warunkami był ten główny: że dopóty ni do ciała, ni do duszy czart żadnego prawa nie ma, dopóki Twardowskiego w Rzymie nie ułapi.
Na mocy tej to umowy diabłu, jako swemu słudze, rozkazał naprzód, by z całej Polski srebro zaniósł w jedno miejsce i piaskiem dobrze przysypał. Wskazał mu Olkusz; posłuszny służka dopełnił rozkazu wydanego i z tego srebra powstała sławna kopalnia srebra w Olkuszu.
Drugą rzecz kazał: do Pieskowej Skały by przyniósł skałę wysoką, przewrócił na dół najcieńszym końcem, ażeby tak wiecznie stała. Posłuszny giermek, jako pan kazał, postawił skałę, co dotąd stoi i zwie się Skałą Sokolą.
Wszystko, co jeno zażądał żywnie, miał na swoje zawołanie; jeździł na malowanym koniu, latał w powietrzu bez skrzydeł, w daleką drogę siadał na koguta i prędzej bieżał niż konno; pływał po Wiśle ze swoją kochanką, wstecz wody bez wiosła i żagli, a jak szkło wziął do ręki, zapalał wioski na sto mil odległe.
Upodobawszy jedną pannę chciał się ożenić; ale panna chowała we flaszce robaka i pod tym warunkiem obiecywała oddać temu rękę, kto zgadnie, co to za robak. Twardowski, w ciemię nie bity, przebrał się w dziada łachmany i przyszedł do ładnej panny. Pyta go zaraz, ukazując z dala flaszkę:
- Co to za zwierzę, robak czy wąż?
- Kto to odgadnie, będzie mój mąż.
A Twardowski odrzekł na to:
– To jest pszczółka, mościwa panno!
Zgadł w istocie i wnet się ożenił.
Pani Twardowska na Rynku Krakowa ulepiła z gliny domek, w nim przedawała garnki i misy. Twardowski za bogatego przebrany pana, przejeżdżając z licznym „dworem, tłuc je zawsze czeladzi kazał. A kiedy żona ze złości wyklinała w pień, co żyje, on siedząc w pięknej kolasie śmiał się szczerze i wesoło.
Złota miał zawsze by piasku; bo co chciał, to diabeł znosił. Kiedy długo dokazuje, raz był zaszedł w bór ciemnisty bez narzędzi czarnoksięskich. Zaczął dumać zamyślony; nagle napada go diabeł i żąda, aby niezwłocznie udał się prosto do Rzymu.
Rozgniewany czarnoksiężnik mocą swojego zaklęcia zmusił biesa do ucieczki; zgrzytając kłami ze złości, wyrywa sosnę z korzeniami i tak silnie Twardowskiego uderza po nogach obu, że jedną zgruchotał całą. Od onej doby był kulawy i zwany odtąd powszechnie kuternogą.
W ostatku sprzykrzywszy sobie zły duch, czekając dość długo na duszę czarnoksiężnika, przybiera postać dworzana i jak biegłego lekarza zaprasza niby do swojego pana, że potrzebuje pomocy. Twardowski za posłańcem śpieszy do pobliskiej wioski nie wiedząc, że w niej się gospoda nazywała Rzymem.
Skoro tylko próg przestąpił onego mieszkania, mnóstwo kruków, sów, puchaczy osiadło dach cały i wrzaskliwymi głosy napełniło powietrze. Twardowski od razu poznał, co go może tutaj spotkać, więc z kołyski dziecię małe, świeżo dopiero ochrzczone, porywa drżący na ręce, zaczyna piastować, gdy w własnej postaci wpada diabeł do izby.
Chociaż był pięknie ubrany – miał kapelusz trójgraniasty, frak niemiecki, z długą na brzuch kamizelką, spodnie krótkie i obcisłe, a trzewiki ze sprzączkami i wstążkami, wszyscy go poznali zaraz, bo wyglądały rogi spod kapelusza, pazury z trzewika i harcap (warkocz przy peruce, noszony przez mężczyzn w późniejszym okresie w wieku XVIII) z tyłu.
Już chciał porwać Twardowskiego, gdy spostrzegł wielką przeszkodę, bo małe dziecię na ręku, do którego nie miał prawa. Ale bies wnet znalazł sposób; przystąpił do czarnoksiężnika i rzecze:
– Jesteś dobry szlachcic zatem: „Verbum nobile debet esse stabile” (słowo szlacheckie winno być dotrzymane).
Twardowski, widząc, że nie może złamać szlacheckiego słowa, złożył w kołyskę dziecię, a wraz ze swym towarzyszem wylecieli wprost kominem.
Zawrzało stado radośnie sów, wron, kruków i puchaczy. Lecą wyżej, coraz wyżej. Twardowski nie stracił ducha; spojrzy na dół – widzi ziemię, a tak wysoko poleciał, że wsie widzi takie małe jak komary, miasta duże jakby muchy, a sam Kraków by dwa pająki razem.
Żal mu szczery serce ścisnął; tam zostawił wszystko drogie, co polubił i ukochał; a więc podleciawszy wyżej, gdzie ni sęp, ni orzeł Karpat skrzydłem wiatru nie poruszył, gdzie zaledwo okiem sięgnął, z zmordowanej piersi silnie dobędzie ostatku głosu i zanuci pieśń pobożną.
Była to jedna z kantyczek (pieśń nabożna), które dawniej w swej młodości, kiedy nie znał żadnych czarów, duszę jeszcze miał niewinną, ułożył na cześć Marii i śpiewał zawsze codziennie. Głos jego niknie w powietrzu, choć śpiewa z serca serdecznie, ale pasterze górale, co pod nim na górach paśli, zdziwieni podnieśli głowy, chcąc wiedzieć, skąd pieśń nabożna słowa im z chmurą przynosi. Głos jego bowiem nie poszedł w górę, ale przyległ do tej ziemi, by zbudował ludzkie dusze.
Skończył pieśń całą, zdziwiony wielce patrzy, że w górę nie leci wyżej, że zawisł w miejscu. Spojrzy dokoła – już towarzysza nie widzi swojej podróży; głos jeno mocny nad sobą słyszy, co zagrzmiał w sinawej chmurze:
– Zostaniesz do dnia sądnego, zawieszony tak jak teraz! Jak zawisł w miejscu, dotychczas buja, a choć mu słowa w ustach zamarły, choć głosu jego nikt nie dosłyszy, starcy, co dawne pamiętają czasy, gdy miesiąc w pełni zabłyśnie, przed niewielu jeszcze laty wskazywali czarną plamkę jako ciało Twardowskiego, zawieszone do dnia sądu.
Diabelski most
Źródło: legenda pochodzi z zbioru podań i opowieści zawartych w książce „Klechdy domowe"
Autor: Oskar Kolberg

W Ojcowie, gdzie z obu stron doliny wartkiego Prądnika wznoszą się stromo nagie skały, możny pan Kasztelan wybudował sobie na szczycie zamek i zapragnął połączyć go mostem powietrznym z wysoką, prawie pionową przeciwległą górą. Wzywał wszystkich majstrów, co się na takiej robocie znali, obiecywał masy złota, ale daremnie, nikt nie chciał się podjąć tak trudnej budowy.
Aż przyszedł raz do Ojcowa młody murarz i kiedy mu pan opowiedział, czego chce, zapalił się tak do projektu, że podjął się go wykonać.
Wyobraził sobie, jak pięknie most zawiśnie w powietrzu między skałami, nad bystrą rzeką górską radośnie szemrzącą, i wziął się raźnie do dzieła. Nie jadł, nie spał, tylko myślał, rysował, obliczał, ale coraz większy go strach ogarniał, że nie wykona zamiaru, „oraz więcej spostrzegał trudności. Wstyd mu było króla, wstyd samego siebie; nieraz aż łzy żalu i wściekłości dusił na myśl, że będzie musiał ustąpić przed trudnościami. „Choćby z diabła pomocą, a postawić most muszę” — rzekł wreszcie sam do siebie. A choć wypowiedział to bardziej myślą niż słowy, kusy usłyszał. I już go masz: w czarnym fraku, zręcznie przykrywającym ogon, w krótkich spodenkach, pantoflach i w peruce, aby mu rogów znać nie było; zjawia się przed murarzem, kłania się kapeluszem i doprasza się do spółki.
Murarz poznał diabła, ale tak zawziął się do roboty, że już na nic nie zważał. Zaczynają rozprawiać o moście, grzeczny jegomość z daleka zatrąca, że na tę i tamtą trudność znajdzie radę, ale chciałby mieć jakąś korzyść ze spółki.
– Czego chcesz? – pyta murarz.
– E, niewiele, na małym przestanę. Gdy most ukończymy, zabiorę sobie pierwszą istotę żyjącą, która po nim przejdzie.
– Zgoda! – zawołał murarz, niewiele myśląc o warunkach, bo aż się palił do roboty.
