Chabernica – znany na śląsku polny demon żeński pojawiający się południową porą latem na łanach obsianych żytem, odmiana południcy. Widywano ją spacerującą po polach i zbierającą chabry, miała postać uroczej, wysokiej kobiety przyodzianej w błękitne szaty, na głowie nosiła wianek upleciony z chabrów. Strzegła, aby dzieci uganiające się pomiędzy uorawami i zbierające kwiaty nie deptały zasiewów. Drażniło ją, gdy żniwiarze stosowali ostre narzędzia oraz nie nosili nakryć głowy chroniących przed słońcem. Kosiarza lub innego człowieka, który ją zdenerwował czekała kara, zsyłała zniewalającym szeptem na nich sen a potem silny ból głowy, paraliż bądź postrzał. Kiedy wpadała w gniew atakowała nieszczęśnika, łamała mu ręce i nogi albo skręcała kark. Najlepszą ochroną przed złością demona było robienie w samo południe na Anioł Pański przerw w pracy i skorzystanie z ukrycia w cieniu.

Chichitun – mały włochaty diabelski kawalarz o długim chwoście oraz wielkiej głowie ozdobionej rogami. Dręczył ludzi niewielkimi, ale dotkliwymi oraz drażniącymi psotami zatruwającymi życie. Zdarzało mu się utrącić ucho w kuflu wypełnionym po brzegi piwem, pobrudzić ptasią kupą nowe ubranie albo zsunąć ze styliska obuch młota lub ostrze siekiery tak by spadło na stopę. Rozbrzmiewał wtedy złośliwy, piskliwy rechot diabełka. Niekiedy zadrżało się, że żartowniś ten nie potrafił powstrzymać się i wówczas przed swoim złośliwym psikusem parskał rechotem. Ostrzeżona tak ofiara jego niewybrednych żartów mogła zawczasu usiłować uniknąć problemów.

Chobołd – znany także pod imionami chobold, chobard, chochołd, kobold z pozoru sadząc po nazwie wydawać się mogło, iż wywodził się od niemieckiego kobilda lecz w rzeczywistości jest to rodzimy stwór pochodzący z obszaru warmińsko-mazurskiego. Jego postać przypominała po trochu sporą czarna sowę po trochu nadmiernie rozrośniętego koguta. Znajdował przyjemność w bliskiej obecności człowieka i cieple ludzkich domostw. Dlatego też niebyło niczym zadziwiającym spotkanie go u drzwi wiejskiej chałupy pod którymi to czekał na zaproszenie zazwyczaj przyjmując formę sowy, koguta czasami karzełka. Włościanie, którzy przyjęli go pod swój dach i obdarzyli spokojnym miłym zakątkiem oraz zadawalającym jadłem liczyć mogli na jego zwielokrotnioną wdzięczność. Nocami z niepozornej istoty przedzierzgał się w rosłego, mocarnego stwora pomagającego gospodarzom we wszelkich robotach w zagrodzie, mnożył dobytek i zabiegał o bogactwo. Jednak, jeśli wieśniacy pozwalali sobie na lenistwo, ufając swemu łaskawcy zapewniającemu łatwy dobrobyt chobołd zaczynał im szkodzić. Pomału, ale nieustannie zgromadzone dobra były wyprowadzane ze spichlerzy, komór czy skarbczyków prowadząc kmieci w ostateczności do całkowitej ruiny. Można było go także rozdrażnić nieroztropnymi psotami, przypaloną strawą czy pokazaniem mu zadka. Obrażony uciekał kominem wprzódy obdarzając swych dotychczasowych gospodarzy plagą wszy. Opiekując się hobołdem należało także nie zapominać, iż jest on pachołkiem ciemnych mocy nieznoszącym krzyża, świętych malowideł oraz modlitw których przy nim należało się wystrzegać. Reguły te uniemożliwiały sposobność korzystającym z jego usług dostąpienia po śmierci wiecznego zbawienia w niebie. Dlatego też pomoc tej diabelskiej istoty wybierali jedynie ludzie obsesyjne skąpi, zachłanni i niezbyt rozumni.

