Macica – stwór, który zgodnie z powszechnym przekonaniem istniejącym wśród prostego ludu posiadać mieli wszyscy ludzie bez względu na ich płeć. Mówiono, iż wygląd macicy można przyrównać do jajowatej obdarzonej licznymi odnóżami robakopodobnej pokraki. Umiejscawiano ją w brzuchu w pobliżu pępka a jej przeznaczenie pozostawała zagadką, wierzono jednak, iż z jej śmiercią umierał także jej nosiciel. Wymagała właściwego traktowania, gdy się przeziębiła należało ją ogrzewać by nie wpadła w rozdrażnienie. Jeśli człowiek słabował bądź w inny sposób nie dbał o swe zdrowie np. źle odżywiając lub stresując nadmiernie, popadała w irytacje, kręciła się i wbijała pazury w ciało wywołując obezwładniający ból. Sposobem na ułagodzenie stwora zalecanym przez znachorów było wdychanie dymu kadzidła z bursztynu, piór i włosów cierpiącego wyrwanych z pod krzyża. Skutecznym także ponoć było napitek z siwuchy z dodatkiem gęsiego łajna, smalcu albo pieprzu.

Majki – znane także jako mawki lub newki to niewielkie pląsające istotki żyjące w puszczach oraz górskich grotach najczęściej trzymające się jak najdalej od człowieka. Ich bytność w danej okolicy dawało się rozpoznać po wydeptanych kręgach trawy na leśnych polanach będących pozostałościami nocnych harców. Zdarzało się niekiedy, iż stworki podchodziły do chłopskich domostw by czynić niewinne psoty. Za ulubiony przez nie psikus uważano „kocią muzykę” urządzoną tuż pod oknami rozkoszujących się upojnymi chwilami kochanków. Żart ten w wykonaniu stworków przyczyniła się do uratowania niejednego stadła małżeńskiego odstręczając współmałżonka od zamierzonej zdrady.

Mamon – leśna istota podobna do krzyżówki ogromnego czarnego psa z wołem. Pilnować miał on bogactw zrabowanych oraz ukrytych w korzeniach drzew przez wszelkiej maści zbirów i łupieżców. Mawiano, iż takie nieprawym, niecnym sposobem zagarnięte kosztowności raz do roku nocną porą były zmuszone wyłonić się z swego ukrycia, aby się oczyścić „przepalając” z rdzy i pleśniowego nalotu. Tego momentu wyczekiwali różnoracy łowcy skarbów pragnący łatwego oraz szybkiego bogactwa. Stwór w celu oszukania natrętów rozpalał w koło swej kryjówki roje błękitnych płomyków nazywanych „diabelskimi ślepiami”. Mamiły one i odwodziły od prawdziwego umiejscowienia skrytki kierując poszukiwaczy na trzęsawiska.

Manek – mała demoniczna istota, której imię wywodzi się od słowa manić oznaczającego oszukiwać. Gwarantował każdemu kto przepisał mu swoją duszę szybkie wzbogacenie się. W dawnych czasach, o włościanach którzy bez widocznego trudu i w bystrym tempie uzyskiwali znaczny majątek mawiano „Manek im pieniądze nosi, nawet woły im się cielą”. Stworek zasypywał gospodarza głównie miedzianymi czasami srebrnymi a z rzadka złotymi monetami. Ich rodzaj nie były zbyt istotny, iż obdarzone były one magiczną mocą powrotu do swego właściciela każdorazowo, gdy nimi za cokolwiek zapłacono. Istniał jednak sposób zabezpieczenia się przed ucieczką zaczarowanych monet i sprytni ludzie wiedzieli, że należy napluć na nią przed schowaniem jej w sakiewce a w samym woreczku trzymać trzeba skórkę poświęconego chleba. Niestety metody te niebyły powszechnie znane zatem demon miał całkiem spore grono swych podopiecznych którym za życia wiodło się nad wyraz dobrze. Jednak, gdy dopadła ich śmierci wówczas musieli ponieść konsekwencje swych czynów. Pechowcy trafiali do piekła, gdzie mieli dużo czasu by odpokutować za swą nieuczciwość.