Jak z bicza trzasł, stanął most, doskonale zbudowany, a murarz napatrzeć mu się nie może, ręce zaciera z radości. Tymczasem kusy usiadł w dolinie nad Prądnikiem i czeka na murarza, który musiał przejść po moście, aby się samemu przekonać o jego dobroci i innym moc jego pokazać. Niecierpliwie rwał się sam do tego i byłby zapomniał o warunku spółki, ale na szczęście przeżegnał się i westchnął z wdzięczności do Boga, aż tu słyszy, jakby nad sobą, głos: „Daj pokój, nie idź!” Dopiero przypomniał sobie wszystko i złapawszy świnię, która się nawinęła, na most ją wpędził z wielkim śmiechem i uciechą. A diabeł na widok świni, idącej po moście przodem, strasznym się gniewem zapalił. Wzniósł się znad Prądnika, rogiem w most od spodu uderzył, dziurę w nim wybił, biedne zwierzę porwał za nogi i rzucił z wściekłością w dolinę, aż mózg się rozprysnął.
Murarz dziurę chciał naprawić, ale daremnie. Wszystko, czym ją zapychał, waliło się w przepaść, gdy tylko nogę postawił. Całe szczęście, że był ostrożny i nie szedł śmiało, lecz kroku próbował, boby go kusy dostał był w swe szpony. Aż w końcu murarz naprawy zaniechał i w moście została się dziura. Dziwowali się jej ludzie, zjeżdżający się zewsząd, aby most oglądać, i stąd powstało przysłowie: „Potrzebny jak dziura w moście”.”
Jak powstały Karpaty
Źródło: legenda pochodzi z zbioru podań i opowieści zawartych w książce „Klechdy domowe"
Autor: Maria Krüger

W dawnych, praprapradawnych czasach najbliższym sąsiadem ziemi krakowskiej było Królestwo Olbrzymów. Mieszkańcy tego kraju nie byli olbrzymami, ale rządziło nimi siedemdziesięciu siedmiu wielkoludów. Na ich czele stał król, który był największym wielkoludem. Tych siedemdziesięciu siedmiu olbrzymów miało niezwykłą moc. Jeśli który z nich powiedział słowo „tak”, to natychmiast wyrastała z ziemi wielka skała, a jeśli wymówił słowo „nie”, w tej samej chwili otwierała się głęboka przepaść. Taki to już był dziwny i zaczarowany kraj. Był to też kraj pełen dostatku, bogaty.
Ale kiedyś, gdy zebrała się wielka królewska rada siedemdziesięciu siedmiu olbrzymów, jeden z nich poddał myśl, aby powiększyć królestwo.
– Zagarnijmy ziemię krakowską – rzekł.
Król skinął głową przyzwalająco i tylko jeszcze zapytał resztę panów z rady o zgodę. A wówczas wszyscy oni odpowiedzieli jednogłośnie:
– Tak! Ledwie zaś wypowiedzieli to słowo, siedemdziesiąt siedem gór z ogromnym hukiem wydobyło się z ziemi. A tak były wysokie, że szczyty ich ginęły w obłokach.
W tejże samej chwili owi panowie rada, z królem na czele, za to, że chcieli zabrać cudzy kraj, utracili swoją czarodziejską moc.
Zniknął i zamek królewski, a zasiadający w radzie olbrzymi w oka mgnieniu zaczęli się kurczyć. Ciała ich jęły pokrywać się łuską. Nie minęło wiele czasu, gdy z całej rady olbrzymów zostało tylko kłębowisko wężów na szarej, skalistej ziemi. Jedynie król jaśniał pośród nich srebrną łuską i diamentowym czubem. Niewielkie było teraz jego wężowe królestwo – rozciągać się miało tylko tak daleko, jak daleko sięgnąć mógł wzrokiem, aby dojrzeć krzątających się przy pracy na polu ludzi i rozróżnić, którzy z nich mają na sobie szare, a którzy białe gunie.
Wszystko to wydarzyło się przed wieloma wiekami. A potem całe królestwo wężowe porosło lasem smreków i zmieniło się w nieprzebytą puszczę, która po dzień dzisiejszy przetrwała. Nad ową zaś puszczą ciemnieją, słowem olbrzymów z głębi ziemi wydobyte, szczyty górskie, nazwane później Karpatami.
Powiadają też ludzie, że onże srebrnołuski król wężów usiłuje z trudem wielkim wczołgać się na te szczyty, aby patrząc z góry na swe królestwo, jak największą jego połać wzrokiem ogarnąć i przez to jak najrozległejszym je uczynić. A zaś na wierchach, przez które wężowy król się przesunął, żadna drzewina nigdy nie urośnie, tylko skały lśnią jego srebrzysto-diamentowym śladem.
Jak Sobanek płanetnika gościł
Źródło: legenda pochodzi z zbioru podań i opowieści zawartych w książce „Klechdy domowe"
Autor: Maria Krüger

Mieszkał ongiś w Zakopanem gazda, zwali go Sobanek. Lubili go wszyscy, bo majster był zdatny do każdej roboty i muzykant nie byle jaki. A chatę miał opodal młyna, tuż nad potokiem.
Wyszedł więc któregoś dnia ten Sobanek na przyzbę, na Gładkie spogląda i widzi, że chmura ogromniasta, czarna zawisła od tej strony na niebie i gradem zaczyna sypać, wielkim jak gołębie jaja. A wśród tego gradu chłopaczysko jakieś nieznajome przed chatą stoi. Nie wiadomo, skąd się wziął. Z gołą głową, bosy, w portkach tylko i w serdaku. Trzęsie się z zimna i zębami szczęka. Ulitował się nad nim Sobanek.
– Pójdźże, nieboraku – powiada – ogrzejesz się w chacie.
Przy kominie go sadza, drew dorzuca, żeby cieplej było. Ale chociaż ogień na kominie coraz większy i w izbie coraz cieplej, chłopaczysko zamiast schnąć, coraz bardziej zmoczony siedzi. Strugi wody przez całą izbę płyną. Pomiarkował coś Sobanek, cap! chłopaka za kark i za próg go wypchnął.
Chłopak zatoczył się i do potoku, co przy chacie szemrał, wpadł aż po pas. A ledwie wpadł, to roześmiał się, aż mu białe zęby błysnęły, i gada:
– Wiecie, Sobanku? Strasznie mi teraz dobrze, tyle żebym co podjadł.
– To siedź, kiedy ci dobrze – mówi Sobanek. Do chaty skoczył, wyniósł placka owsianego kawał i bryndzy baryłkę.
Zjadł to wszystko do ostatniego okruszka onże dziwny chłopak i pyta:
– A dałbyś jeszcze? Ja ci się za to odwdzięczę.
Dał mu więc Sobanek jeszcze i bryndzy, i mleka słodkiego garnuszek. I odtąd go żywił, a ten cudak tylko w potoku siedział, śmiał się na całe gardło z byle czego i pogodę przepowiadał. Jak powiedział, że będzie deszcz albo mgła, albo że krupy gradowe się posypią, to nigdy nie skłamał. I Sobanek już wiedział, że to jest płanetnik – to znaczy taki, co deszczem, śniegiem i chmurami rządzi.
Czasem to Sobanek chwalił sobie tego dziwnego gościa, ale czasem to już i cierpliwość tracił, bo chłopaczysko i różne figle płatał – a to koło młyńskie zatrzymał, a to dziewuchy wodą oblał.
Aż kiedyś w nocy obudził się Sobanek i widzi, że drzwi się do chaty otwierają i płanetnik wchodzi. Skrada się po cichu i skórę świńską, co na ławie leżała, zabiera. Nic Sobanek na to nie powiedział, tylko wycho„dzi za nim popatrzeć, co z tego będzie. A płanetnik siadł na skale, nogi sobie skórą ową owinął i bretnalem, co go z podcienia wyciągnął, kierpce sobie szyje.
I tak gada:
– Świeć, miesiączku, świeć, abym sobie piękne kierpce wyszykował.
– Ej że – odezwie się naraz Sobanek – a kto ci dał skórę na te kierpce?
– Nie gniewajcie się, gazdo. Potrzebne mi są, bo w drogę się wybieram. Już mnie moi wołają. A za waszą gościnę postaram się wam odwdzięczyć.
Nazajutrz zaczął padać śnieg. A płanetnik posmutniał, jeść nie chciał, tylko coraz ku Orawicy spoglądał.
Potem zaś na Walcocki Wierch zaczął iść. A Sobanek za nim. Kiedy zaś już na samym szczycie byli, to płanetnik zaczął w kółko chodzić coraz to prędzej i prędzej, aż wreszcie mgła gęsta zasnuła góry i zabrała go.
Niedługo jednak było tej mgły. Rozeszła się, słońce znów się pokazało i przez dwa tygodnie całymi dniami świeciło ludziom na pociechę. Aż wreszcie któregoś dnia, w samo południe, gdzieś nad Szaflarami zaczęło grzmieć. Wiatr zaczął dąć i czarna chmura nadeszła od Poronina. A grzmiało, a huczało, aż strach! Sobanek na skałę wyszedł, głowę zadarł i dalej wołać do płanetnika:
– Zabieraj się z tą chmurą z powrotem! Idź, skądeś przyszedł, pomnij na gościnę moją!