Chlewnik – jeden z pomniejszych duchów opiekuńczych który troszczył się oo trzodę chlewną, wo dużych obejściach bądź folwarkach był pomocnikiem dworowego odpowiedzialnego za całość prac gospodarczych. Nie był zbyt obciążony obowiązkami, gdyż ówczesne świnie spędzano do chlewików dopiero na zimę ao przez pozostały czas wypasały się bez nadzoru wo lasach. Zwierzęta te dość mocno różniły się od tych znanych nam obecnie. Były wielkie na półdzikie, przemieszczały się wo stadach io mogły być zagrożeniem nawet dla swych opiekunów, zdarzały się przypadki, iż samodzielnie umiały się obronić przed wilkami. Głównym obowiązkiem chlewnika było dbanie oo ich zdrowie, te chore leczył zamawianiem polegającym na omiataniu miotełką zo ziół wypowiadaniu stosownych zaklęć. Wyglądać miał tak jak większość duchów gospodarczych jak niewysoki dziad zo długą brodą noszący podniszczone chłopskie odzienie.

Chochlik – mała demoniczna istota spotykana we wszelkiego rodzaju pakamerach, składzikach, komorach czy spiżarniach. Nazwę wywodzi się od chochoła, czyli staropolskiego słowa chochoł rozumianego jako „czub na głowie”. Przepadał za robieniem ludziom psot io kawałów. Pomylić go można było zo najzwyczajniejszym pospolitym kotem, którego bardzo wyglądem przypominał. Z uwagi na to podobieństwo duszka do kocurów częstokroć trafiało mu się, gdy myszkował po chałupie otrzymać od zirytowanej pani domu pacnięcie mokrą ścierką po grzbiecie. Rozdrażniony popadał w amok, w którym wywracał kobiałki, tłuk naczynia, zrzucał z półek wiktuały i niszczył sprzęty domowe. Bezpieczniej zatem było pomimo wyglądu trudnego do rozróżnienia od mruczków nie prowokować i podchodzić doń z respektem.

Chochołek – demoniczny duch o kaszubskich korzeniach zasiedlał najczęściej stare ruiny, porzucone domostwa oraz na wpół zdewastowane szałasy. Jego główną cechą było przedrzeźnianie upatrzonych sobie ofiar. Gdy jakiś przechodzień znalazł się w pobliżu jego kryjówki i krzyknął, zanucił bądź zagwizdał nuty, wtenczas stworek uporczywie wlekąc się za nim powtarzał oraz naśladował podchwycone odgłosy. W swej psocie nie dawał się odgonić, przedrzeźniając i okrutnie kpiąc z nieszczęśnika aż doprowadzał go do dzikiej furii. Mówiono, iż był nad wyraz trafny w przypisywaniu oraz potępianiu wszelkich ludzkich wad, słabostek, głupot czy dwulicowości. Czyniło go to doskonałym szydercą, mówiono, iż chochołek były w swej sztuce tak biegły, że niekiedy mieszkańcy całych siół doświadczeni jego szyderstwami obdarzani byli przydomkami nadanymi przez tego złośnika.

Cholera – żeński demon chorobowy opisywany jako wysoka, chuda, niewiasta odziana w białą koszulę. Każdorazowo, gdy ludzie czynili sobie niesprawiedliwość stwór ten na swoim ciele doświadczał cierpienia niczym razy szpicą bądź darcie rozgrzanymi do czerwoności cęgami. Gdy boleść rosła i osiągała porażający poziom, gniewny demon przybywał do krain przesyconych niegodziwością oraz nieprawością. Jej nawiedzenie zwiastowane było porzuceniem gniazd przez jaskółki szukające schronienia w innych okolicach, nieustannym wyciem psów oraz gwałtownym ryciem ziemi przez krety przygotowujące grunt pod nowe mogiły. W odludnych stronach napastowała samotnych podróżnych każąc im nosić się po przyległych siołach i osadach. Dźwigając lewą rękę ku górze powalała ludzi targanych konwulsjami i ogarniętych maligną. Niekiedy przyjmowała bardziej złowieszczy wygląd odpychającego czarnego stwora o okropnym obliczu, lecącego na mrocznej chmurze ponad dachami domostw, gdy zstępowała na ziemie wówczas wyludniały się całe okolice. Czasami prawi i bogobojni włościanie we śnie byli przez nią ostrzegani przed zarazą, nakazując ucieczkę z terenów które wkrótce obrócą się w cmentarzysko. Przesądni kmieci by nie prowokować przybycia cholery unikali używania jej imienia zamieniali je innymi epitetami jak przykładowo śpiączka. Dostępu do osad demonowi bronić miały ciasno dokoła wznoszone osikowe krzyże oraz okadzanie zagród i domów dymem z poświęconych ziół. Bardziej przebiegli Żydzi by oszukać stwora na drzwiach wypisywali węglem „cholera tu już była”. Niestety jak dowodzą tego liczne choleryczne cmentarze metoda nie należała do zbyt skutecznych.