Mamuna – demon żeński znany w Polsce pod licznymi imionami takimi jak boginka, czarcicha, łamija, małpa, oćwiara, odmienica, pałuba, sibiela bądź zmianica. Budziła powszechną trwogę oraz wrogość, obwiniano ją o uprowadzanie niemowląt z kołysek i podkładanie w zamian własnego potomstwa. Opinii o niej nie poprawiał jej niezbyt piękny wizerunku, albowiem był to stwór bardzo wysoki z niewspółmiernie ogromnymi łapami, świńskimi kłami i ciałem pokrytym szczeciniastą sierścią. Mamuną stawały się kobiety spędzające płód albo te co popełniły samobójstwo bądź zmarły w czasie ciąży lub porodu. Ukrywać miała się w niedostępnych leśnych ostępach, z których wychodziła wyłącznie na polowanie. Podkradała się wówczas pod ludzkie domy i czekała na chwilę nieuwagi opiekunów by niezauważenie porwać ludzkie niemowlę, równocześnie podrzucając w jego miejsce własne dziecko. Mówiono także iż bywało, że obierała sobie brzemienną znacznie wcześniej i niepokoiła ją długo przed porodem a nawet zdarzało się, że zamieniała płód będący jeszcze w brzuchu ciężarnej. Miała także niekiedy wręcz wyrywać ludzkie maluchy z rąk matek i uciekać z nimi w głąb boru, gdzie wszelki ślad po nich ginął. Złośliwy stwór zawsze zostawiał ludziom swoje potomstwo nazywane odmieńcem lub odmienkiem, podrzucem czy też płonkiem. Podrzutek nie należał do zbyt urodziwych, był chudy, wiecznie rozwrzeszczany, prawie nic ni jadł i nie ruszał się z kołyski, był zupełnie nie podobny do zdrowego wesołego normalnego dziecka. Jeśli udało mu się przeżyć nie dziedziczył po mamunie jej kłów i sierści a wyrastał najczęściej na małomównego gbura lub wioskowego przygłupa bądź próżniaka ciągle śpiącego, dużo jedzącego o dwóch lewych rękach. Niektórzy próbowali zmusić poczwarę do zwrotu własnego dziecka wywołując u niej litość do swego potomka ułożonego na kupie gnoju i smaganego święconą rózgą. Wówczas to zdarzało się podobno iż poruszona lamentem, mamuna oddawała uprowadzone ludzkie dziecię mówiąc przy tym: „Ja twego dziecka tak nie traktowalam”. Metoda ta jednak była zazwyczaj nieskuteczna, choć ponoć przynosiła też i pozytywny skutek, bo tak okrutnie potraktowany demoni pomiot nabierał szacunku do starszych i wyzbywał się lenistwa. Według podań ludowych amuletami ochronnymi przed mamunami były czerwona wstążka na rączce niemowlęcia lub czerwona czapeczka a także dziurawiec, który odstraszał demona. Korzeni tej postaci można się domyślać w próbie racjonalnego uzasadnienia okrutnego traktowania dzieci (prowadzącego często do ich śmierci) będących ułomnymi, sprawiającymi nadmierny wysiłek pochłaniający skromne zasoby walczącym o byt społeczności.

Mara – demon znany z poleskich mokradeł i łęgów, jego nadejście zapowiadała zwarta snująca się wieczorową porą tuż nad ziemią mgła. Widząc ją włościanie domyślali się w niej przesłony z zjaw stawianą przez demona mającą zapewnić mu skryte podejście do wsi. Spędzali wówczas w pospiechu i trwodze swoje wypasane stada do domowych zagród. Stwór mknąc nad siołem wył przejmująco wzbudzając w ludziach i zwierzętach szaleństwo. Konie wierzgały, bydło ryło kopytami ziemię, psy skowyczały a ludzi ogarniał osobliwy żal i tęsknota. Dopiero pianie koguta o świcie zwiastujące koniec nocy rozwiewało zasłonę z duchów i ludzkim oczom okazywała się oddalająca mara w swej postaci długiej niby pień drzewa z krótkimi jakby borsuczymi łapami i błoniastymi skrzydłami.