– Kiedy nie mogę, bo wiatr mnie pędzi! – odezwał się z góry płanetnik.
– A coś obiecał? Nad hale zawróć, kiedy inaczej nie możesz. Tylko ludziom szkody nie rób!
Zakotłowała się chmura, nad Giewontem się okręciła i zawróciła – hen na hale. Ulewa wtedy była, jakiej ludzie najstarsi nie pamiętali. Oberwał się wtedy Skupniów Upłaz i aż Pięć Stawów Polskich z tej ulewy powstało – ale Zakopane ocalało. A to wszystko dlatego, że płanetnik Sobankowi za gościnę chciał się odwdzięczyć.
Podanie o Wiśle
Źródło: legenda pochodzi z zbioru podań i opowieści zawartych w książce „Klechdy domowe"
Autor: Jadwiga Chrząszczewska Jadwiga Warnkówna

W zamierzchłych czasach żył potężny król nazwiskiem Beskid, wraz z swą małżonką Boraną, władczynią lasów i zwierząt. Gdy Beskid umarł, Borana osiedliła się na najwyższej górze i wychowała troje dzieci: dwie śliczne córki, Czarnochę i Białkę, opiekunki wód, i syna Lana, który miał nad łąkami i polami panować.
Gdy Borana uczuła się bliską śmierci, zaleciła córkom rozprowadzić wody po świecie, a synowi – pozakładać łąki i pola uprawne. Posłuszne dzieci wypełniły wolę matki. Lan użyźniał ziemię i zasiewał pola urodzajnym zbożem; Czarnocha, zapłakawszy, po łagodnej pochyłości zeszła w dolinę po stronie południowej, żywa zaś i wesoła Białka pobiegła ku północy nie zważając na skały i przepaści, i w dolinie – ku wielkiej radości – spotkała się z siostrą, Czarnochą. Odtąd postanowiły nigdy się nie rozłączać i razem postępować dalej, ale daleko nie zaszły, bo niejaki Czantor z braćmi swoimi zastąpił im drogę i zamknął w dolinie.
Siostry były tam szczęśliwe, bo Czantor zasłaniał je od zimnych wiatrów i gorących promieni słońca; za to w podzięce zraszały stoki gór, które niebawem pokryły się pięknymi lasami, pełnymi traw i kwiecia.
Aż raz matka-ziemia kazała rozstąpić się górom i wypuścić wody. Czantor musiał być posłusznym, lecz obawiał się puścić siostry na nieznane drogi i dlatego wysłał tylko jedną falę, aby wywiedziała się o drodze. Siostry zrobiły wieniec z kwiatów nadbrzeżnych i, ozdobiwszy falę wysłaną, żegnały ją serdecznie.
Pierwsza ta fala, zwana Wyszła, czyli Wisła, wypłynąwszy z gór ulubionych, już się chciała do sióstr wrócić, ale spostrzegłszy góry krakowskie, ku nim podążyła i radośnie przez nie została przyjętą. Później odwiedziła strony sandomierskie, warszawskie, płockie, włocławskie, toruńskie, a wypłynąwszy z ziemi chełmińskiej, pobiegła do morza.
Za tą pierwszą falą wysyłają siostry coraz to inne fale, które płyną zawsze tą samą drogą. A stało się to wtedy, gdy słońce podniosło się najwyżej i najbujniej zakwitły kwiaty.
Odtąd na pamiątkę tego zdarzenia dziewczęta wzdłuż całego brzegu Wisły obchodzą wianki w przeddzień św. Jana, puszczając po wodzie wieńce z kwiatów. Odtąd także wodę, przepływającą po dolinie, do której zeszła Czarnocha, nazywają Wisłą Czarną, a siostrę jej – Białą. Góra, gdzie przebywała Borana, zowie się Baranią, a tam gdzie mieszkał Czantor, Czantorią; lud mieszkający między górami – góralami, a lud w dolinach – Lanami, Lachami lub Polanami.
Podanie o Skarbniku
Źródło: legenda pochodzi z zbioru podań i opowieści zawartych w książce „Klechdy domowe"
Autor: Jadwiga Chrząszczewska Jadwiga Warnkówna

Był raz młody chłopak, który przyszedł do dąbrowieckiej kopalni. Na początek dali mu taką robotę, że ładował węgiel na wózki i byłby pewnie ładował do sądnego dnia, bo obcemu niełatwo o lepszy zarobek, aż Skarbnik upodobał go sobie i jak nie stanie raz przed nim i nie powie: „Chodź ze mną”, a był ubrany jako zwyczajny sztygar i chłopak myślał se, że to sztygar, tak i poszedł za nim, a Skarbnik pyta dalej: „Masz olej w lampce?” „Mam”, „A chleb masz?” „Mam”. „To chodź, pokażę ci kopalnię”. Doszli do nowego numeru, a tu ściana rozstępuje się i weszli w sam środek pokładu węgla, a Skarbnik pokazywał chłopcu, gdzie węgiel najgrubszy, gdzie jaka woda, a chłopak myślał, że dzień cały chodzi, bo mu oleju i chleba starczyło. Nareszcie Skarbnik wyprowadził chłopca na podszybie i dał mu kartkę ze swoim podpisem, jako mu na górze mają wypłacić za cały czas, co on był pod ziemią, ale przykazał też, aby nie ważył się nigdy do kopalni wracać.
Kiedy chłopak na górze kartkę oddał, zaczęto po księgach szukać, kiedy taki a taki robotnik jest zapisany, i ledwie znaleźli, że to było przed rokiem. Okrutnie się wtedy dziwowali i nie wierzyli chłopcu, ale jak zaczął im rozpowiadać, tak i zmiarkowali, że to rzetelny Skarbnika podpis, i za cały rok chłopcu wypłacili, a i sami skorzystali, dowiedziawszy się, gdzie czego szukać pod ziemią.
Pół roku wytrzymał chłopiec bez kopalni, jako mu Skarbnik nakazał, ale potem tak go bez węgla cniło, że nie wytrzymał i poszedł. Ale ino co się spuścił, a tu w szybie maleńki kamyczek w samą głowę go trafił i zabił na miejscu. Tak ukarał Skarbnik nieposłuszeństwo swej woli.
O mądrym rybaku i głupim diable
Źródło: legenda pochodzi z zbioru podań i opowieści zawartych w książce „Klechdy domowe"
Autor: Franciszek Fenikowski

Dawnymi czasy Bałtyk, tu przy Rozewskim Haku, był spokojny i gładki jak lustro. W toniach jego stawiał sieci Fabisz, pierwszy z rybaków, który zawędrował w te pustkowia i osiedlił się przy Lisim Jarze. Ludzi było wtenczas na kaszubskim brzegu bardzo mało, toteż czart chodził koło jego checzy bezustannie i w najrozmaitszy sposób kusił rybaka, aby sprzedał mu swoją duszę. Kaszuba odpędzał go, na koniec jednak sprzykrzyły mu się te ciągłe nalegania.
– Dobrze – rzekł któregoś ranka, spotkawszy biesa przy łodzi na strądzie.
– Zapiszę ci moją duszę, ale najpierw przekonam się o twej mocy.
– Zrobię wszystko, co zechcesz – zapewnił radośnie diabeł.
– Żebyś ty tak utrzymał kotwicę żeglującej łodzi. To by była sztuka!
Napuszył się kusy Purtk.
– To dla mnie będzie fraszka.
Zabrali razem czółno ze strądu i wypłynęli. Kaszuba rozwinął żagiel. Kiedy oddalili się już od kamienistego brzegu, wziął z dna łodzi linę i zwrócił się do rogatego towarzysza żeglugi:
– Przywiążę cię teraz do ramion kotwicy, żebyś prędzej poszedł na dno. Skoro stamtąd moją łódź zatrzymasz, będę twój.
Bies skinął głową na znak zgody. Rybak przywiązał mu ręce do żelaznych zębisk kotwicy, przeżegnał supły i jednym pchnięciem wyrzucił czarta za burtę. Zabulgotała woda, Purtk poszedł na dno jak kamień.
Znalazłszy się tam, począł szarpać linę, by zatrzymać czółno, tak jak to przyobiecał. „Źle ze mną” – pomyślał rybak, łódź bowiem mimo wiatru płynęła teraz wolniej, grzęzła w morzu jak w lepkiej smole.
Nie chcąc, by kusy Purtk był górą, mądry Kaszuba przeciął linę i zawrócił do brzegu, rad, że się pozbył natręta.
Rzeczywiście, od tej pory żaden już zły duch nie nagabywał go ani w checzy, ani na strądzie przy suszących się sieciach, ani w czółnie podczas połowu. Ale morze przy Rozewskiej Głowie zmieniło się bardzo.