Chorobnik – kolejna demoniczna stwór, który przynosił swym ofiarom słabość pod postacią zakaźnych chorób. Wyobrażano sobie go jako wątłego, szpetnego, brudnego dziada zjawiającego się w siołach by czynić przypisane mu zło. Jego przybycie zapowiadało wielotygodniowe pogorszenie pogody i zjawiska atmosferyczne takie jak pokrywanie się nieboskłonu ciężkimi ciemnymi chmurami, brak wiatru, ciągła mżawka oraz „choroba” słońca polegająca na kryciu się w sinej mgle. Wszelkie te pogodowo-atmosferyczne przypadłości zapędzały w melancholię nawet niepoprawnych optymistów, znikała cała dotychczasowa radość, ludzie popadali w zniechęcenie i tracili chęć życia. Wówczas po ziemi poczynały się rozprzestrzeniać uwalniane prze demona wyziewy przypominające mgłę bądź pajęczynę. Ten kto dostał się w ich obręb popadał w wielką gorączkę zalegał w łożu i spędzał kolejne tygodnie na leczeniu. Stwór ten posiadał również swoją żeńską wersje obdarzoną imieniem chorzyca. Mówiono, iż potrafiła być ona dalece więcej zjadliwa niż jej męski odpowiednik.

Chowaniec – dobroduszna istota, którą można zaliczyć do mnogiego grona tych bytujących wraz z ludzkimi gospodarzami w ich domostwach. Wiązano go z ogniem oraz mocami chroniącymi dom przed złymi duchami, chorobami i nieszczęściami, zapewniał także dobre plony i powodzenie w gospodarstwie. Wyobrażany był jako niewielki człowieczek z siwą brodą bądź jako skrzat-kura. Dniem ukrywał się w swym leżu a wieczorami je opuszczał i w podzięce za ciepłe, spokojne ustronie, pieczołowicie wspierał domowników w gospodarskich pracach oraz znosił im wszelakie dobra. Ta przydatność sprawiała, iż duszek ten cieszył się pośród kmieci niemałym uznaniem. Wyhodowanie chowańca nie było jednak prostą sprawą, gdyż trzeba było wprzódy pierwsze zniesione przez czarną kurę jajo trzymać nieprzerwanie przez dziewięć dni pod pachą, unikając w tym czasie mycia się i wznoszenia modłów. Dziewiątego – końcowego dnia z jaja wykluć winien się wyczekiwany stwór, jednak pewności takiej nie było. Niekiedy szczególnie zacięci frustraci po pierwszym niepowodzeniu miesiącami ponawiali kolejne próby. Ci którzy mieli szczęście i chowaniec umościł sobie gniazdko za piecem bądź w kominie powinni zanosić strawę właśnie w te miejsca, przy czym sam poczęstunek nie musiał być zbyt wykwintny, zadawalającymi była krzyna ziemniaków lub kaszy. Trzeba było mimo wszystko uważać, aby go nie urazić oraz nie zapomnieć o wystrzeganiu się stosowania soli w jadle. Gdyż mimo jego pomocnego usposobienia był on jednak bytem demonicznym i tak jak u pozostałej przeważającej części takich istot sól bywała dla nich szkodliwa. Obrażony niedbalstwem mógł porzucić swych gospodarzy którzy tracili wówczas jakże wartościowego pomocnika. Po nastaniu chrześcijaństwa chowaniec przekształcił się z prastarego opiekuńczego ducha domowego w włościańskiego diabła – kusiciela będącego na usługach czarownic lub magów.

Cicha – demon morowego powietrza przyjmujący wygląd śniadolicej, kruczoczarnej, niezbyt wysokiej dziewczynki o zachwycających oczach. Na swe ofiary szczególnie chętnie wybierała dzieci. Tam, gdzie postawiła swoja stopę rośliny usychały, cichły ptaki i owady a w powietrzu jeszcze długo po jej odejściu snuł się zastały trupi fetor. Nadchodziła sioła i dwory bez uprzedzenia trzymając w rękach stalową rózgę, przyodziana w białą suknię oraz makowy wianek na głowie. Niepostrzeżenie zbliżała się do baraszkujących maluchów, gdy którekolwiek z nich musnęła w mgnieniu oka bez duch osuwały się na ziemię. Po czym równie bezgłośnie przepadała, aby znaleźć nowych nieszczęśników w kolejnej osadzie.