Martwiec – nazywany również perełesnykiem to czerwony upiór znany z Polesia oraz Ukrainy odżywiający się ludzką krwią. Do istnienia powoływał go nieutulony żal rodziny trwający zbyt długo, uniemożliwiający odejście duszy w zaświaty. Po zapadnięciu ciemności nieboszczyk opuszczał mogiłę, rozkładał błoniaste skrzydła, unosił się w niebo i krążąc nad siołem wypatrywał ofiar. Jego ulubioną porą łowów był czas pełni o czym można usłyszeć w ludowej wierszowanej przestrodze „Księżyc świeci, martwię leci, sukieneczka szach szach szach, panieneczko czy nie strach”. Monstrum powszechnie znane było z nadludzkiej siły, mogło rozszarpać na kawałki niczym kartkę papieru nawet najsilniejszych mężów. Najczęściej, jednakże atakował chytrze i bojaźliwie zsyłając na nieszczęśnika sen by później ścisnąć nos tak silnie, iż strzykała z niego krew, którą łapczywie spijał. Zdarzało mu się napadać ludzi w ciżbie, zebranych przykładowo na wieczornych zakrapianych alkoholem biesiadach. Wówczas o świcie zamiast pijanych gości natrafiano na kopę martwych ciał z dziurami w piersiach po wyrwanych sercach będących najlepszym rarytasem demona. Ochroną przed atakiem potwora były noszone ze sobą poświęcone krzyżyki bądź różańce. Był to jednak środek doraźny, skutecznym trwałym sposobem unieszkodliwienia demona było za dnia, gdy najedzony spoczywał w grobie rozsypanie na nim maku albo zgodnie z innym zaleceniem wbicie w ciało osikowego kołka i żelaznych ćwieków. Najpewniejszym środkiem zaradczym miało być tak jak w przypadku wielu innych wrogich ludziom stworów, silne uderzenie osią od wozu bezpośrednio w potworny czerep.

Maruda – znana także jako płaczka była demonem, który na swe ofiary wybierał dzieci, najchętniej zaś te leżące jeszcze w kołysce. Dokuczał im powodując ich niepochamowany płacz, na który nie skutkowało ani kołysanie ani żadne magiczne amulety. Wykorzystując swą niewidzialność dla dorosłych męczyła, a to drażniąc, a to podszczypując czy też strasząc maluch przez całą noc aż do poranka powodując u domowników po nieprzespanej nocy wyczerpanie fizyczne i psychiczne. Aby się pozbyć dręczyciela próbowano wielu sposobów i tak przykładowo w sypialni niemowlaka ustawiano misę wodą, w której zanurzano kłębek nici, łyżkę oraz wrzeciono co powodowało, iż stwór zajmował się tymi przedmiotami zapominając o dziecku. Inna metodą było obwieszenie po obwodzie kołyski dziewięciu szmacianych kukiełek i wyrecytowanie odpowiedniej magicznej formuły. Niestety mimo podejmowanych przez ludzi wysiłków by całkowicie pozbyć się stwora jak dowodzi tego dzień dzisiejszy sztuka ta się nie udała się nikomu.

Matoha – demon o jeszcze przedchrześcijańskich korzeniach którego imię jest zapożyczeniem z języka słowackiego i znaczy tyle co „straszydło” znany był również w zależności od rejonu pod epitetami bobo, bubak, matolica, a także kościej. Wiedza na jego temat która dotrwała do dzisiejszych czasów jest bardzo uboga i znana głównie z śląskich legend. Przypuszcza się, iż stwór kontrolował działalność ludzi zajmujących się magią a zatem również i czarownic. Brać miał udział w ich sabatach na Łysej Górze, gdzie zjawiał się jako kosmaty kozioł. Doglądał je i nie zezwalał by wykorzystywały swą magię do czynienia zła ludziom dobrym. Wiedźmy, które mu się sprzeciwiały i nie usłuchały zakazu były przez niego bezwzględnie karane. Zatem możemy o nim powiedzieć, iż nie był usobieniem zła a raczej strażnikiem sprawiedliwości.