Ile bowiem razy zrozpaczony bies próbuje zerwać węzły i wydostać się z pułapki, fale poczynają się kotłować, pienią się jak war, a z głębi dochodzi przeraźliwy ryk spętanego diabła, który wścieka się na kaszubską przebiegłość.
Porwany przez wiatr
Źródło: tłumaczenie z XIX wiecznego zbioru „Srpske narodne pripovijetke" udostepninej na stronie https://en.wikisource.org/wiki/Slavonic_Fairy_Tales

Pewien czarnoksiężnik rozgniewał się na młodego chłopa, przyszedł więc do chaty, w której ten mieszkał, i wsunął nowy, ostry nóż pod próg, wypowiadając przy tym zaklęcie oraz takie życzenie:
– Niech ten chłop zostanie porwany przez wiatr i uniesiony w powietrze, aby pozostawał tam przez całych siedem lat.
Chłop wyszedł na pole suszyć siano, gdy nagle zerwał się gwałtowny wiatr. Rozrzucił siano po całym polu, a następnie porwał samego chłopa. na próżno się opierał, na próżno chwytał silnymi ramionami za żywopłot lub gałęzie drzew – niewidzialna siła uniosła go i porwała ze sobą.
Niesiony pośród chmur, jakby na skrzydłach wiatru, leciał niczym dziki gołąb. Słońce zaczynało już zachodzić na zachodzie, a głodny chłop widział dym unoszący się z chat w jego wiosce, gdzie przygotowywano wieczerzę. Niekiedy mógł niemal dotknąć stopami kominów i wtedy głośno wołał o pomoc. Ale krzyczał i płakał na próżno – nikt nie słyszał jego wołania ani nie widział jego gorzkich łez.
Tak był noszony w powietrzu przez blisko trzy miesiące i przez ten czas z głodu i pragnienia wyschł niczym kawałek drewna. Przeleciał nad wielką częścią świata, lecz wiatr najczęściej unosił go nad wioską, w której mieszkał.
Ze łzami w oczach spoglądał na chatę, gdzie mieszkała jego narzeczona. Widział ją wychodzącą z obiadem dla któregoś z domowników. Wyciągał ku niej swoje chude, zimne ramiona i wołał ją po imieniu. Głos zamierał mu jednak w gardle, a dziewczyna nawet nie podnosiła wzroku.
Wiatr niósł chłopa coraz dalej i dalej. Wkrótce ujrzał okrutnego czarnoksiężnika stojącego przed własnym domem. Czarnoksiężnik spojrzał w górę i zawołał do niego:
– Ach, jeszcze z tobą nie skończyłem; przez siedem długich lat będziesz unoszony przez wiatr nad własną wioską. Będziesz nieustannie cierpiał i pragnął śmierci, lecz umrzeć nie będziesz mógł.
– Ojcze mój, panie mój, wybacz mi, jeśli cię obraziłem! – zawołał biedak z góry. – Spójrz na mnie; moje usta są suche jak drzazga! Spójrz na moją twarz i ręce – ciało z nich zniknęło, zostały tylko kości! Zlituj się nade mną!
Czarnoksiężnik wyszeptał kilka słów, a chłop zatrzymał się w swoim wirowaniu i zawisł nieruchomo w powietrzu.
– Łatwo ci prosić o przebaczenie; ale co mi dasz, jeśli pozwolę ci wrócić na ziemię?
– Wszystko, czego zażądasz! – zawołał biedny chłop, składając ręce jak do modlitwy i klękając w powietrzu.
– Oddasz mi swoją ukochaną? – zapytał czarnoksiężnik. – Chcę ją mieć za żonę. Jeśli obiecasz mi ją oddać, pozwolę ci jeszcze raz zejść na ziemię.
Chłop milczał przez chwilę. Pomyślał sobie:
„Gdy tylko znów znajdę się na ziemi, zobaczymy, co da się zrobić.”
Odpowiedział więc czarnoksiężnikowi:
– O, panie! Żądasz ode mnie wielkiej ofiary; ale jeśli inaczej być nie może, niech stanie się wedle twojej woli.
Wtedy czarnoksiężnik dmuchnął na niego i chłop opadł na ziemię. Jakże szczęśliwy był, gdy poczuł, że może chodzić i że wiatr nie ma już nad nim władzy!
Pośpieszył do domu. Przed drzwiami spotkał swoją narzeczoną. na widok dawno utraconego ukochanego, nad którego losem często płakała, zdumiona dziewczyna krzyknęła z zaskoczenia. Chłop delikatnie odsunął ją na bok i wszedł do domu.
Tam zobaczył gospodarza, u którego pracował, i powiedział do niego ze łzami w oczach:
– Nie mogę już dłużej wam służyć ani poślubić waszej córki. Kocham ją bardziej niż własny wzrok, ale nigdy nie będzie mogła zostać moją żoną.
Wieśniak spojrzał na niego ze zdumieniem, a widząc, jak smutna i wychudzona jest jego twarz – dawniej pełna i rumiana – zapytał, dlaczego odmawia poślubienia jego córki.
Chłop opowiedział mu wszystko: swoją podróż w powietrzu oraz obietnicę daną czarnoksiężnikowi. Gospodarz wysłuchał go i polecił biedakowi być dobrej myśli. Następnie wziął sakiewkę pełną pieniędzy i udał się po radę do wiedźmy.
Kiedy wieczorem wrócił, był uśmiechnięty i zadowolony. Powiedział do chłopa:
– Idź jutro przed świtem do wiedźmy, a wszystko będzie dobrze.
Chłop, zmęczony jak nigdy, położył się spać i szybko zasnął twardym snem. Jednak jeszcze przed świtem wstał i udał się do wiedźmy.
Zastał ją skuloną przed ogniem, w którym paliły się zioła. Wiedźma kazała mu stać spokojnie obok siebie. Poranek był cichy i piękny, lecz nagle zerwał się silny wiatr, który zatrząsł chatą.
Wtedy wiedźma wyprowadziła chłopa na podwórze i poleciła mu spojrzeć w górę. Podniósł oczy i ujrzał złego czarnoksiężnika, odzianego jedynie w nocną koszulę, wirującego wysoko w powietrzu.
– Oto twój wróg – powiedziała wiedźma. – Już więcej ci nie zaszkodzi. Jeśli chcesz, by zobaczył twoje wesele, zrób, co ci powiem. Poza tym spotka go taka sama kara, jaką przeznaczył dla ciebie.
Uradowany chłop pobiegł do domu. W miesiąc później odbyło się jego wesele.
Gdy goście tańczyli podczas uczty weselnej, chłop wyszedł na podwórze, spojrzał w górę i zobaczył nad chatą czarnoksiężnika wirującego w powietrzu. Wziął nowy nóż i – mierząc w czarnoksiężnika – rzucił nim z całej siły. Czarnoksiężnik spadł na ziemię i wtedy okazało się, że został przybity za stopę do ziemi; był więc zmuszony stać przy oknie jako nieszczęsny świadek szczęścia chłopa i jego przyjaciół.
Nazajutrz rano czarnoksiężnik zniknął sprzed chaty. Niektórzy ludzie twierdzili, że widzieli go lecącego przez powietrze nad wielkim jeziorem oddalonym o kilka mil; przed nim i za nim leciały wielkie stada kruków, które swoim krakaniem oznajmiały jego dalszy lot przez przestworza.
Jonek
Źródło: tłumaczenie z XIX wiecznego zbioru „Srpske narodne pripovijetke" udostepninej na stronie https://en.wikisource.org/wiki/Slavonic_Fairy_Tales

I
„Jeśli chcesz posiadać piszczałkę, na której dźwięk zatańczą nawet niechętne nogi i która sprawi, że umarli powstaną i ukażą się takimi, jakimi byli za życia – szukaj jej w lesie.
W głębokim, czarnym lesie wypatruj zielonej wierzby, która nigdy nie słyszała szumu wody ani piania koguta; bo na głos koguta duchy znikają, a wierzba, która słyszała szum wody, nigdy nikogo nie zmusi do tańca.
Jeśli chcesz, by dziewczyna cię pokochała, schwytaj nietoperza, włóż go do glinianego garnka, a o północy zanieś garnek do mrowiska i tam go zakop. Następnej nocy, również o dwunastej, wróć i wydobądź garnek. Znajdziesz w nim grabie i widły. Jeśli przeciągniesz grabie od strony dziewczyny ku sobie, pokocha cię; jeśli od strony ulubionego towarzysza – zostanie twoim przyjacielem. Jeśli jakaś kobieta cię kocha, a ty o nią nie dbasz, popchnij ku niej widły, a znienawidzi cię; jeśli zaś jakiś mężczyzna, którego nie cenisz lub który nie jest godzien twojej przyjaźni, ofiaruje ci ją – uczyń to samo wobec niego, a więcej nie będzie cię niepokoił.