Cycocha – następna żeńska demoniczna istota bardziej znana pod epitetem żelazna baba. Budziła autentyczną bojaźń pośród nicponiów wybierających się na plądrowanie cudzych sadów i ogrodów. Szabrownikowi objadającemu się owocami objawiała się bez żadnego ostrzeżenia pod postacią gołej, kudłatej, starej baby z furią w oczach. Zatrwożona ofiara była ogłuszana pojedynczym ciosem ogromnych stalowych piersi. Usiłujących przed nią umknąć chwytała i ciągnęła zardzewiałym hakiem na łańcuchu. Nieprzytomnego złodziejaszka wrzucała do ogromnego żelaznego moździerza i gruchotała na drobną miazgę, którą się z błogością objadała. Niema zatem nic zaskakującego w tym, iż rodzice wykorzystywali jej postać do straszenia niesfornych pociech przed braniem cudzej własności.

Czarnoksiężnik – męska postać spotykana w bajkach ludowych niekiedy znana jako czarownik parająca się podobnie jak czarownice czarami. Różniło go od swej żeńskiej wersji naukowe podejście do odprawianych praktyk magicznych. Proces szkolenia był skomplikowany i czasochłonny a rozpoczynał się za młodu adepta od terminowania u starszych mistrzów fachu. Następnie uczeń pobierał nauki w mitycznych ukrytych w głębinach ziemi uczelniach dla czarnoksiężników by po ich ukończeniu już jako dojrzały człowiek rozpocząć ostatni etap ciągłego doskonalenia swych umiejętności trwający niekiedy setki lat. W zaciemnionych komnatach zgłębiał czarodziejskie woluminy, prowadził doświadczenia i odprawiał rytuały. Wszystkie czarnoksięskie pracownie pełne były magicznych lasek, różek, szklanych kul, luster, amuletów i niezwykłych przedmiotów. Miały także biblioteki przepełnione tajemnymi papirusami, starodrukami i rękopisami. Wszystkie te zgromadzone zbiory przedmiotów i ksiąg oraz zdobyta wiedza służyć miała nie czynieniu zła, ale poznaniu istoty wszechrzeczy. Czarnoksiężnicy by zaspokoić swe aspiracje nie cofali się nawet przed zawarciem paktu z diabłem. Za cenę prowadzącą do zguby w postaci swej duszy zyskiwali wiedze i moce niedostępne zwykłym ludziom. Na koniec pozostawało tylko pytanie czy było warto.

Czarownica – kultura ludowa pozostawił nam postać diabelskiej wspólniczki posiadającej zdolności rzucania uroków i czarów. Jej pierwowzorem były pogańskie wiedźmy których nazwa wywodzi się od prasłowiańskiego rzeczownika *vědьma, utworzonego od czasownika*věděti – „wiedzieć”. Była to zatem kobiet która wie – wiedząca, ale nie w sensie magicznym a pewnych umiejętności medycyny naturalnej oraz ziołolecznictwa przejętych w późniejszym okresie przez uzdrowicielki nazywane znachorkami, szeptunami, zielarkami czy zamawiaczkami. Ta zgoła pożyteczna osoba pod naporem chrześcijaństwa przedzierzgnęła się w na poły demoniczną istotę szkodzącą człowiekowi. Potrafiła zaklęciami, magicznymi miksturami i napojami bądź złym spojrzeniem przyzwać albo odegnać u człowieka lub zwierzęcia chorobę czy inne nieszczęścia. Sprowadzała zarazę, gradowe chmury, odbierała krowom mleko, umiała także odmienić charakter człowieka by sprowadzić go na złą drogę. W nikczemnościach tych kompanami jej były ropuchy, węże, żmije, czarne koty, sowy i nietoperze. Czarownice spotykały się ze sobą oraz piekielnymi wysłannikami na wysokich wzniesieniach. Na ziemiach polskich była to Łysa Góra ważna jeszcze dla przedchrześcijańskich kultur. Na miejsca spotkań nazywane sabatami udawały się ulatując kominem dosiadając miotły, ożogi czy chlebowe łopaty, wprzódy smarując swe ciała magiczną maścią i recytując zaklęcia. Pozornie nie odróżniały się od innych ludzi, ale wtajemniczeni znali sposoby ich wykrycia. Jednym z nich była obserwacja sposobu picia wódki przez kobietę, jeśli wychylała kieliszek jednym haustem a nie paroma łyczkami to znaczyło, iż była czarownicą. Inną metodą było podglądanie przez dziurę po sęku w trumiennej desce bądź spojrzenie głęboko w oczy, na dnie których dostrzec można było kozie głowy. Topienie oraz palenie czarownic zawitało do Polski w epoce renesansu z zachodnich krain głownie Niemiec, ale na szczęście nigdy nie osiągnęło takich rozmiarów jak w tamtych stronach. Folklor zachował także w niektórych rejonach opowieści o męskich odpowiednikach wiedźm nazywanych wiedźmarzami albo wiedźmakami. Niekiedy mieli być oni tożsami z wiedźmami a czasami zwalczać je oraz inne siły nieczyste4-18.