Meluzyna – demoniczna istota przedstawiana pod postacią w górnej połowie urodziwej kobiety zaś w dolnej rybiej bądź wężowej obdarzonej umiejętnością latania dzięki posiadanym błoniastym skrzydłom. Najwięcej baśni o niej na naszych ziemiach przetrwało do współczesnych czasów na Śląsku a pochodzić miała podobno z południowych krain. Letnią porą ukrywać miała się w chaszczach, ruinach i zapomnianych studniach a wraz z nastaniem jesiennej słoty dotkliwie przez nią odczuwaną przez swoje południowe korzenie przylatywała do ludzkich siedlisk w poszukiwaniu schronienia. Siadała przy ogrzanych kominach domostw i zawodziła boleściwie prosząc o strawę dla sibie oraz swych dzieci. By ją zadowolić wystarczyło na parapecie rozsypać nieco mąki i wyłożyć pajdę chleba. Niektórzy gospodarze obdarzeni dobrotliwym sercem ulegali jej i pozwali zamieszkać u siebie. Niestety dość szybko żałowali swej dobroci, gdyż regularnie karmiona szybko przybierała na wielkości i jednym nieuważnym ruchem potrafiła narobić mnóstwo szkód. W końcu domownicy rozdrażnieni ciągłymi problemami przeganiali meluzynę, która ponownie tułała się po okolicy lamentując. Wówczas należało na nią uważać, gdyż w rozpaczy stawała się niebezpieczna i dla odrobiny jadła mogła napaść nawet przypadkowego podróżnego.

Merk – odpychający stwór, przed którym matki na Kaszubach ostrzegały swe krnąbrne dzieci. Wyglądem przypominać miał wielką kudłatą kopę siana o ogromnej pełnej dużych pomarańczowych kłów. Żyć miał w trudnodostępnych kniejach oraz pośród skał, ale z zapadnięciem ciemności podchodził do siół na łowy a o jego zbliżaniu ostrzegały słyszane w mroku bulgoty i warczenie. Aby uniknąć zastania jego przekąską należało po usłyszeniu odgłosów wydawanych przez straszydło czym prędzej skryć się w domu.

Mesza – opisywany jako szkaradny, kudłaty, czarny zwierz widywany nocami na bezludziu oraz w zapomnianych gruzowiskach. Nie napadał na ludzi jednak jego budząca grozę postać umiała śmiertelnie strwożyć przypadkowego podróżnika. Nad wyraz rzadko zdarzała się, że bardzo zabiedzona bestia podkradał się do chłopskich domostw i kryła w jamie pod piecem. W dzień ogrzewał zaś nocą opuszczał ukrycie by wyjadać razem z wiejskimi psami resztki strawy z naczyń. Ponieważ jego koścista postać przedstawiała się niezwykle mizernie jej pojawienie się powszechnie traktowano jako zapowiedź głodu, ubóstwa oraz wszelakiego niepowodzenia.

Mężyk – karzełek o wyglądzie bardzo chudego dziadka znany z pomorskich opowieści pochodzących jeszcze z zamierzchłych przedchrześcijańskich czasów. Stanowił bardzo duże zagrożenie dla brzemiennych kobiet i nieochrzczonych maluchów które usypiał i wyrywał z becika, aby uprowadzić do swego podziemnego legowiska. Żeby obronić dziecko przed srogim losem zalecano umieszczenie w kołysce dowolnego żelaznego przedmiotu. Stalowe wyroby dla przeważającej części pogańskich stworów były im nienawistne i tak samo dla mężyka ich dotknięcie było jak palenie żywym ogniem.

Miawki – osobliwe demoniczne istoty znane z bieszczadzkiej dziczy znane były również pod imionami majka, mauka, mawka, nawka, nejka, niauka, niawka, śpiewnica, tanecznica, wyniwka. Powstawać miały podobno z nieochrzczonych dzieci. Można było je spotkać, gdy zima odchodziła na dobre a jej miejsce zajmowała bujnie wybuchająca i rozkwitająca wiosna. Wówczas to gromadnie wylegały na łąki i polany, gdzie hałaśliwie harcowały. Na pierwszy rzut oka można było je wziąć za grupę bawiących się wiejskich niedorostków, ale po dokładniejszym przyjrzeniu okazywało się, iż po mimo wzrostu właściwego ośmiolatkom to ich oblicza są jak u osób dojrzałych i dodatkowo z kocimi cechami. Ich głowy niewspółmiernie duże porośnięte były pękami płowych, długich włosów przeplatanych dla ozdoby bławatkami, kłosami i makami. Baraszkowały radośnie, miauczały oraz donośnie wykrzykiwały „Maj! Maj!”. Co roku w wigilię Świętego Jana, czyli dawną pogańską noc świętojańską gromadziły się w większym gronie. Usiłowały wówczas kusić do wspólnych igraszek spotkanych ludzi uciekając się przy tym nawet do przemocy. Tego kto z własnej woli czy też pod przymusem oddalił się ze stworami do boru, dopadał czart bądź inna leśna maszkara albo same potrafiły załaskotać na śmierć i żywić się krwią nieszczęśnika.