Tak więc dzięki piszczałce zaznasz radości i ujrzysz zmarłych takimi, jakimi byli za życia; dzięki grabiom zdobędziesz miłość i przyjaźń.
Lecz jeśli zapragniesz poznać mroczną, niewidzialną przyszłość albo posiąść niezmierzone bogactwa, posłuchaj tej ostatniej nauki:
W wigilię świętego Jana, dokładnie o północy, zakwita paproć; lecz niełatwo zdobyć jej kwiat. Groza odbierze ci dech i zmrozi krew; serce niemal przestanie bić. Niezliczone burze rozszaleją się wokół ciebie i zatrzęsą samą ziemią. Włosy staną ci dęba jak topole i nawet wiatr nie zdoła ich pochylić. Jeśli zdołasz to wszystko wytrzymać, kwiat paproci, zdobyty z takim męstwem, ukaże ci przyszłość i obdarzy niezliczonym złotem. Dzięki niemu staniesz się bogaty i będziesz mógł patrzeć w przyszłość jak w zwierciadło.”
Młody chłop usłyszał te słowa w mroku lasu i natychmiast porzucił woły oraz wóz załadowany porąbanym drewnem. Pełen radości i nadziei zapuścił się głębiej w las, szukając wierzby, z której gałęzi mógłby zrobić cudowną piszczałkę. Długo błąkał się w poszukiwaniu zielonej wierzby. Wreszcie znalazł ją pośrodku suchej łąki w głębi boru. Odciął prostą gałąź, zdjął z niej korę i wkrótce piszczałka była gotowa.
Zagrał na niej i serce wypełniła mu radość. Był sam pośród gęstego lasu, a dźwięk piszczałki tak go rozweselił, że zaczął tańczyć i podskakiwać po zielonej łące, aż zmęczony padł na trawę, by odpocząć. Kiedy sam doświadczył mocy piszczałki, chłopa ogarnął lęk na myśl, że jej głos może przywoływać umarłych. Samo wspomnienie o tym wywołało zimny pot na jego czole. Ciekawość jednak zwyciężyła strach i poczuł nieodpartą chęć, by natychmiast udać się na cmentarz. Schował piszczałkę pod sukmanę i zaczął przedzierać się z lasu wąską, trudną ścieżką.
Wkrótce młody chłop dotarł na otwartą przestrzeń i wbiegł na niewielkie wzgórze; otaczały je stare i nowe groby. Krzyżowały się tam dwie drogi, a nad świeżą mogiłą stał nowy krzyż.[1]
– No cóż – powiedział do siebie chłop – spróbujmy tu zagrać; do cmentarza jeszcze daleko. Zobaczymy, czy choć jeden umarły powstanie na ten dźwięk.
Wyjął piszczałkę i zaczął grać. Gdy tylko rozległ się jej głos, krzyż runął na ziemię, grób się otworzył i ukazał się stary żebrak, zamordowany na rozstajach trzydzieści lat wcześniej.
Młodzieniec odwrócił głowę z przerażeniem na widok starej, pomarszczonej twarzy nieszczęsnego żebraka, jeszcze bardziej odrażającej przez zadane mu rany. ze strachu grał dalej i ujrzał, jak pozostałe groby także nagle się otwierają; usłyszał szczęk broni i tętent końskich kopyt. Ukazało mu się wielu wysokich rycerzy w zbrojach, większość na koniach. Jeśli widok starego żebraka śmiertelnie go przestraszył, to pojawienie się potężnych rycerzy niemal odebrało mu życie ze strachu. Choć był najwyższym mężczyzną w swojej wsi, głową ledwie sięgał kolan tych olbrzymów. Coraz bardziej przerażony otworzył usta i przecierał oczy. Gdy tylko przestał dmuchać w piszczałkę, duchy wróciły do grobów, ziemia znów je przykryła, a chłodny, wilgotny wiatr poruszył trawą i kwiatami.
Choć niemal wyczerpany zmęczeniem i wzburzeniem, chłop zdobył następnie grabie i widły – tak bardzo pragnął zdobyć miłość i przyjaźń.
Zofia, młoda czarnooka dziewczyna mieszkająca w sąsiedniej chacie, od dawna poruszała jego serce. Dziewczyna jednak nie dbała o młodego Jonka, jak zwykle nazywano chłopa. na próżno śpiewał jej:
„Oczy Zofii są piękne jak jeżyny,
Jej usta słodsze są niż miód!”
Zofia śmiała się z Jonka i jego pieśni.
Pewnego dnia plewiła len w ogrodzie; Jonek, ukryty przed jej wzrokiem, przeciągnął po ziemi czarodziejskie grabie od niej ku sobie. od tej chwili Zofia przyjmowała jego zaloty łaskawiej, a uradowany Jonek całował grabie z wdzięczności i szczęścia. Był pewien, że dziewczyna go kocha, i do pełni szczęścia brakowało mu już tylko przyjaciela.
Wybrał młodego towarzysza imieniem Czyżyk. Między nimi szybko zrodziła się serdeczna przyjaźń. Młody Czyżyk był dobrze znany czarnookiej Zofii; gdy obaj przychodzili ją odwiedzić, zawsze witała ich z uśmiechem. Jonek zaczął już myśleć o ślubie z Zofią; pewnego dnia, pogrążony w tych rozmyślaniach, usiadł za stogiem siana. Nagle usłyszał rozmowę zza sąsiedniego stogu. Zaciekawiony podkradł się niepostrzeżenie i usłyszał, jak jego przyjaciel Czyżyk rozmawia z Zofią o dniu ich własnego ślubu. Pełen gniewu Jonek połamał grabie i widły, wyrzekając się zarówno przyjaźni, jak i miłości.
– na cóż mi wierzbowa piszczałka, grabie i widły nietoperza? – wołał Jonek ze łzami w oczach. – Piszczałka tylko mnie zmęczyła, każąc tańczyć wbrew woli, a do tego niemal pozbawiła zmysłów widokiem duchów. na próżno przyciągałem Zofię grabiami nietoperza. Wszystko stracone! Lepiej spróbuję zdobyć pieniądze i zobaczę, co mnie jeszcze czeka.
Następnego dnia była wigilia świętego Jana. Jonek tej nocy nie spał w chacie; biedna matka czekała na niego daremnie. W nocy straszliwa burza połamała wiele drzew w pobliskim lesie; domy i stodoły trafione piorunami spłonęły doszczętnie. Około południa Jonek wrócił do chaty blady i drżący. Oczy błyszczały mu jak oczy szaleńca. na próżno stara matka postawiła przed nim miskę gotowanej kaszy ze skwarkami – nie mógł przełknąć ani kęsa. Matka się modliła; Jonek ciężko wzdychał, choć chwilami uśmiechał się radośnie do siebie, potrząsając złotem w kieszeniach.
II
Jonek był starszym drużbą na weselu Zofii i Czyżyka. Ubrany był bogaciej niż ktokolwiek obecny i hojnie płacił muzykantom. od tego dnia przewodził zabawom w karczmach; często stawiał całej wsi, a w święta płacił muzykantom jak prawdziwy pan. Niekiedy grywał na wierzbnej piszczałce, a wszyscy, którzy ją słyszeli, tańczyli radośnie przez całą noc.
Lecz Jonkowi nie wystarczało bogactwo. Chciał wiedzieć, co spotka go w przyszłości. Wyjął z kieszeni kwiat paproci i powiedział do niego:
– Powiedz mi, pokaż mi, o kwiecie!
Co stanie się z twoim Jonkiem?
I usłyszał głos spod ziemi:
– Zostaniesz powieszony:
Twe zimne, sztywne nogi będą chwiać się na wietrze.
– do licha! – krzyknął gniewnie Jonek. – nie zostanę powieszony, bo niczego takiego nie zrobiłem!
Roześmiał się na tę myśl, lecz nocą, choć był półpijany, nie mógł zasnąć ze strachu.
Jonek długo jeszcze oddawał się zabawom, zanim zaczął poważnie myśleć o przyszłości. Kieszenie miał już puste; drugi raz zdobyć kwiat paproci przez tę samą osobę było niemożliwe, a pieniędzy więcej nie miał. Bardzo go to trapiło. Zbliżała się Wielkanoc i wszyscy młodzi ludzie ze wsi prosili Jonka, by wcześniej zamówił muzykantów; tymczasem nie miał nawet grosza, by im zapłacić. nie mogąc spać, rozmyślał nad swoimi troskami i przypomniał sobie, że dzięki kwiatowi paproci może odkrywać ukryte skarby, tak jak wcześniej znalazł złoto pod ruinami starego zamku. Potarł więc ponownie kwiat paproci i ujrzał w widzeniu pewnego pana w ogrodzie; zobaczył tam także mosiężną skrzynię pełną skarbu, zakopaną sześć stóp pod jabłonią. Jonek zerwał się, pobiegł do ogrodu i zaczął kopać. Wydobył już ciężką skrzynię i miał właśnie przerzucić ją przez mur, gdy właściciel obudził się, usłyszał złodzieja, wybiegł z domu i zatrzymał go. Lecz Jonek, chciwy złota i bojący się odkrycia, uderzył go łopatą w głowę i zabił na miejscu.
na krzyk umierającego pana służba wybiegła z domu, schwytała mordercę i oddała go w ręce sprawiedliwości.
