Śmierć – nieśmiertelny stwór istniejący na świecie od zarania jego dziejów. W znanym nam kręgu kulturowym wyobrażana jest jako kościotrup ubrany w białą płachtę. Jej rolą jest odsyłanie żywych do „krainy umarłych” czy też „na tamten świat” bądź towarzyszenie w drodze na „tamtą stronę”, zatem mówiąc wprost uśmiercanie. Przy wykonywaniu swego zadania śmierć korzystała z dość szerokiego arsenału broni takich jak zaczynając od najczęściej opisywanej kosy poprzez łuk, nóż czy też kiścień służący do wydobywania duszy a także sierp albo nawet młot. Jej przybycie do domu zwiastowane był przeróżnymi znakami jak wycie psów, hukanie sowy, niespokojne grzebanie kopytem przez konia tudzież osobliwe dźwięki płaczącego lub śmiejącego się dziecka dochodzące w nocy zza okna, trzaskanie i skrzypienie drzwi, szmery wydobywające się ze ściana, spadanie naczyń z półek a także zawodzenie w kominie. Wierzono, iż wizyta śmierci w domostwie nie za każdym razem oznaczała odebranie człowiekowi życia. Gdy po przekroczeniu progu izby, w której leżał chory stawała przy jego nogach to pojawiało się znikome prawdopodobieństwo jego ozdrowienia. Ale kiedy przybliżyła się do wezgłowia łózka można było być pewnym nadchodzącego końca. Przesąd ten był zaczątkiem pewnego zwyczaju, w którym rodzina przewlekle chorego pragnąc przynieść mu ukojenie lub samym w końcu odetchnąć nie czekając na ruch śmierci przekręcała o 180 stopni łoże konającego. Z biegiem czasu jak głoszą ludowe opowieści śmierć bytując między ludźmi zapożyczyła także trochę ludzkich cech. Zdarzało się jej spełnić ostatnie życzenie umierającego bądź litując się przedłużyć o parę lat życie a nawet choć bardzo rzadko zostawała matką chrzestną.

Świcorze – odstręczającej urody o ludzkim kształcie stwór niekiedy widywany nad brzegami rzek i na mokradłach. Ich cechą charakterystyczną były ogromne jaskrawo jaśniejące dłonie u których każdy palec świecił w innym kolorze. Spotkać je można było głównie wiosną w porze roztopów oraz późną jesienią, kiedy to ciągła plucha przemieniała pola i trakty w bezkresne błotne wertepy. Świciorze zgodnie z ludowymi podanymi były pokutującymi duszami błądzącymi po świecie za uczynione za zażycia nieprawości a szczególnie oszustwa. Wybawieniem od kary mogła dla nich być modlitwa, ale by ją odmówić wprzódy trzeba było poznać powód nałożonej na potępieńca pokuty. Jednak odważnych do wypytywania widm nie było zbyt wielu, gdyż mawiano, że nie pałały one do ludzi sympatią. Niejeden stały gość przydrożnych zajazdów opowiadał jak perfidna zjawa długimi nocnymi godzinami wodziła go na odludzie by o świcie chichocząc i klaskając w swe wielkie dłonie rozpłynąć się w powietrzu.

Świetle – przychylne, malutkie duszki pomagające błądzącym w ciemnościach podróżnym. Nocą, gdy prawy człowiek zagubił się w drodze i od serca z ufnością wzywał pomocy stworki te pojawiały się pod postacią jaśniejących kul. Wiodły zdezorientowanych ludzi ponownie na właściwy szlak, przyświecały podczas naprawy koła u wozu bądź uprzedzały o czyhających w ciemnościach zagrożeniach. Niektórzy opowiadali, iż potrafiły się także zjawić wyłącznie, aby tym co zgubili hubkę i krzesiwo przypalić fajkę oczekując w zamian wyłącznie uprzejmego „Bóg zapłać”. Ale jak dalej mawiano biada temu kto będąc zuchwalcem i sobkiem nie dopełnił tego obyczaju, albowiem spotykała go sroga kara i rozgniewane świetle grubianina spopielały.

Świstun – pomieszkujący w chmurach popędliwy demon wiatru o ogromnej posturze, zwichrowanych włosach z nietoperzowymi skrzydłami i poszarpanym odzieniu. Zdarzało mu się zlatywać na ziemię by uporać się z znanymi tylko sobie naglącymi potrzebami. Wizyty takie mogły stawać się groźne dla ludzi, zwłaszcza gdy demon wychylił kilka kwart mocnej okowity. Przeniósł się wówczas z miejsca na miejsce z ogromną szybkością wyjąc przy tym jak szalony i wzniecając mocarne podmuchy rozwiewające stogi, zrywające dachy z budynków oraz łamiące drzewa. Powiadano, iż na krótko dawała się go zatrzymać celnie rzucają weń nożem, ale nie było to zbyt skuteczne działanie w stosunku do upojonego gorzałką olbrzyma i kończyło się dla takiego nierozsądnego śmiałka najczęściej jego śmiercią. Niekiedy ze znanych tylko sobie powodów świstun nie wracał do domu i zostawał na stałe na ziemi. Malał wówczas i ciągle był głodny oraz odczuwał chłód. Żeby ogrzać zmarznięte ciało wchodził do komina domu i rozsiadał się w nim posapując z ukontentowania. Wreszcie domownicy zniecierpliwieni dymem dostającym się do izb z zablokowanego prze stwora komina gasili kuchenne palenisko. Rozgniewany demon z rumorem ulatywał wzniecając wokół gospodarstwa straszną zawieruchę i odlatywał szukać kolejnego schronienia.

Świtu-Deptu – znane z bezdroży Górnego Śląska małe, wredne, nocne, mdło jaśniejące stworzenia nienawidzące pijaków, których napadały całymi chmarami. Przyciągał je donośny śpiew oraz gwizdy, czyli odgłosy które po zmroku były zazwyczaj dziełem podpitych rozbawionych młodzieńców. Stworki już z dużej odległości słyszały takich nicponiów i chowały się w przydrożnych zaroślach wytrwale ich wyglądając. Gdy nieszczęśnik podszedł dostatecznie blisko gromadnie atakowały obalając opoja na ziemię. Potem go deptały, kopały i oblewały moczem aż do chwili, w której pechowiec zupełnie nieruchomiał. Pytały wtedy „Śpisz?” jeśli podchmielony młodzian uchował ostatki rozsądku pozorował nieżywego i nic nie mówił to oprawcy zostawiali go w spokoju. W innym przypadku dostrzegając choćby najmniejsze poruszenie albo doczekawszy się odpowiedzi bez zmiłowania uśmiercały nieszczęśnika. Poturbowania można było się wystrzec deklamując zawczasu formułę chroniącą „Świstu-deptu, gadu-szeptu, uchodź!” Ale biada wracającemu z oberży któremu od nadmiaru gorzałki język stał się niewładny, wówczas dostrzegając nadlatujące światełka pozostawał tylko co sił bieg na przełaj w stronę domu.