Miedznik – to demon rodzący się z człowieka, który będąc żywym wiódł niekończące się swary ze swymi sąsiadami i skrycie podorywał im miedzę rozszerzając o nią swe pola. Za swoją niegodziwość pokutował trwożąc jako słabo jaśniejące widziadło. W bezksiężycowe, pochmurne noce wychodził z zamieszkałej przez siebie jamy i błąkał się po polach strasząc żywych. Kara kończyła się w momencie, w którym ktoś kto na niego się natknął wypowiedział właściwe zaklęcie uwalniające. Wiara w stwora miała najpewniej swe korzenie w prastarym przeświadczeniu, iż miedza, czyli pas ziemi niczyjej była nie tylko namacalną granicą pomiędzy gruntami, ale także niewidzialną między światami. Był to styk świata istot żywych z zaświatami, w którym liczne byty nadprzyrodzone miały mieć swoje siedziby. W związku z tym z miedzą kojarzonych było wiele zwyczajów takich jak koniczność zachowania rozwagi czy zakaz palenie ognisk by nie rozdrażnić podziemnych istot.

Miesięcznik – to dość osobliwa postać z pozoru był to najzwyklejszy mężczyzna, który z nastaniem pełni księżyca przemieniał się w kobietę. W tej niewieściej postaci funkcjonował przez najbliższy cztery tygodnie ubierając się jak na niewiastę przystało w suknie i chustę na głowie, zajmując gotowaniem, sprzątaniem, przędzeniem czy plotkowaniem z kumami. Wraz z przyjściem kolejnej pełni księżyca znowuż przedzierzgał się w chłopa ubiegając spodnie, ćmił fajkę, klął siarczyście, w karczmie pił gorzałkę z innymi chłopami i doglądał gospodarstwa. Cykl ten powtarzał się przez cale życie miesięcznika.

Mierniki – to duchy geodetów, którzy żyjąc krzywdzili włościan na rzecz bogaczy oszukując w trakcie mierzenia pól. Po śmierci pokutowali na ziemi krążąc po polach, pastwiskach i łąkach ponawiając wciąż sfałszowane pomiary. Pokazywały się po zapadnięciu zmroku oraz w nocy ich znakiem rozpoznawczym było blade niebieskie światło służące im jako oświetlanie w czasie wędrówki. Najczęściej nie były wrogo nastawione do ludzi a nawet z rzadka zdarzało się, że pomagały przyświecając tym którzy szukali zgubionych rzeczy. Można było je także przyzwać gwizdem, należało jednak nie zapomnieć o uprzejmym podziękowaniu za okazaną grzeczność. Gdy pojawiały się dźwigając kamień graniczny i dopytywały jak z nim postąpić należało odpowiedzieć „Daj go tam, skąd za życia go wziąłeś”. Usłyszawszy te słowa demon stawał się wolnym od dalszych mąk.

Mir Stodolny – to demon gospodarski którego imię ma związek z funkcją przez niego wypełnianą. Słowo mir znaczyło „mistrz” zatem mamy do czynienia ze stworem będącym opiekunem stodół oraz zwierzchnikiem wszystkich innych istot, które w niej pomieszkiwały. Najczęściej pozostawał niewidzialny, jednakże, jeśli komuś zależało na spotkaniu i nie zbywało mu przy tym odwagi mógł go zawezwać. W tym celu trzeba było w bezksiężycową noc trzy krotnie okrążyć stodołę nawołując donośnie na każdym jej rogu „Wychodź goły ze stodoły”. Wraz z końcowym wywołaniem przed człowiekiem pojawiał się buchający z pyska ogniem, goły karzeł zapytujący „Czego chcesz”. Z odpowiedzią należało nie zwlekać a najczęściej duch upraszany był o magiczną monetę wracającą każdorazowo do jej właściciela po zapłaceniu nią. Oczywiście spełnienie tej pokusy wiązała się z zapłatą, którą była dusza proszącego człowieka.