Sześć miesięcy później Jonka powieszono na rynku sąsiedniego miasta. Taka była zapłata za jego chciwość i pragnienie poznania przyszłości.
Wiatr dął silnie, głos zaczarowanej piszczałki już się nie rozlegał, lecz sztywne, zimne nogi Jonka kołysały się i drgały na wietrze, jakby miał zaraz zatańczyć.
Taniec demona
Źródło: tłumaczenie z XIX wiecznego zbioru „Srpske narodne pripovijetke" udostepninej na stronie https://en.wikisource.org/wiki/Slavonic_Fairy_Tales

Kiedy wiatr unosi kurz w powietrze i wiruje nim w suchym tumanie, ukazuje to taniec złego ducha. Ilekroć to zobaczysz, natychmiast zamknij wszystkie drzwi i okna w swojej chacie, inaczej z pewnością wyrządzi krzywdę twoim kościom. Jeśli jednak jesteś odważny i pragniesz zdobyć bogactwo za cenę własnej duszy, weź nowy nóż poświęcony wodą święconą i zręcznie rzuć go w samo centrum wirującego pyłu.
Pewnego dnia nieustraszony młody chłop, rozgniewany na demona, który pod postacią wichury zerwał dach z jego stodoły, wziął nowy, poświęcony nóż i wbił go w ziemię dokładnie pośrodku kurzowego wiru. W tej samej chwili ukazał się demon, zgięty wpół, jakby cierpiał wielki ból, i drżący ze strachu. Zapytał chłopa, czego od niego chce.
– Napraw moją stodołę! – zawołał człowiek w wielkiej furii. – Napełnij moją jamę na ziemniaki złotem; potem przynieś do mojej chaty beczułkę gorzałki i trzy połcie słoniny.
– Uczynię to wszystko – odpowiedział demon – ale najpierw wyciągnij nóż z ziemi. Okrutnie mnie rani.
– Nie! – krzyknął chłop. – Najpierw zrób to, co ci każę.
Posłuszny duch wykonał wszystko, czego od niego zażądano. Jakiś czas później młody chłop ciężko zachorował. Gdy miał już umrzeć, jego bliscy zgromadzeni wokół niego ujrzeli demona stojącego u wezgłowia łóżka i czekającego na jego duszę. Wszyscy opłakiwali jego nieszczęsny los, a jego ojciec chrzestny powiedział:
– Gdyby zamiast prosić o pieniądze, strzelił do demona srebrnym guzikiem, dożyłby starości i ocaliłby swoją duszę.
Złe oko
Źródło: tłumaczenie z XIX wiecznego zbioru „Srpske narodne pripovijetke" udostepninej na stronie https://en.wikisource.org/wiki/Slavonic_Fairy_Tales

I
Pewnego razu nad brzegiem Wisły mieszkał bogaty szlachcic w wielkim dworze. Wszystkie okna tego domu wychodziły na piękną rzekę. Długa aleja topolowa prowadząca do ganku zarosła trawą i chwastami – znak to był, że niewielu sąsiadów odwiedzało gospodarza, a dawna polska gościnność była tam mało praktykowana.
Właściciel tego domu mieszkał w nim od siedmiu lat. Przybył z odległej części kraju i był mało znany swoim chłopom, którzy unikali go z lękiem i drżeniem z powodu strasznych opowieści o jego złym oku.
Urodził się z bogatych rodziców nad rzeką Sanem. W chwili jego narodzin zaświeciła nad nim nieszczęśliwa gwiazda i został obdarzony złym okiem, którego spojrzenie sprowadzało chorobę i śmierć na ludzi oraz zwierzęta. Jeśli w chwili nieuwagi spojrzał na bydło – padało; cokolwiek oglądał i chwalił, ginęło. na domiar nieszczęścia jego ojciec i matka umarli ze zgryzoty. „Złe Oko”, jak zaczęto go nazywać w rodzinnych stronach, gdzie jego zgubne spojrzenia sprowadziły tyle zniszczenia, sprzedał cały swój majątek i przeniósł się nad Wisłę. Tam zamieszkał w odludnym domu, odprawił wszystkich służących z wyjątkiem jednego – starego sługi, który piastował go jeszcze w niemowlęctwie i którego jedynie złe oko nie mogło skrzywdzić.
Złe Oko rzadko opuszczało dom, wiedząc, że po jego spojrzeniach następują spustoszenie i nawet śmierć. Ilekroć wyjeżdżał, stary sługa siedział obok niego, ostrzegając, gdy zbliżali się do wsi, miasta lub ludzi. Nieszczęśliwy człowiek zamykał wtedy oczy albo spuszczał wzrok na wiązankę grochowej słomy, która zawsze leżała u jego stóp [Powszechnie wierzono, że człowiek posiadający złe oko, patrząc na wiązankę grochowej słomy, nikomu nie szkodzi – słoma jedynie bardziej wysycha].
Znając zgubną moc swoich oczu, które mimo jego woli sprowadzały wokół cierpienie i ruinę, nieszczęśliwy człowiek urządził dom tak, aby wszystkie okna wychodziły na Wisłę. Ufał, że dzięki temu nie skrzywdzi sąsiadów ani nie zniszczy własnego majątku. Dwukrotnie, w nieszczęsnej chwili, spojrzał na swoje zabudowania gospodarskie – i dwukrotnie spłonęły. Lecz nawet taka ostrożność nie mogła całkowicie zapobiec nieszczęściu. Wiele statków rozbiło się naprzeciw Białego Domu, jak powszechnie nazywano tę posiadłość; flisacy na rzece przeklinali go, wskazując z trwogą na wielkie okna, z których Złe Oko sprowadzało na nich cierpienie i zgubę.
Jeden z flisaków, odważniejszy od innych, podpłynął do domu i zażądał rozmowy z jego właścicielem. Stary sługa, choć obawiał się skutków, zaprowadził go do pokoju, gdzie jego pan jadł obiad. Zirytowany tym, że przeszkodził mu obcy człowiek, spojrzał na przybysza ponuro. Ten natychmiast doznał tak wielkiego przerażenia, że nie zdołał wypowiedzieć ani słowa i zemdlał przy drzwiach.
Stary sługa na polecenie swego pana zaniósł człowieka do łodzi, dał mu trochę pieniędzy i przewiózł go na drugi brzeg rzeki. Biedak długo chorował, a gdy nieco wyzdrowiał, opowiedział straszliwą historię o Białym Domu i jego właścicielu – Złym Oku. Jeszcze bardziej zwiększyło to lęk jego towarzyszy; odtąd każdy, kto przepływał łodzią lub barką obok fatalnego miejsca, odwracał oczy od Białego Domu i gorliwie modlił się o ochronę przed wpływem Złego Oka.
II
Minęło dziesięć lat od chwili, gdy Biały Dom stał się postrachem flisaków i okolicznych mieszkańców. Nikt nie odwiedzał Złego Oka. Spędzał swoje nieszczęsne dni w milczeniu i samotności.
Tamta zima była wyjątkowo surowa. Wilki zbierały się w watahy i oszalałe z zimna oraz głodu wyły żałośnie wokół domu. Pan domu siedział milczący i ponury przed kominkiem, w którym płonął wielki ogień, przewracając kartki książki. Stary sługa, zamknąwszy drzwi, siedział po drugiej stronie, grzejąc się i naprawiając sieć.
– Stanisławie – powiedział pan – czy dużo ryb złowiłeś dziś?
– Niewiele, panie, lecz zupełnie dość dla nas dwóch.
– To prawda – odparł smutno gospodarz. – Choć tyle lat już minęło, nadal jesteśmy tylko we dwóch. O, nieszczęsna godzino, która wydała mnie na świat!
Nagle usłyszeli na dziedzińcu ludzki głos wołający o pomoc. Pan domu drgnął, gdyż dawno już nie słyszał głosu obcego człowieka. Stanisław wybiegł z pokoju, a za nim jego pan, niosąc lampę.
Przed drzwiami stały sanie z budą, a obok nich stary człowiek głośno wołał o ratunek. Gdy ujrzał dwóch mężczyzn zbliżających się ze światłem, wyniósł z sań omdlałą żonę, podczas gdy stary Stanisław pomógł wysiąść młodej i pięknej dziewczynie – jego córce.
Gdy znaleźli się w domu, dorzucono drewna do ognia i wkrótce ciepło przywróciło kobietę do przytomności. Pan domu, szczęśliwy, że może pełnić rolę gospodarza, przyniósł starego, dobrego wina i serdecznie wypił zdrowie ojca młodej i pięknej dziewczyny oraz obu pań.