Czart – demon zła o prasłowiańskich korzeniach po chrystianizacji stał się jednym z licznych uosobień szatana. Przybierał wiele postaci, mógł być kudłatą bestią z rogami, kopytami i ogonem przyrównywanym do pół-człowieka pół-kozła, często też kulał, umiał także przybrać wygląd węża, świni, psa lub czarnego kota. Zamieszkiwał bagna, bory, zbiorniki wodne i nadrzeczne łozy. Niezbyt często zaglądał w pobliże miejsc zasiedlonych przez ludzi, jeśli już to robiły to tylko po to by przynosić dolegliwe schorzenia, niepokoić włościan oraz nakłaniać ich do łajdactw. Nie znosił chrześcijaństwa i jego wyznawców z wściekłością próbował burzyć kościoły rzucając w nie wielkimi głazami. Pozostałościami tych prób są opowieści i zalegające do dziś w pobliżu świątyń kamienie nazywane „czarcimi”.

Czetlice – piękne, bezlitosne, demoniczne istoty bytujące w bałtyckich otchłaniach, podwładne Juracie – dziewicy o nieczułym sercu. Kaszubscy rybacy corocznie składali jej trybut w postaci ryb każdego gatunku, który łagodzić miał wzburzenie morskiej królowej. Zdarzało się jednak, że rozjuszona nie dość godziwymi oznakami czci posyłała czetlice na polowanie. Wypływały one wówczas z głębin przyciągane wołaniami łowiących rybaków lub płynących żeglarzy. Podpływały do kutrów i korabiów wyśpiewując zniewalające zwrotki, otumaniały i rozpalały żądze młodzików. Ujrzawszy za burtą urodziwe, prawie nagie, długowłose, dziewczęta o śnieżnobiałej cerze przyodziane w ściśle dopasowany ubiór z rybich łusek, zauroczeni i owładnięci żądzą skakali w wodne odmęty. Ale nawet zimny Bałtyk nie chłodził ich pożądliwości, a słodkie umizgi morskich demonic wręcz jeszcze bardziej ją podsycały. Gdy młokos nasycił swe chuci i wspomniał o powrocie na ląd rozkoszne uściski panien zmieniały się w chwyt mocny jak stalowych kleszczy gruchoczących żebra i nieszczęśnik był porywany w morskie odmęty.

Czuhajster – istota pochodząca z dzikich bieszczadzkich kniei znana także praktycznie w całych Karpatach, współcześnie nazywany także „Karpackim Yeti”. Miał to być leśny dziad bądź leśny człowiek ogromnego wzrostu, sięgający głową nad korony drzew, przechadzający się po lesie całkiem nago. Przed mroźną pogodą chroniło go bujne futro koloru czarnego lub białego porastające całe ciało. Twierdzono także iż nikt ani nic nie jest w stanie mu zaszkodzić. Zdaniem niektórych pojawiał się również jako jednonogi olbrzym bądź pod postacią wiatru lub wichru. Miał mieć dość wesołe usposobienie, lubił tańczyć i śpiewać. Przychylny i skory do wspierania ludzi, pokazywał im jak przeżyć w górach, bronił stad owiec oraz alarmował przed zagrożeniami. Pasterze i drwale w podzięce za opiekę darowywali mu drewno oraz jadło którymi były najczęściej papka, kleik lub owsianka a to z uwagi na opłakany stan uzębienia wielkoluda uniemożliwiających gryzienie twardszych pokarmów. Z upodobaniem dla ich miękkiego mięsa polował na górskie demony a zwłaszcza na groźne dla ludzi kobiece duchy, zwane miawkami które zjadał opieczone nad płomieniem. Dla zwierząt i ludzi nie stanowił niebezpieczeństwa, lubił posiedzieć z człowiekiem przy ognisku i upiec na nim upolowaną wcześniej zdobycz. Ludziom z jego strony groziło niebezpieczeństwo jedynie, gdy naszła go ochota do tańca, który mimo swej wielkiej niezgrabnej postury uwielbiał. Po lesie rozchodziło się wówczas dudnienie, wiatr zaczynał silnie dąć a wystarczającym zaproszeniem do szaleńczych pląsów był nieostrożny gwizd bądź wołanie leśnego spacerowicza. Zgodnie z legendą miał być onegdaj najzwyklejszym człowiekiem, który pewnego razu bardzo zaszkodził swojemu sąsiadowi. Została za to rzucona na niego klątwa skazująca go na wieczne aż do końca świata, życie w lesie.