Mogilnik – demon cmentarny spotykany w okolicach rozdroży, usypisk z polnych kamieni czy też miejsc za murami cmentarnymi będących mogiłami samobójców, różnowierców bądź grzeszników. Jego przenikliwe, przeszywające wycie słyszane było wieczorową porą i ostrzegało ono wędrowców o grasujących w tych zakątkach wszelkiego rodzaju widmach, upiorach, duchach czy też innych potępieńcach. Dzięki temu zaalarmowani podróżni mogli bezpiecznie ominąć groźne rejony. Jednak wrzawa sprawiana przez stwora powodowała, iż ludzie nie podchodzili do przeklętych dusz pozbawiając je modlitw dających wybawienia od udręki.

Mlekowy Żmij – stwór przedstawiany jako ogromny, bytujący pod ziemią wąż odżywiający się przeważnie mlekiem. W poszukiwaniu swojej ulubionej strawy w czasie nieobecności domowników wpełzał przez komin do chałupy i pochłaniał całodzienny udój mleka. Zdarzało się i to dość często, iż podczas zaspakajania swego apetytu zwierz potrafił nieźle narozrabiać tłukąc naczynia czy wywracając garnki i kosze a nawet kradnąc niewielkie przedmioty.

Morowa Dziewica – to demon będący personifikacją zarazy przedstawiany jako chorobliwie blada i chuda niewiasta przyodziana w biały całun. Nieraz przytrafiała się, że spotkawszy na swej drodze samotnego podróżnika sadowiła się na jego grzbiecie i przymuszała go do wędrówki po miastach i siołach. Dotarłszy w rejony zamieszkane machała okrwawioną chustą wzniecając masowo schorzenia powodujące śmierć w męczarniach. Tam, gdzie przeszła całe miasta i wsie pustoszały, można w nich było spotkać wyłącznie niepogrzebane ciała zmarłych. Ludzie ogarnięci ogromnym cierpieniem wpadali w szał, chorzy atakowali zdrowych, nikły nawet więzi rodzinne. Spowodowane przez demona obłąkańcze przerażenie wyganiało mieszkańców z ich siedlisk i rozpalało najgorsze ludzkie instynkty. Zatem nie budzi najmniejszego zdziwienia, iż w modlitwie „Od powietrza, głodu, ognia i wojny – wybaw nas Panie!” błaganie o ochronę przed zarazą znajduje się na samym początku. Do ochrony przed monstrum starano wykorzystywać różne sposoby. Wytyczano magiczną granicę wokół zagrożonych osad orając ziemie bliźniaczymi wołami prowadzonymi przez bliźniaków. Niekiedy ludowe formy obrony przed zarazą przyjmowały bezduszną wręcz barbarzyńską formę. Przykładowo w 1831 roku w przysiółku Lubiszczyce na Polesiu zakopano wraz z kogutem i wroną żywą kobietę. W dawnych czasach określenie „zaraza" obejmowało sobą liczne zakaźne choroby. Za tą powodującą największe przerażenie uważano dżumę nazywaną czarną śmiercią. Pierwszy raz pojawiła się ona w włoskich portach około 1346 roku skąd rozpełza się na całą Europę. Jej ofiarami padło niemal 25 milionów ludzi co stanowiło niemalże jedną trzecia ogółu populacji. Później nigdy już nie spowodowała tak wielkiej hekatomby.

Morski Mnich – żyjący w wodach Bałtyku wodny stwór wyławiany niekiedy przez rybaków podczas połowów. Rozmiarami zbliżony był do morświna o obłym ciele z płetwami po bokach umieszczonymi niczym ludzkie ramiona i rozwidlonym rybim ogonem. Tułów miał pokryty łuską z wyjątkiem placka gołej skóry zwieńczającego niezbyt urodziwy czerep upodabniający tą łysinę do zakonnej tonsury. Prócz tego kolejną niezwykła cechą wyglądu były fałdy skóry w okolicy szyi formujące się na podobieństwo kaptura. Wszystkie te wyróżniki postaci stwarzały ułudę, iż ma się do czynienia ze swego rodzaju rybim mnichem. Dzięki tym atrybutom ryba zawdzięczała to iż najczęściej wypuszczano ją do morza a nie kończyła jako posiłek.