Stary sługa uśmiechał się do siebie, patrząc na radosną twarz swego pana, którego oblicze niemal od narodzin spowijały smutek i przygnębienie.
Gość, rozgrzany i rozweselony hojnie podanym winem, opowiedział gospodarzowi, jak zaskoczyła go burza; jak zabłądził i długo bezskutecznie szukał schronienia; aż wreszcie napotkał stado wygłodniałych wilków, przed których kłami z największym trudem zdołał ujść i znaleźć schronienie na dziedzińcu Białego Domu.
Wkrótce potem zmęczeni podróżni udali się do ciepłych i wygodnych pokoi, by zaznać tak potrzebnego odpoczynku. W sali znów zapanowała cisza, przerywana jedynie trzaskiem drewna w kominku.
III
Zegar stojący na kominku wybił pierwszą w nocy. Stary Stanisław siedział przed ogniem drzemiąc i od czasu do czasu dokładając drewna, gdy cicho otworzyły się drzwi prowadzące z apartamentów pana i wszedł sam nieszczęśliwy gospodarz.
– Dlaczego jeszcze nie poszedłeś spać, panie? – zawołał stary sługa, przecierając oczy.
– Nie rób hałasu, mój drogi przyjacielu – odpowiedział pan łagodnym głosem. – Czuję się dziś tak szczęśliwy, że nie mogę zmrużyć oka.
Usiadł w wielkim fotelu przed ogniem, uśmiechając się do siebie, szczęśliwy niemal do łez.
„Ach, płacz, biedny panie, płacz!” – pomyślał Stanisław. – „Może wypłaczesz swoje złe oko!”
– Gdyby niebo chciało spełnić moje życzenie – powiedział pan – nie prosiłbym już o nic więcej. Przez trzydzieści lat żyłem samotnie jak pustelnik albo zbrodniarz, choć nie popełniłem żadnej zbrodni ani świadomie nie skrzywdziłem żadnego stworzenia. A wszystko przez moje nieszczęsne oczy!
Twarz, która przed chwilą promieniała radością, znów przybrała zwykły wyraz smutku; lecz wkrótce rozjaśnił ją promień nadziei.
– Mój drogi stary przyjacielu – zaczął, a Stanisław spojrzał na niego uważnie – możliwe, że nawet ja się ożenię.
– Niech niebo to sprawi! – zawołał uradowany sługa. – Ale gdzie znajdziemy naszą panią?
Pan wstał, podszedł na palcach do drzwi prowadzących do pokojów podróżnych i wskazując palcem, szepnął:
– Tam!
Stanisław pokiwał głową z aprobatą, dokładając ostatnie polana do ognia na noc. Pan domu, pogrążony w myślach, udał się spać. Stary sługa mruczał do siebie:
– Niech niebo sprawi, by tak się stało; choć obawiam się, że gruszki nigdy nie wyrosną na wierzbie.
Wkrótce sam zasnął głębokim snem.
IV
Rano podróżni przekonali się, że z powodu choroby starszej pani nie mogą kontynuować podróży. Gospodarz z przyjemnością usłyszał, że zapewne pozostaną jeszcze kilka dni. Stanisław zaczął myśleć, że może jednak gruszki wyrosną na wierzbie.
Gościem był szlachcic żyjący w dość dostatnich warunkach. Nie był wprawdzie bogaty, lecz miał środki do życia, a przy tym był człowiekiem uczciwym i niezależnym. Polubił gościnnego gospodarza i po tygodniowym pobycie powiedział do żony, której zdrowie znacznie się poprawiło:
– Magdo, zdaje mi się, że nasz życzliwy gospodarz jest mocno zauroczony naszą Marysią; a ona, o ile widzę, nie jest niechętna jego zalotom. Ze swojej strony nie miałbym nic przeciw temu małżeństwu, jeśli wszystko inne okaże się odpowiednie.
– To tylko twoje przypuszczenie – odpowiedziała żona.
W głębi duszy jednak cieszyła się, że mąż nie sprzeciwia się temu, czego sama gorąco pragnęła.
– Wydaje się bardzo miłym człowiekiem, dobrze wychowanym i posiadającym dostateczny majątek – mówił dalej ojciec, przechadzając się po pokoju. – Nasza córka jest już zresztą dość dorosła, by wejść w święty stan małżeński.
po wieczerzy gość, pokrzepiony hojnie nalanym winem gospodarza, wysłuchał z uśmiechem propozycji, jaką pan domu w skromny sposób złożył, prosząc o rękę jego córki Marysi. Ojciec po krótkim namyśle powiedział:
– Jestem bardzo zadowolony z pana i pańskiej życzliwej propozycji. Skoro posiada pan dość środków do życia i nie żąda posagu, zgadzam się, aby moja córka została pańską żoną. Niech będziecie szczęśliwi i błogosławieni w dzieciach.
Trzy miesiące później Złe Oko poślubiło swoją piękną żonę. Trawa i chwasty zniknęły z długiej topolowej alei prowadzącej do domu, stratowane przez konie i powozy przyjaciół panny młodej. Lecz gdy po krótkim czasie wszyscy goście odjechali, trawa i chwasty znów zaczęły zarastać drogę do Białego Domu.
V
Nadchodziła kolejna zima, a mieszkańców Białego Domu przybyło tylko o jedną osobę – jego panią. Większość licznej służby zatrudnionej po ślubie szybko uciekła przerażona, usłyszawszy, że ich pan posiada złe oko. Nieliczni, którzy pozostali, ciężko zachorowali i w końcu również opuścili dom. Młoda i piękna pani została opuszczona; w godzinie swego cierpienia leżała samotnie – porzucona przez przyjaciół – na kosztownym łożu. Obecny był przy niej jedynie mąż, siedzący z odwróconą twarzą i trzymający jej zimną, wilgotną dłoń w swojej dłoni. Wiedziała o straszliwym działaniu jego złego oka; wiedziała, że za każdym razem, gdy na nią spojrzy, jedynie powiększy jej ból i cierpienie; jednak w swojej kochającej naturze błagała go, by spojrzał na nią jeszcze choć raz.
– O, Marysiu! – zawołał nieszczęśliwy człowiek z głębokim westchnieniem. – Wiem, że nigdy nie będę szczęśliwy z tobą, dopóki zachowam wzrok. Oto nóż – wyłup mi oczy! Jeśli uczyni to twoja ukochana ręka, czyn utraci swój ból i grozę.
Biedna żona zadrżała z przerażenia na tę propozycję, a mąż, widząc, że nie może jej do tego nakłonić, osunął się na krzesło i gorzko zapłakał.
– Jaką wartość ma dla mnie ten niebiański dar – dar wzroku! – zawołał. – Każdym spojrzeniem sprowadzam wokół siebie zgubę i nieszczęście! Nic dziwnego, najdroższa Marysiu, że tak bardzo cierpisz: drzewo zwiędłoby pod moim wzrokiem. Lecz nabierz odwagi, ukochana; nie spojrzę na nasze dziecko. Jego przynajmniej moje oczy nie skrzywdzą.
Cierpiąca kobieta odpowiedziała mu jedynie jękiem. Przywołał starego sługę i opuścił ją. Wkrótce potem w domu rozległy się dwa krzyki, różne od siebie brzmieniem. Jeden – radosny krzyk nowo narodzonego dziecka, które po raz pierwszy ujrzało światło; drugi – pełen męki krzyk mężczyzny, ojca dziecka, który na zawsze rozstawał się ze wzrokiem! Jego oczy, błyszczące jak dwa diamenty, leżały na ziemi obok zakrwawionego noża.
VI
Minęło kolejnych sześć lat. W ścianie Białego Domu wybito okna, z których rozciągał się piękny widok na wieś i pola. Flisacy często zatrzymywali się teraz w pobliżu domu, by odpocząć. Pani domu była zdrowa i szczęśliwa: błogosławiona piękną córką, która prowadziła swego niewidomego ojca. Chłopi nie uciekali już na widok swego pana. Dawna cisza nie panowała już w Białym Domu, liczna służba krzątała się wszędzie, a całe miejsce tętniło życiem i ruchem.
Stary Stanisław, który poświęcił oczy swego pana ziemi w chwili tamtej ofiary, był już teraz zgarbiony ze starości. Pewnego dnia, ciekawy, czy oczy rozpadły się już w ziemi, odkopał je. Nagle zajaśniały na niego jak dwa żywe węgle. Gdy ich zgubne światło padło na jego pomarszczoną twarz, starzec zadrżał, upadł i umarł.
Był to pierwszy i ostatni raz, kiedy złe oko użyło swojej mocy przeciw staremu słudze. Ponieważ pan kochał go szczerze, serce gospodarza niweczyło działanie jego wzroku; lecz teraz oczy, długo spoczywające w ziemi i uwolnione od wpływu serca swego właściciela, nabrały jeszcze większej mocy czynienia zła i zabiły biednego starca.
Niewidomy pan głęboko opłakiwał wiernego sługę. na pamiątkę jego wierności postawił piękny krzyż nad jego grobem, pod którym flisacy często się modlili.
Dźuma i chłop
Źródło: tłumaczenie z XIX wiecznego zbioru „Srpske narodne pripovijetke" udostepninej na stronie https://en.wikisource.org/wiki/Slavonic_Fairy_Tales

Pewien chłop usiadł w cieniu modrzewia, aby odpocząć. Słońce stało wysoko i mocno grzało. Nagle dostrzegł coś zbliżającego się z daleka. Gdy postać podeszła bliżej, zobaczył, że była to kobieta okryta wielkim płaszczem. Jej nogi były niezwykle długie.
Chłop bardzo się przestraszył i próbował uciec, lecz zjawa pochwyciła go swoimi kościstymi ramionami i powiedziała:
– Czy znasz Dżumę? To ja. Weź mnie na swoje barki i nieś mnie przez cały kraj. Nie możesz ominąć żadnego miasta, wsi ani nawet najmniejszej osady – muszę zostać zaniesiona wszędzie. O siebie jednak się nie bój: pośród śmierci i nieszczęścia pozostaniesz żywy i zdrów.
Objęła długimi ramionami jego szyję. Chłop ruszył przed siebie, lecz zdziwiony, że nie czuje żadnego ciężaru, odwrócił głowę i zobaczył, że zjawa siedzi na jego ramionach.
Najpierw zaniósł ją do miasta. W karczmach rozbrzmiewała muzyka i tańce, wszędzie panowała radość; śmiech i zabawa królowały dookoła. Gdy chłop wszedł na rynek, kobieta potrząsnęła swymi morowymi szatami. Wkrótce muzyka i tańce ucichły, radość zniknęła, a najwyższą władzę objęła trwoga. Przerażony chłop ujrzał wokół siebie trumny i martwe ciała. Wszędzie słyszał żałobne bicie dzwonów. Wkrótce cmentarz zapełnił się tak bardzo, że zabrakło miejsca na grzebanie zmarłych. Nawet na rynku leżały ciała, których nie było gdzie pochować!
Nieszczęsny chłop szedł dalej. Gdziekolwiek przechodził przez wieś, domy pozostawały puste. Mieszkańcy, bladzi i drżący, uciekali; ludzie umierali na drogach, w lasach i na polach.
Jego rodzinna wieś stała na wysokim wzgórzu: tam mieszkali jego żona, małe dzieci i starzy rodzice. Na jej widok serce ścisnęło mu się z bólu. Chwyciwszy zjawę z całej siły, aby nie mogła się wymknąć, pospiesznie minął swój dom.
Przed nim płynęła rzeka Prut ze swoimi błękitnymi wodami; po drugiej stronie wznosiły się zielone wzgórza, a daleko dalej ciemne góry, pokryte śniegiem, ginęły szczytami w chmurach. Szybko podjął decyzję. Pobiegł naprzód i rzucił się prosto do rzeki, mając nadzieję, że ginąc samemu, utopi również Dżumę i w ten sposób ocali kraj od dalszej zagłady.
Nieszczęsny chłop zginął w wodach, lecz Dżuma jako duch nie mogła utonąć. Jednak poruszona tym odważnym czynem, uciekła przerażona i ukryła się w górach. W ten sposób chłop ocalił nie tylko swoją wieś i wszystkich swoich bliskich, lecz także tę część ojczystej ziemi, do której Dżuma jeszcze nie dotarła.
Ludzie wilki
Źródło: tłumaczenie z XIX wiecznego zbioru „Srpske narodne pripovijetke" udostepninej na stronie https://en.wikisource.org/wiki/Slavonic_Fairy_Tales

I
Na pięknym wzgórzu nad Wisłą zebrała się gromada młodych chłopców i dziewcząt ze wsi, aby świętować zakończenie żniw przy muzyce i tańcach. Jedzenia i napojów było pod dostatkiem, a wszyscy częstowali się swobodnie. W samym środku zabawy rozległ się straszliwy krzyk, który zagłuszył muzykę i wesołe pieśni.
Młodzi ludzie przerwali tańce, pobiegli w stronę, skąd dochodził krzyk, i z przerażeniem zobaczyli ogromnego wilka, który porwał w paszczę jedną z najpiękniejszych dziewcząt we wsi i ciągnął ją ze sobą.
Najodważniejsi z młodzieńców ruszyli za nim i wkrótce dogonili bestię; lecz rozwścieczony potwór, z pianą na pysku, wypuścił swoją zdobycz na ziemię i stanął nad nią gotów do walki.
Ludzie, nieuzbrojeni i przerażeni, nie wiedzieli, co czynić. Niektórzy pobiegli do domów po broń palną; pozostali, całkowicie sparaliżowani strachem, stali z dala i oczekiwali ich powrotu. Wilk, widząc lęk tych, którzy zostali, ponownie pochwycił biedną dziewczynę i zniknął z nią w pobliskim lesie.
Minęło pięćdziesiąt lat od chwili tego strasznego wydarzenia. Na tym samym wzgórzu odbywała się kolejna zabawa, gdy do biesiadników zbliżył się stary, siwowłosy człowiek. Ludzie zaprosili go do wspólnej uczty, lecz on, ponury i zamknięty w sobie, usiadł w milczeniu i wypił podaną mu szklankę gorzałki.
Pewien chłop, niemal w tym samym wieku co przybysz, podszedł do niego, pozdrowił go i spróbował nawiązać rozmowę. Nieznajomy, patrząc na niego przez chwilę, zapytał wzruszonym głosem:
– Czy to naprawdę ty, Janie?
Wieśniak rozpoznał wtedy w obcym swego starszego brata, który zaginął pięćdziesiąt lat wcześniej. Zdumieni chłopi szybko otoczyli starego przybysza, a on opowiedział im, jak pewna czarownica zamieniła go w wilka i jak podczas święta żniw porwał swoją narzeczoną właśnie z tego wzgórza; jak żył z nią przez rok w lesie, aż umarła.
– Od tamtej chwili – ciągnął dalej – dziki i rozwścieczony napadałem na każdego i niszczyłem wszystko, co spotkałem na swej drodze. Krwi, którą wtedy przelałem, nie mogę zmyć nawet teraz.
Pokazał im wtedy swoje dłonie pokryte krwawymi plamami.
– Od czterech lat znów mam ludzką postać i wędruję z miejsca na miejsce. Chciałem jeszcze raz zobaczyć was wszystkich – zobaczyć chatę i wieś, gdzie się urodziłem i dorosłem. A potem – ach, biada mi! Uciekajcie! Uciekajcie ode mnie! Znów stanę się wilkiem!
Ledwie wypowiedział te słowa, przemienił się w wilka. Zawył żałośnie, przebiegł obok osłupiałych chłopów i na zawsze zniknął w pobliskim lesie.
II
Pewien chłop, który przez siedem lat był wilkiem, otrzymał od czarownicy, która go odmieniła, pozwolenie na odzyskanie ludzkiej postaci. Głodny i nagi szedł cały dzień, aby dotrzeć do domu, gdzie pozostawił żonę i dzieci. Późno w nocy stanął przed swoją chatą i zapukał do drzwi.
– Kto tam? – zapytał głos ze środka; chłop od razu rozpoznał w nim głos swojej żony.
– To ja – twój mąż; otwórz szybko drzwi!
– Niech nas niebo broni! – krzyknęła przerażona kobieta. – Wstawaj, mężu!
Zdumiony chłop ujrzał przed sobą dawnego sługę, który poślubił jego żonę i przejął cały jego majątek. Nowy mąż wybiegł z chaty uzbrojony w widły, zdecydowany przepędzić prawowitego właściciela.
Nieszczęsny człowiek-wilk, rozwścieczony niewiernością żony, zawołał w rozpaczy:
– O, gdybym znów był wilkiem, mógłbym ukarać moją niewierną żonę i nigdy więcej nie czuć tego cierpienia!
Jego życzenie spełniło się natychmiast – ponownie zamienił się w wilka. Oszalały z gniewu, rzucił się na żonę, która stała obok, trzymając na rękach dziecko z drugiego małżeństwa. Powalił ją na ziemię, pożarł dziecko i zemścił się na matce, okrutnie kalecząc jej ciało.
Na krzyki rannej kobiety zbiegli się sąsiedzi i rzucili się na rozwścieczone zwierzę. Wilk nie bronił się długo; wkrótce padł pod ciosami napastników.
Gdy chłopi, krzycząc z radości po zwycięstwie, zaczęli oglądać stworzenie przy świetle płonących sosnowych szczap, ku swemu przerażeniu odkryli, że zamiast wilka zabili swojego sąsiada, który zaginął siedem lat wcześniej i o którym mówiono, że został przemieniony w wilka.
Próbowali go ratować, lecz było już za późno. A gdy opłakiwali jego nieszczęsny koniec, niewierna kobieta – jego żona – również zmarła od odniesionych ran.