Morski Biskup – jak głosi legenda za czasów króla Zygmunta Starego w około 1513 roku na jego dwór dostarczono z Gdańska zadziwiającą istotę ujętą na Bałtyku. Miała ona mieć w przybliżeniu osiem stóp wysokości, postać z grubsza podobną do ludzkiej, ale pokrytą w całości rybią łuską. Wspierała się bez większego trudu na dwóch nogach i posiadał dwie płetwy niczym ręce którymi dość swobodnie wymachiwała. Dodatkowo posiadała coś na podobieństwo czcigodnej ludzkiej twarzy z długą brodą i naroślą na głowie niczym biskupi kapelusz. Stwór używał niezrozumiałego języka, ale z gestów jego ciała odczytano, że pragnie powrócić do morza. Król powszechnie znany ze swej dobroci nakazał odesłać „biskupa” do jego morskiego domu. Wieści z innych części Bałtyku donosiły o pojawieniu się stwora, ale ich traktowanie niemiał być tak wspaniałomyślne jak w Polsce a i wraz z upływem czasu opowieści o jego obserwacji całkowicie zaniknęły.

Morzkulec – demon wodny powstający z ludzi utopionych w morzu których zwłoki nigdy nie zostały wyłowione i pochowane. Były to monstra o czarną skórze, okrutnym usposobieniu i mrocznej duszy. Atakowały rybaków oraz marynarzy żeglujących po morskich akwenach, wciągały ich pod wodę topiąc i następnie zajadając. Zdarzało się, że ogarnięte głodem, żądne kolejnych ofiar lamentowały i wyły płaczliwie wzniecając na Bałtyku ogromne morskie bałwany. Starzy doświadczeni szyprowie umieli w huku fal odnaleźć przywoływanie potworów „Hu-hu, Hu-hu, dajta go tu!”.

Motylica – demon chorobotwórczy powodujący ciężkie przypadłości pośród stad podhalańskich owiec. Wyglądem podobny był do szczura bądź łasicy a gnieździł się w budynkach inwentarskich, gdzie to zarażał zwierzęta. Istniała tylko jedna metoda walki ze szkodnikiem polegająca na odkadzaniu zabudowań gospodarskich dymem z właściwie dobranych ziół i równoczesnej recytacji magicznych formuł znanych większości doświadczonych owczarzy będących przecież znawcami zaklęć.

Mróz demoniczna istota znana pod postacią przysadzistego, siwowłosego staruszka z długą równie siwą brodą. Nosił biały kożuch opasany sznurem, w ręku dzierżył drewniany, sękaty kostur. Podróżował po świecie a jego nadejście zapowiadało srogą, mroźną zimę. We wschodniej Polsce znanej z niskich temperatur istniał obyczaj jego zapraszania niekiedy na wigilijną kolacje, aby tą gościna nastawić go przychylnie.

Mrucek – niebędąca żadnym zagrożeniem istota uwielbiająca najlepiej ogrzany, najzaciszniejszy zakątek włościańskich domostw którym był zapiecek. Umiał w tym ustroniu spędzić cały dzień leniąc się i płosząc niedorostków donośnymi pomrukami.

Mrzelc – znany z Kaszub kudłaty pokryty oszronioną sierścią demon tęgich mrozów. Jego pojawienie zapowiadało tragedie i ogromne straty w gospodarstwie, woda w studniach zmieniał się w lód, drzewa trzaskały z hukiem a inwentarz domowy stojąc zamarzał na śmierć. W czasie swojej szczytowej potęgi stwór skuwał lodem Bałtyk uniemożliwiając rybakom dokonywania połowów. Na zrozpaczonych ludzi usiłujących łowić ryby w wyrąbanych przeręblach zastawiał zamaskowane śniegiem pułapki, przez które wpadali do zimnej wody by nigdy się z niej nie wydostać.

Mumacz – demon wodny który na swe siedliska wybierał muliste znajdujące się przy domach stawiki, rowy oraz głębokie studnie. Z tego to powodu istniał powszechny przesąd zakazujący zaglądania do studni. Ten kto w nią wejrzał zobaczywszy poczwarę przypominającą ogromną ropuchę z takimż samym łbem o szerokich, mięsistych ustach oraz obwisłych piersiach na jej widok porażony strachem mógł wpaść do wnętrza studni. Wówczas stwór atakował natychmiast skacząc i topiąc nieszczęśnika. Potwór był najbardziej niebezpieczny dla maluchów bawiących się bez opieki. Wabił je do siebie osobliwym rytmicznym mruczeniem i wystarczyła mu dosłownie chwila nieuwagi rodziców by dopaść swej otumanionej ofiary.

